Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2015

Dobry film nie jest zły. Przegląd wkurzonego konesera.



Nawet w wakacje zdarza się, że są takie dni, kiedy za oknem hula wichura, deszcz leje się z nieba aż szaro i w dodatku jest niedziela, właściwie to końcówka niedzieli, a Tobie do głowy przychodzi nagle błyskotliwa, aczkolwiek smutna myśl, że jutro już jest poniedziałek i kończy się weekendowe rumakowanie. Tak też stało się i wczoraj. Żeby zlikwidować pierwsze oznaki nadchodzącej rozpaczy postanowiliśmy z Marcinem, (a i kot się przyłączył) obejrzeć sobie jakiś film. I tu zaczął się dylemat.  Bo to, że jakiś - to przecież nie znaczy, że byle jaki.

Sztuka albo biznes.

Często spotykam się z opiniami, że kino to nie sztuka. Film to rozrywka, w dodatku straszny zjadacz czasu. Wymyślone historyjki, nie wnoszące nic do naszego życia. Półtorej albo dwie godziny nudy lub zupełnego ogłupienia.
Możecie uwierzyć albo nie, ale w pierwszym odruchu przysłowiowy nóż mi się w kieszeni otwiera i opętują mnie uczucia, które muszą być podobne do uczuć lwicy broniącej swoich lwiątek. Jestem wtedy wkurzonym koneserem. Po odliczeniu do 10-ciu od przodu i do 10 od tyłu jeżeli nie pomaga, liczę do 100. A potem wyciągam ułamki. Mnożę. Dzielę. I zagryzam zęby. A potem myślę sobie jednak, że w sumie to Ci ludzie mają przecież rację. Po części.

Jakiś czas temu na stronie radiowej trójki przeczytałam takie oto zdanie, że dla Europejczyków kino jest sztuką, w Ameryce to biznes. Jest to oczywiście zbyt wielka generalizacja, bo i w kinie amerykańskim nie brak filmów dobrych a nawet bardzo dobrych, ale myślę, że podział jest jak najbardziej odpowiedni - i nie oszukujmy się, większość filmów, z którymi spotykamy się na co dzień w wielkich kinach realizowanych jest po to tylko, żeby wbić się w gusta jak największej masy ludzi, żeby przynieść zysk. Filmy robione z wielkim rozmachem, ze znanymi aktorami i z coraz bardziej wymyślnymi efektami. A my idziemy na to jak pokorne owieczki. Odgrzewanie starych kotletów jak remake Koszmaru z Ulicy Wiązów. Im więcej krwi, akcji, wzruszeń opartych na tych samych schematach, tym lepiej. Co więcej, my czasami doskonale wiemy, jak film się potoczy albo nawet jak się skończy. Typowe horrory, gdzie z całej grupy osób przeżywa jedna, a potwór mimo wszystko do końca nie zostaje uśmiercony, bo a nuż uda się nakręcić jeszcze ze trzy kontynuacje. Romantyczne filmy, gdzie są wzloty i upadki, ale miłość i tak wygrywa i wszystko kończy się ślubem. Kryminały, gdzie zawsze mordercą jest lokaj.

Nie każdy horror jest jednak bez sensu i nie każdy romans głupi. Wiecie, jest też kino inne - gdzie kino jest sztuką, a reżyser prawdziwym artystą. Kino, o którym słyszy się raczej rzadko, filmy, które migną nam może w jakimś kinie studyjnym, o których istnieniu nawet czasami nie wiemy, bo najzwyczajniej w świecie nie słyszy się o nich.
Dobre kino to nie tylko nowości, chociaż to w większości właśnie je oglądamy. Klasyki, mimo tego, że przecież uniwersalne, będące istotnymi cegiełkami w historii kina, odchodzą w zapomnienie. Mówimy: filmy są słabe, to tylko pusta rozrywka. To nie to samo co teatr, nie to samo co książka. Oczywiście, że nie - bo to całkiem odrębna sztuka i tu w ogóle nie powinno być żadnego porównania. Film też powinniśmy potraktować poważnie.

Czy trzeba wybierać?

