Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Subiektywnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Subiektywnie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 listopada 2015
Chrumknąłem. Czy każdy facet to świnia?
Za oknem leje. Pogoda iście jesienna, taka kiedy najbardziej sprawdza się zestaw 3K: Książka, Kocyk, Kot. Zamiast kwiatów na ślub zażyczyliśmy sobie książki, których teraz nie mamy już gdzie układać, dostaliśmy też duży mięciutki puchaty kocyk, a i kot zwany przez nas ostatnio Gnojuszem Fetoriuszem gdzieś się pod nogami pałęta, pomrukując i naiwnie żebrząc o szynkę. Okres jesienno-zimowy zapowiada się więc całkiem przyjemnie. A i cały szum wokół nas powoli wreszcie opada i wszystko wraca do długo wyczekiwanej "normy". "Cały tydzień ma tak padać" - odzywa się mój pogodynek, kwikając po drodze. Tak, właśnie dobrze przeczytaliście. Kwikając. Bo mój nowonabyty mąż nie dość, że namiętnie interesuje się pogodą, to jeszcze w pakiecie chrumka i kwika, twierdząc uparcie, że to rodzaj czkawki. Ludziom, którzy kiedykolwiek spotkali się z małą żywą świnką i pamiętają jakie odgłosy ona wydaje raczej ciężko będzie w to uwierzyć, bo nie oszukujmy się - Marcin brzmi tak samo. Żeby nie było - przed ślubem też tak robił, chociaż na samym początku naszej znajomości jakoś tego nie odnotowałam. Ale stało się - chłop się przyzwyczaił, dobrze się czuje widocznie w moim towarzystwie, więc śmiejemy się, że zaczął wyłazić z niego mały prosiak. Jest to jednak jedyna świnka jaka z niego wyłazi i mimo, że wszyscy (a raczej wszystkie) naokoło trąbią - a nawet jeden polski zespół nagrał o tym piosenkę - że przecież "facet to świnia", to ja jednak tożsamości z tym zacnym i jakże przecież mądrym stworzeniem doszukać się nie mogę.
Nie taki straszny, jak wygląda.
Mimo że faceci w przeciwieństwie do wielu z nas - kobiet - potrafią wyjść do sklepu bez makijażu, nie wydają się wcale aż tacy straszni. Ten, kto krzyczy na nich, że to płeć brzydka powinien puknąć się ostro w głowę. Po pierwsze, powinniśmy zacząć chyba od tego, że nie należy generalizować i wkładać wszystkich do jednego worka. Nie każdemu facetowi przecież syry da się wyczuć z odległości 2 kilometrów, nie każdy też ubiera skarpety do sandałów i wchodzi do łazienki tylko po to, żeby wychlać szampon i żeżreć mydło. W porządku, są niechlujni faceci, ale są i niechlujne kobiety, więc w czym tak naprawdę rzecz?
O facetach mówi się też, że są zimni, nieczuli i nieromantyczni. O romantyzmie już tu kiedyś coś było. Nie przynoszą kwiatów, nie przytulają się tak często jak powinni, traktują kobiety jak zabawki, zwodzą, ranią i opuszczają - jakby kobiety nie robiły tego samego. Są tacy prosiakowaci i mają czelność mieć jeszcze kolegów, dystans do świata i tylko własne zainteresowania, których nie sposób pojąć. Bestie. Siedzą, nie zamartwiają się światem, jutrem i wszystkim czym się da.
A jednak większość z nas żyje w związkach z takimi świnkami. Przydają się kiedy trzeba coś naprawić, ponosić zakupy, przeprowadzić przez ciemną ulicę.
Chyba zawsze lepiej dogadywałam się bardziej z facetami. Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że są prości i konkretni - nie komplikują wszystkiego co się da, w przeciwieństwie do mnie. Może dlatego, że mają dystans do świata, że nie przejmują się wszystkim i nie boją się wszystkiego. Że potrafią zamknąć jakiś rozdział i po prostu o nim zapomnieć. Że większość ma fenomenalne poczucie humoru, co jest u mnie sprawą najważniejszą.
Facet to świnia.
Czy facet to świnia? Bywa. I tak, i nie. Bo istnieją i tacy, którzy biją, gwałcą. Ale istnieją też kobiety, które oszukują, kłamią i zdradzają. Fakt - niektórym ludziom po prostu bliżej do zwierząt niż człowieków, co nie oznacza, że powinniśmy stereotypizować, wkładać wszystkich do jednego worka i zapominać doceniać to, co mamy. Prawda?