Zdradzę wam pewną tajemnicę. Jesteśmy zmienni. Rozwijamy się bardziej niż najdłuższy reklamowany papier toaletowy. Nawet jak tego nie zauważamy. Mam na to dowody - to proste. Obejrzyj sobie bajkę z dzieciństwa, która wydawała Ci się mistrzostwem świata i wydawała się trwać w nieskończoność. Tak, jesteśmy sentymentalni i oczywiście dalej nam się podoba, ale to już mimo wszystko nie nasz poziom. Teraz wolimy coś innego.
Tak samo jest ze sztuką. Ze sztuką można wspiąć się naprawdę wysoko. Coś co oglądałeś miesiąc temu nie wydaje Ci się już wcale takie wspaniałe, kiedy obejrzysz coś lepszego.  Nagle zaczynasz wychwytywać schematy, zwracasz uwagę nie tylko na ładną buzię Leonarda, ale na zupełnie inne szczegóły - pod jakim kątem musiała być ustawiona kamera żeby uchwycić taką scenę, jak zmontowany został film, jak muzyka wpływa na nastrój.

Jest jednak jedno ale...

Jest poniedziałek. Wracamy o nieludzkiej porze z pracy zmęczeni jak koń po westernie dźwigając ze sobą toboły zakupów, na obiad, a właściwie już kolację, którą trzeba jeszcze zrobić. Klienci latali jak opętani, okazuje się, że szef nie jest aż do takiego stopnia pokrewną duszą, żeby dać Ci podwyżkę, a na dodatek jutro kończy się termin projektu. Na stole leży stos niezapłaconych jeszcze rachunków i na to wszystko chwyta Cię przeziębienie. I wtedy może to nie być jednak najlepszy czas na La Stradę Felliniego, Wesele Smarzowskiego czy nawet Obywatela Kane'a.

Jest czas na obiad i jest czas na deser. Nikt nie każe nam przecież wybierać tylko jednego. Doskonale rozumiem potrzebę odmóżdżenia się, bo są takie momenty, że nie czas i miejsce na sztukę. Są takie momenty, kiedy zamiast Kieślowskiego może lepiej obejrzeć Z archiwum X.

Nie chodzi tutaj o to... Chodzi raczej o to, żebyśmy znaleźli też czas na coś nowego. Innego. Ambitniejszego. Nie rezygnować od razu. Chociaż spróbować. Dać sobie szansę. Wytężmy trochę szare komórki. To nie boli.  Owszem może się okazać, że film do którego się tak długo przymierzaliśmy może okazać się szajsem, ale może też okazać się, że znaleźliśmy prawdziwą perłę. I może się zdarzyć, że ten film który obejrzysz będzie miał to coś. Może się okazać, że po jakimś czasie zapomnisz jego tytuł, zapomnisz o czym był - ale tego czegoś nie zapomnisz.


W tej telewizji nic nie ma!

Guzik prawda. Czasami zdarza się znaleźć coś dobrego, tylko trzeba być sprytnym. Monitoruję program już na kilka dni przed. Sprawdzam filmy. Uwielbiam programy AleKino+ i TVP Kultura - można tam znaleźć czasami prawdziwe perełki. Niestety dobre filmy lecą zwykle o kosmicznych porach, wtedy gdy przeciętny Kowalski już śpi, albo je pierwsze śniadanie w pracy - ale sprytni i z tym sobie poradzą, bo technika idzie do przodu i teraz już można wszystko samo zaprogramować tak, żeby się nagrało, kiedy nas nie ma.
Jeżeli lubicie kino, to wybierzcie się czasami do kina studyjnego, gdzie jeszcze nawet w tych czasach pachnie prawdziwym filmem bardziej niż popcornem i gdzie rzadko można natrafić na grono rozchichotanych obściskujących się małolatów, którzy wcale nie przyszli tak naprawdę nic oglądać. Kino studyjne jest też często o wiele tańsze. Do Toruniaków - zajrzyjcie do Kina CSW. Cykle "Kinodanie" czy też "W starym kinie" kosztują piątaka (słownie: pięć złotych), a filmy rewelacyjne.

Wspólne filmowanie ze znajomymi to też super sprawa. Jeżeli film jest ciekawy, to temat po nim do dyskusji na pewno się znajdzie. Kiedyś miałam nawet pomysł na zrobienie u nas czegoś takiego jak "filmowe czwartki" ale niestety ludzie jakoś nie mogli się zgrać i sprawa jakoś się rozeszła. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę.

Zostań koneserem.

A na koniec... Chciałam Wam przedstawić kilka moich propozycji. Może i to Was zainspiruje. Nie, nie przedstawiam tutaj wcale najlepszych filmów według mnie - chciałam zaprezentować Wam po prostu filmy, które są raczej mało nagłośnione, nie są schematyczne, czasami są trudne i ciężkie do przebrnięcia, a czasami można się w nich nieprzytomnie zakochać od pierwszego kadru. Nie będę tu też dawać jakichś recenzji - wrzucę Wam krótki opis i może dodam jedno, dwa zdania od siebie.  Ja chciałabym natomiast dowiedzieć się czy te filmy znacie i co o nich myślicie? A może Wy moglibyście polecić mi coś nietuzinkowego, nowego, innego niż wszystkie inne lub po prostu wartościowego? Każdy film z pewnością obejrzę. Nawet jak nie będzie w moim guście - bo żeby coś krytykować trzeba to przecież dobrze poznać! Gdyby, ktoś skusił się na obejrzenie jakiegoś filmu z tej listy - bardzo proszę o komentarz albo jakieś info - jestem ciekawa reakcji, zarówno tych na plus jak i minus.

Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że kino, bez względu na to czy chce być bajką, czy ambicją jest przede wszystkim magią i według tego trzeba je oceniać . Niech więc ten czas przed ekranem będzie magią. Udanego seansu!

Przegląd wkurzonego konesera. 

"Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków" reżyseria: Akeksey Fedrochenko, 2012.

Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl

 Reżyser ALEKSIEJ FEDORCZENKA w 26 nowelach stworzył niezwykły poemat na temat wymierającej kultury Maryjczyków. Bohaterką każdej części jest kobieta, której imię zaczyna się na literę "O" -symbol symetrii. Jak napisał w recenzji dla Filmweb.pl Michał Walkiewicz: Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale z perspektywy widza z innego kręgu kulturowego poważne oczywiście nie jest: kobiety spółkują tu z wiatrem, śpiewające ptactwo wije gniazda w waginach, leśny duch domaga się seksu z chłopem, a zombie w kreszowym dresie zostaje odprawiony przez pana dzielnicowego. Jest nawet taniec w kisielu, polowanie na strzygi z dwururką oraz iście montypythonowska zaduma nad kawałkiem pasztetu. 

 "Cezar musi umrzeć", reżyseria: Paolo Taviani, Vitto Taviani, 2012. 

Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl

Nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie "Cezar musi umrzeć" to ostatni jak dotąd film braci PAOLA i VITTORIA TAVIANICH, włoskich reżyserów, z których dziś każdy ma ponad 80 lat. W Rebibbii, rzymskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, jest wystawiany wielki dramat Williama Szekspira "Juliusz Cezar". W sztuce grają więźniowie - złodzieje, mordercy i członkowie mafii. Żeby znaleźć się na scenie, przechodzą casting prowadzony przez włoskiego reżysera teatralnego Fabio Cavallego, autora więziennego eksperymentu, którego celem jest resocjalizacja.

"Drzewo", reżyseria: Julie Bertuccelli, 2010.

Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl

 Gdzieś w Australii Dawn, Peter oraz czwórka ich dzieci prowadzą szczęśliwe życie w cieniu olbrzymiego figowca. W momencie gdy Peter nagle umiera, każdy z członków rodziny próbuje odnaleźć własny sposób na odnalezienie się w nowej sytuacji. Ośmioletnia Simone wierzy, że dusza jej ojca żyje w wielkim drzewie.


"Córka studniarza", reżyseria: Daniel Auteuil, 2011.

Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl 




Lata 30. w Prowansji. Budowniczy studni i owdowiały ojciec pięciu córek, Pascal Amoretti (Daniel Auteuil), ciężko pracuje przy kolejnej budowie. Młodszymi córkami oraz domem opiekuje się najstarsza, której dzieciństwo upłynęło pod opieką bogatej, bezdzietnej damy w Paryżu. Gdy zmarła matka, Patricia (Astrid Berges-Frisbey), powróciła do rodzinnego domu na francuską prowincję, jednak ze względu na swoje wychowanie zarówno manierami, aspiracjami, jak i słownictwem odstaje od miejscowych. Ojciec chciałby wydać osiemnastolatkę za swojego pomocnika, sporo starszego od niej Félipe'a (Kad Merad). Na nieszczęście ojca Patricia poznaje młodego lotnika oraz syna okolicznego sklepikarza, Jaquesa Mazela (Nicolas Duvauchelle).