Lubię Cię takiego jakim jesteś.
Jakikolwiek mężczyzna by nie był, zawsze będzie z nim coś nie tak. Może Cię nie bije, ale nie przynosi Ci też kwiatów i maskotek. Bałagani. Nie ma dla Ciebie czasu. Złości się. Marudzi. A powinien być idealny. Taki jak w filmie. Albo jeszcze lepiej - taki, jakiego sobie wymarzyłaś.
A kobieta? Musi być codziennie piękna. W makijażu jak wamp albo nimfa. To nic, że standardowo makijaż rzadko wytrzymuje 8 godzin. Pięknie i seksownie ubrana. I powinna dobrze gotować, nie martwić się i nie pytać o nic. Dom powinien być wysprzątany jak w reklamie cifu, a okres u kobiety powinien wyglądać jak z reklamy always.
Życie to nie bańka mydlana. Nie wymagajmy od innych idealności, gdy sami nie jesteśmy idealni.
Życie jest za krótkie, żeby ciągle się martwić, narzekać i oczekiwać, że będzie jak we śnie.
Lubię Cię takiego jakim jesteś. I cieszmy się więc z tego co mamy! Bo mamy sporo.
Chrum, chrum, chrum.
poniedziałek, 21 września 2015
Ty buraku!
Początek jesieni chciałoby się powiedzieć całkowicie w pełni - liście się żółcą i złocą, temperatura nadal na plusie, a niebo przy zachodach mieni się w pastelach - wszystkich więc łapie jesienna depresja i monotonia. Tradycji polskiej musi stać się zadość i, mimo że w tym roku słońca jest dość, to jednak wszyscy pogrążają się w melancholii i smutku i rozmyślają nad sensem życia pod ciepłym kocem oglądając "Dlaczego ja?" albo "Taniec z gwiazdami". Jeśli chodzi o mnie, to muszę zwyczajowo wszystkich rozczarować, ale ani melancholia ani depresja raczej mnie nie dosięgają - dosięgła mnie za to najbardziej prozaiczna i tradycyjna grypa. Grypa, jak to grypa, ma to do siebie, że przyszła oczywiście w najmniej odpowiednim momencie, niosąc ze sobą w dodatku skutki uboczne, jakimi są rozdrażnienie, obniżona tolerancja na głupotę ludzką i zjadliwość. W połączeniu z dość dużą intensywnością mojego życia, ostatnio wywiązała się z tego wszystkiego bardzo ciekawa mieszanka, która doprowadziła mnie do takiego stanu, że chcąc nie chcąc przestałam się ostatnio ze wszystkim patyczkować i walę prawdę prosto z mostu nie bardzo przejmując się już co inni na ten temat pomyślą. Przepraszam, ale te ceny to przesada - chodźmy gdzieś indziej. Wybacz, ale mam dziś dużo do zrobienia i nie znajdę czasu dla Ciebie - przełóżmy to na jutro, mam inne zdanie na ten temat. Wbrew pozorom te krótkie odpowiedzi należą czasami do najbardziej problemowych. Trzeba jednak podjąć decyzję, albo pozostajemy wierni sobie i się przeciwstawiamy - albo idziemy za tłumem podkulając ogon licząc się z własnymi stratami. Przeciwstawianie się - przedstawianie własnego zdania nie jest złe - pod warunkiem, że robi się to kulturalnie, a z natury nie jest się chamem i prostakiem.
Wiecie, spotkała mnie dziś bardzo słaba sytuacja. Tak słaba, że skłoniła mnie do niniejszych refleksji. I tak sobie myślę, że kurcze jest przecież XXI wiek - wiek coca-coli, inżynierii genetycznej, wielkiego rozwoju techniki i nauki. Żyjemy w świecie otwartych granic, korzystamy z internetu, ludzie są coraz bardziej wykształceni, uczelnie produkują masowo magistrów, dzieci w przedszkolu uczą się już kilku języków, wyjeżdżamy na wakacje coraz więcej i w coraz bardziej egzotyczne kraje i ogólnie wszystko to idzie do przodu. Wszystko oprócz człowieka. Bo niektórzy niestety zaparli się rękami, nogami i nie wiadomo czym jeszcze i postanowili pozostać burakami.