"Amador", reżyseria: Fernardo Leon de Aranoa, 2010.


Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl

Marcela jest młodą kobietą w finansowym dołku, która nie powiedziała jeszcze nikomu, że jest w ciąży. Kiedy więc znajduje nową pracę jest wniebowzięta. Marcela podejmuje się opieki nad Amadorem, starszym, przykutym do łóżka mężczyzną, którego rodzina wyjechała na wakacje. Amador szybko odkrywa sekret dziewczyny i być może dlatego rodzi się między nimi pewna, oparta na cyklu życia i śmierci, więź.

"Mary i Max", reżyseria: Adam Elliot, 2009. 

Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl


 Historia niespodziewanej przyjaźni dwójki, korespondujących ze sobą, ludzi. Mary to samotna, pulchna ośmiolatka mieszkająca na przedmieściach Melbourne. Max ma czterdzieści cztery lata i jest niezmiernie otyłym nowojorczykiem, cierpiącym na syndrom Aspergera. Ich przyjaźń jest na tyle silna, że utrzymuje się mimo tego, że dzieli ich ogromna różnica wieku oraz dwa kontynenty.

"Pieśń wróbli", reżyseria: Majid Majidi, 2008. 

Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl
 
Karim (Mohammad Amir Naji), Irańczyk w średnim wieku, głowa rodziny, pracuje na strusiej fermie. Jego spokojne życie zakłóca ucieczka jednego z ptaków. Karim rozpaczliwie próbuje go znaleźć, ale spłoszony struś nie daje się nabrać na żadne podstępy. Mężczyzna wie, że jeśli nie złapie uciekiniera, jego dni na fermie są policzone. Tymczasem w pełnym dzieci domu również wydarza się wypadek: najstarsza córka Karima podczas zabawy z rodzeństwem psuje swój aparat słuchowy, bez którego nie może zdawać egzaminów do miejskiej szkoły. Karim jedzie więc do miasta, żeby spróbować naprawić aparat. Nieoczekiwanie znajduje tam pomysł na nowe źródło utrzymania.

"Sierpniowe wieloryby", reżyseria Lindsay Anderson, 1987. 


Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl
Dwie starsze, owdowiałe kobiety spędzają lato w domu w Maine. Sarah opiekuje się swą starszą siostrą, niewidomą, obdarzoną trudnym charakterem Libby. Kobiety wspominają minione lata i coroczne migracje wielorybów, które obserwowały jako młode dziewczyny.

"Czas pijanych koni", reżyseria: Bahman Ghobadi, 2000. 


Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl
 Nagrodzony w Cannes debiut Bahmana Ghobadiego i pierwszy kurdyjski film w historii kina. Poruszająca opowieść o kurdyjskich dzieciach zarabiających na życie jako graniczni przemytnicy.

"Maska", reżyseria: Peter Bogdanovich, 1985. 


Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl 


Wrażliwy nastolatek ze zdeformowaną twarzą próbuje wieść normalne życie, w czym pomaga mu jego matka.

"Johnny poszedł na wojnę", reżyseria: Dalton Trumbo, 1971.


Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl

W wyniku eksplozji młody żołnierz traci na wojnie kończyny oraz twarz, a wraz z tym większość zmysłów. Jego mózg jednak, wbrew opinii lekarzy, funkcjonuje sprawnie.

"Czysta formalność", reżyseria: Giuseppe Tornatore, 1994. 

Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl
 
Giuseppe Tornatore, który zasłynął nostalgicznym "Cinema Paradiso" opowiada historię, w której kryminalna zagadka tak naprawdę nie ma znaczenia - ważniejsza jest atmosfera rodem z Kafki, postawienie ważnych, egzystencjalno-metafizycznych pytań i brawurowy aktorski duet: Gérard Depardieu kontra Roman Polański.


A w ogóle polecam każdy jeden film tego reżysera! 

I mały bonus…. Wiem, że na topie są i seriale. Jest taki serial, o którym można powiedzieć tylko jedno zdanie: Czyż to nie genialne? Jest jednak haczyk, jeżeli ktoś jeszcze nie czytał książki, niech się za to nie zabiera!

"Mistrz i Małgorzata", 2005.


Fatografia pochodzi ze strony filmweb.com




Akcja rozgrywa się w Moskwie za czasów Stalina. Losy Mistrza, utalentowanego autora manuskryptu o biblijnym Poncjuszu Piłacie, oraz jego muzy - Małgorzaty, ukazane są równolegle z historią Jeszuy i Piłata w Jerozolimie. Dodatkowo rzeczywistość ulega zniekształceniu za sprawą Szatana Wolanda i jego pomocników, którzy manipulują zdarzeniami wykorzystując ludzkie słabości i grzechy.


Wszystkie opisy filmów pochodzą ze stron alekinoplus.pl i filmweb.pl

czwartek, 2 lipca 2015

Wieczne popychadło i syndrom sztokholmski w wersji light. Dlaczego się zatrzymujesz?




Czerwiec, czerwiec i po czerwcu. I chciałoby się rzecz: minęło jak z bicza strzelił. A im jesteśmy starsi, tym subiektywne uczucie, że czas pędzi jak szalony - pogłębia się w nas coraz bardziej. Przemiany, zmiany, transformacje. Czas pędzi, świat pędzi i nie ma tu nad czym się zastanawiać. Zmienia się wszystko, wszystko prze do przodu i właściwie w pewnym momencie dochodzi do nas przekonanie, że jak zmienia się świat, tak zmieniamy się i my, podejmujemy nowe decyzje, wyzwania, maszerujemy nieutartymi ścieżkami i w dodatku chyba wszyscy  to rozumiemy, to chyba wydaje się naturalne. To, że musimy iść do przodu, i że kto stoi w miejscu to się cofa wiemy chyba wszyscy – i jest to prawda oczywista i, jak mi się wcześniej wydawało, banalna. Ale okazuje się, że w tym zdaniu „wydawało” jest słowem kluczowym.
I znowu, opowiem Wam pewną historię.
Wyobraźcie sobie, że pracujecie u pewnego nieuczciwego pracodawcy. Nienawidzicie go. Nie traktuje was dobrze. Jesteście chłopcem na posyłki, chłopcem od brudnej roboty. Pracujecie sobie na czarno. Nie macie żadnej umowy, tak naprawdę nic Was z tym człowiekiem formalnie nie wiąże. Harujecie dzień i noc, wzywa was nawet jak jesteście na urlopie. Płaci wam tak mało, że minimalna krajowa powinna być waszym wielkim marzeniem, a w dodatku wszystkie wasze sukcesy przypisuje sobie. Co więcej – jawnie robi was w bambuko. Wszyscy o tym wiedzą. Co więcej, okrada Cię. Bo gdy klient przynosi dla Ciebie dodatkowe pieniądze, to on je zabiera. Nie Ty. I nagle pojawia się okazja. Super okazja. Możesz pójść dalej, odejść, zacząć pracować na siebie. Masz wybór. Właściwie nie ma się nad czym zastanawiać. Masz wspaniały wybór. 

 I… zostajesz. 

Mam znajomego, który tak właśnie zrobił. Dwa razy. Argumentując to, że nie chce sprawić swojemu pracodawcy zawodu i zrobić mu przykrości. Ta osoba ma 35 lat. 

I w ten piękny lipcowy dzień, ręce mi opadają. 

Hamulec ręczny został zaciągnięty!  

 Ludzie za łat­wo re­zyg­nują z władzy nad włas­nym życiem - powiedział kiedyś William Wharton. Czasami mam wrażenie, że Wharton nigdy się nie mylił. Oczywiście, nie zawsze łatwo iść własną ścieżką. Chyba wie to każdy, kto próbował czegoś nowego. Bo są przeszkody, które fakt faktem mogą nam sprawiać trudności, ale przecież nie oznacza to, że są one nie do przeskoczenia!

Strach. 

Boimy się. Zwłaszcza tego co nowe, zwłaszcza tego, co nieznane. Czasami powoduje to nasz brak pewności siebie i wieczne założenia, że : nie, nie uda mi się, nie jestem w stanie tego zrobić. Bawimy się w jasnowidza. A właściwie w czarnowidza – na pewno będzie mi ciężko. Lepszy przecież wróbel w garści, niż gołąbek na dachu i może nie warto ryzykować, tylko zostać przy tym co mam. To jest znane i bezpieczniejsze. Budujemy sobie sztuczną klatkę. Zaciągamy ręczny hamulec. Teraz możemy stać i podziwiać, jak wszyscy inni idą do przodu i realizują marzenia, które miały być nasze. 

Co powiedzą inni ? Jak zareaguje otoczenie? 

A co Cię to obchodzi. Naprawdę przejmujesz się zdaniem, kogoś kto traktuje Cię na równi z czymś, co przyczepiło mu się pod podeszwę jego drogiego buta, który kupił sobie za Twoją pracę? Naprawdę się przejmujesz? Powie Ci, że spodziewał się czegoś innego po Tobie. Niech mówi dalej. Że się zawiódł. Słowo – manipulacja. Będzie wściekły. A niech jest. Co z tego? Zacznij dbać o siebie. Przestań być wiecznym popychadłem, dziękującym jeszcze, że ktoś kopnął Cię w dupsko. 

A co, jeśli nie wyjdzie? 

Wymyśli się coś innego. W życiu chyba nie ma sytuacji bez wyjścia.  Nie można stać w miejscu, bo wtedy nie żyjesz. Jak nie wyjdzie, to nie wyjdzie. Ale jak będziesz uczciwie pracować na swój sukces, to na pewno będzie dobrze. Jak przestaniesz trząść portkami i chować głowę w piasek, a zaczniesz działać. Ostro działać. Nie odkładać na później. Nawet nie będziesz miał czasu się bać i myśleć co będzie „gdyby”. 



Co z tą asertywnością? 

Wiesz, że to co robisz jest bez sensu. Po prostu o tym wiesz. Robisz coś wbrew sobie. Wszyscy Cię w tym utwierdzają. I pada kluczowe pytanie: to co, zostajesz w tej pracy? Na usta ciśnie Ci się słowo: NIE. Odpowiadasz – TAK. Co więcej dodajesz: ALEŻ OCZYWIŚCIE. Mam taki pomysł: upadnij jeszcze do stóp, pokłoń się i podziękuj za taką możliwość.
Z brakiem asertywności można walczyć. Właściwie trzeba. Bo to nie jest wcale błahostka, choć od błahostek się zaczyna. Musisz zacząć trenować. Przestać dawać sobą kierować, zacząć żyć innym, a przede wszystkim SWOIM życiem.  Anthony de Mello powiedział: 

Żyć swoim życiem nie jest egoizmem. Egoizm zawiera się w żądaniu, by ktoś żył zgodnie z Twoimi upodobaniami, , żył dla Twojej próżności, dla Twojego zysku i Twojej przyjemności.

Syndrom sztokholmski w wersji light. 

Będziecie się pewno teraz śmiać z mojego intelektualnego zacofania i ignorancji, ale dopiero wczoraj dowiedziałam się co to jest syndrom sztokholmski. Jeżeli Ty też nie wiedziałeś, to fajnie, jest mi lżej – i udostępniam Ci pod wpisem link, żebyś mógł sprawdzić. Wiadomo, syndrom ten występuje raczej przy dużej traumie i za bardzo nie można tego podciągnąć do opisywanej tu sytuacji. Ale widzę tu jednak pewne punkty wspólne. A raczej nakierowali mnie na to moi przyjaciele. I coś w tym jest.
Człowiek z każdym człowiekiem tworzy w pewnym sensie jakiś związek relacji. Mamy na siebie wpływ. I wydaje mi się, że niektóre osoby po prostu bardziej na te wpływy są podatne. Jesteśmy ofiarą i zaczyna się tu jakaś paradoksalna więź z naszym oprawcą. Warto choćby wspomnieć o kobietach, katowanych przez własnych mężów, które nie potrafią w żaden sposób tego odciąć i od nich odejść. To sprawy cięższe, więc ciężej je rozwiązać. Zostawmy to psychologom. Jeżeli jednak występuje syndrom w wersji light, w formie dosyć wczesnej, chyba warto po pierwsze sobie to uświadomić. A później spróbować raz na zawsze zerwać tą nić. Szybko, jak plaster z zaschniętej rany.

Syzyfowa Praca. Czasami nie przegadasz 
 
A na koniec sprawa trochę przytłaczająca. Jeżeli jesteś znajomym takiej osoby i próbujesz ją przekonać, że to co robi jest złe, a ona Ci na to gorąco przytakuje, to nie łudź się, że wygrałeś. Po pierwsze, taka osoba przytakuje wszystkiemu. Po drugie, choćbyś starał się jak możesz, wychodził z siebie i stawał obok, to możesz nic nie wskórać. Możesz walczyć o tę osobę, ale skoro ona sama postanowiła spisać się na straty, to nic z tym nie zrobisz. I kłania się tu kolejne banalne przysłowie: głową muru nie przebijesz. A może to i lepiej. Bo jeżeli na tym świecie wszyscy byliby zwycięzcami i wiedzieli, że zwycięstwo może być na wyciągnięcie ręki, to tak naprawdę żadnych zwycięzców by nie było. Dlatego odwagi!  Wy jednak, którzy chcecie walczyć – wiary i odwagi!



 Ciekawe linki dla łaknących poszerzenia swoich horyzontów: 

6 sposobów na bycie asertywnym  - Jeden z wpisów znakomitego Michała Pasterskiego

Syndrom sztokholmski w relacjach międzyludzkich - Artykuł Anny Błoch-Gnych 

3096 - Film oparty na autobiografii Natashy Kampusch nawiązujący do syndromu sztokholmskiego. Pokazała mi koleżanka i polecam gorąco!  Ania Poleca!



czwartek, 25 czerwca 2015

Obuchem w głowę, czyli poznaj Tochmana.




Kończy się czerwiec, choć ostatnio trochę w deszczu, nieuchronnie kojarzący mi się z początkiem wakacji, z dzikimi wycieczkami rowerowymi z moim tatą, truskawkami i książkami czytanymi na balkonie, na działce, w parku czy pod ukochaną czereśnią, która od kilku lat niestety jest już wycięta. I mimo że, z roku na rok czerwce stają się coraz bardziej dojrzalsze, co nie znaczy, że mniej zabawne, to są takie sprawy, które się nie zmieniają. A moje przygody z książkami na pewno do takich należą.  I mimo że czerwiec kojarzy mi się dość „lekko”, to nie chciałabym, żeby takie też było moje czytanie. Albo raczej tylko takie. 

Powinniśmy już trochę przywyknąć do tego, że jeżeli chcemy osiągnąć coś wartościowego, wzbogacić się w jakiś sposób czy to materialnie, czy też duchowo, to droga do osiągnięcia tego celu przeważnie nie będzie usłana różami. Powinniśmy mieć świadomość, że czasami możemy się męczyć. Będziemy zawracać, złościć się, zostawiać to w cholerę i zastanawiać się czy warto? Warto.

Fotografia pochodzi ze strony: http://darkroom.baltimoresun.com/2014/04/in-memoriam-20-years-since-the-rwandan-genocide/#1

Dlatego też po raz kolejny sięgnęłam po Tochmana. Tym razem po historię Rwandy, którą wcześniej już się trochę interesowałam. I jakkolwiek brzmi to niezbyt zachęcająco, bo – gdzie to jest i kiedy to było? I po co? Warto.

Wiecie – my Polacy bardzo często się porównujemy. Z racji tego co się dzieje w naszym kraju, cierpimy na jakiś kompleks niższości. Porównujemy się do Niemców, Anglików – jak to im jest dobrze i jak im się wspaniale żyje. A może powinniśmy wyłączyć ten schemat myślenia? Teleportować się na zupełnie inny poziom? ­­Pomyśleć przez chwilę, może zupełnie ABSTAKCYJNIE.

Na świecie dzieją się straszne rzeczy. Słyszymy o tym oglądając telewizję i jedząc spokojnie obiad. I cieszmy się, że możemy go zjeść. Oglądamy, jemy zupę, a po wyłączeniu telewizora informacje te samoczynnie zacierają się w naszym umyśle. Bo są daleko i nas nie dotyczą. Nie ma co się nad nimi zastanawiać.

A gdyby raz jeden trochę się  w to zagłębić? Spróbować stać się trochę bardziej wrażliwym, popatrzeć na coś z zupełnie innego punktu „siedzenia”? Spróbuj, a może nagle okaże się, że wcale nie jest tak źle, jak myślisz. Może nawet w ekstremalnym przypadku dojdziesz do wniosku, że w sumie, to jesteś szczęściarzem i więcej: że jesteś w takim miejscu i w takim czasie, że możesz pomóc komuś innemu.

Fotografia pochodzi ze strony: http://darkroom.baltimoresun.com/2014/04/in-memoriam-20-years-since-the-rwandan-genocide/#1


Z twórczością Wojciecha Tochmana pierwszy raz spotkałam się na studiach. Niekoniecznie jest to twórczość, którą można pokochać. Nie jest to cukierkowy „Dziennik Bridget Jones” czy „Zmierzch”. To reportaże, więc dostaje się po prostu obuchem w głowę. A wiadomo, że obuchem w głowę, żeby wszystko było w niej w porządku, od czasu do czasu trzeba dostać, dlatego wszystkim Tochmana polecam. Tochmana, który nie boi się mówić prawdy – do bólu. Który szczypie słowami. Który nie boi się rzucać nazwiskami i nie boi się konfrontacji. A przede wszystkim nie boi się prawdy. Który chwyta się tematów, o których się nie mówi. Który nie komentuje. I w zasadzie nie ocenia. Który pozostawia to czytelnikowi.

Nie będę Cię okłamywać. „Dzisiaj narysujemy śmierć” nie czyta się lekko. Nie jest to książka na plażę czy do jazdy tramwajem. Taką książkę należy wchłaniać raczej w ciszy. Taką książkę trzeba poczuć. I nie jest ona dla wszystkich.  Bo czy wiesz, jakie stanowisko w sprawie ludobójstwa przyjął polski kościół? Jak zachowywali się polscy żołnierze? Czy to wszystko na pewno jest historią skończoną? Co o tym w ogóle wiesz? I ważniejsze pytanie: czy chcesz wiedzieć? I po co Ci to wszystko? Oczywiście, o wiele prościej jest sięgnąć po jakiś bestseller. Zafona, Szwaję czy „50 twarzy Greya” (nie neguję, też się czasami należy, ale…). Mamy leniwe mózgi i z reguły wybieramy to, co prostsze, łatwiejsze, co sprawi nam czystą przyjemność, rozbawi nas, odpręży. Nie coś, co nas uświadomi i nie da nam przez trzy noce zasnąć. Coś co wejdzie w nas głęboko i być może nas zmieni. Ale może czasami po prostu trzeba? 

Może wystarczy cztery lekkie książki i jeden obuch? Może okaże się, że Twoje problemy, którymi tak się czasami przejmujesz, są po prostu śmieszne.

Bez względu, jaką książkę wybierzecie – jestem pewna, że będzie to dobry wybór, nie zależnie czy będzie to „Eli, Eli”, „Wściekły Pies”, „Schodów się nie pali” czy książkę, o której piszę tutaj dzisiaj „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Książki objętościowo są cienkie, część nie ma pewnie nawet stu stron, można je czytać  (a nawet trzeba) etapami, więc wymówka z serii „nie mam czasu” nie bardzo jest tu na miejscu. Język jest prosty, oszczędny, więc nie bójcie się jakiejś mowy trawy.


Jeżeli chodzi zaś o tematykę samego ludobójstwa Rwandy, gdyby ktoś się jednak zainteresował, to przy okazji mogę polecić dwa filmy : Hotel Rwanda i Czasem w kwietniu.  Warto. Szczególnie ten drugi.  I co ja będę dużo pisać. Przeczytajcie. Obejrzyjcie. 

 


A jeżeli chcecie trochę przedsmaku, to podaję dwa linki: 

1. Zdjęcia z Rwandy 

2. Próbka Tochmana - nie jest to fragment książki, ale zupełnie odrębny tekst nawiązujący do tematu. Mocno rozwinięty. Raczej dopełnienie do tekstu głównego. Wątek tylko nawiązujący do udziału Kościoła, w książce jest to tylko jeden z tematów. Książka oczywiście lepsza.

 

Ania Poleca.
 

Fotografia pochodzi ze strony: http://darkroom.baltimoresun.com/2014/04/in-memoriam-20-years-since-the-rwandan-genocide/#1

 

Cieszę się, że tu dotarłeś. Rozgość się. Zaparz sobie herbatę. Jeżeli czytając te bzdety chociaż raz się uśmiechniesz że życie nie jest takie złe na jakie wygląda - to znaczy, że mi się udało. Jeżeli spodobało Ci się tu i czujesz niedosyt, możesz kliknąć w Zamiast burzy na facebooku, a ja w zamian będę Ci zapewniać jeszcze więcej rozrywki! A jeśli chcesz i mi sprawić przyjemność, będzie mi miło, jak zostawisz jakiś ślad po sobie.