Odbieram dziś w pracy telefon. Dzwoni prezes jednej z wielkich i potężnych firm z pewnej branży przemysłowej w Polsce. I już od samego początku drze się do słuchawki, że prosił o ofertę odnośnie możliwości zatrudnienia Ukraińców i dostał, ale z takimi głupimi warunkami. Bo co to znaczy, że on ma zapewnić zagranicznym pracownikom godziwe warunki zamieszkania - że gdzie oni mają niby mieszkać - w pałacu kultury? Przekazuje telefon E naszemu konsultantowi z Działu do Współpracy z Zagranicą, który tak się składa, że jest z pochodzenia Ukraińcem - bardzo miłym, wychowanym, lekko nieśmiałym, ale pracowitym i sumiennym. Facet tak głośno krzyczy do słuchawki, że chcąc nie chcąc słyszę wszystko. E cierpliwie tłumaczy:
- Poprzez godziwe warunki zakwaterowania rozumiemy tylko tyle, że w mieszkaniu na przykład dwupokojowym, nie będzie mieszkać więcej niż 6 osób.
- O! I co jeszcze! Co to za zachcianki! Jeszcze czego! Ten naród powinien być wdzięczny, że cokolwiek się mu proponuje. Zatrudniam setkę Ukraińców i znam ten naród! Parszywe lenie (tu: długi obraźliwy monolog).
Wyskakują mi rumieńce i nie są to rumieńce od gorączki. Pokazuję na migi, że E wcale nie musi tego słuchać, że może odłożyć słuchawkę. E jednak pyta:
- Skoro Pan takie ma zdanie o tych ludziach, to dlaczego ich Pan zatrudnia?
- Bo nie mogę znaleźć Polaków na ich miejsce. Większość wyjechała. Nikt nie ma takich kwalifikacji. Słyszę po akcencie, że Pan też jest Ukraińcem!
- Być może.
- Wy honoru nie macie, uciekacie przed Putinem...
- Nie chcę z Panem rozmawiać.
- Słucham? Co to znaczy nie chcę?!
- Nie będę z Panem dłużej rozmawiał.
- Proszę mnie połączyć z szefem!
- Szefa nie ma (prawda!). Do widzenia.
W całym oddziale zapanowała straszna cisza. Było mi wstyd. Trzęsłam się ze złości. I nie mogę zrozumieć, nie mogę pojąć... Najbardziej przeraziło mnie to, że powiedział to prezes dużej firmy... Ktoś, kto kieruje ludźmi.
Ostatnio w żartach powiedziałam, że moje ukraińskie źródełko miłości do E zaczyna się wyczerpywać , bo zostawia on wszędzie papiery i wkłada odwrotnie papier do drukarki. Powiedziałam to w żartach - a teraz zrozumiałam jak durnie to sformułowałam. Bo nie mam nic do E, że jest Ukraińcem, tylko do E jako do człowieka, że bałagani. I nie chciałam powiedzieć przez to nic złego. Teraz dotarło do mnie, że i ja jestem burakiem. Trochę mniejszym bo nieświadomym, ale jednak burakiem.
I z tego oto mojego buraczanego miejsca, buraczanego pola apeluję - nie bądźmy burakami. Nie Kurd, nie Ukrainiec, nie Rosjanin, nie Francuz, nie Bułgar, nie Anglik - ale, na Boga, po prostu CZŁOWIEK.
Jak już mówiłam, możesz mieć swoje zdanie - ale nie krzywdź. Co innego powiedzieć, że tu dla Ciebie jest za drogo - a co innego oceniać inny naród, innego człowieka, generalizować. Jeżeli już musisz być burakiem, to chociaż zamknij ten swój głupi dziób!
środa, 16 września 2015
Gwiazdko nie uciekaj!
Ani się obejrzałam jak nadszedł wrzesień. A nadszedł tak
niepostrzeżenie, zaskoczył mnie w połowie mojego maratonu, tak że nawet nie
zdążyłam zauważyć, że już jest, że wieczory coraz szybciej, a wychodząc
powinnam brać ze sobą kurtkę. Jest coraz bardziej intensywnie, tak bardzo intensywnie, że nie mam czasu na
uświadomienie sobie, że właśnie nadchodzi już ten czas jesiennych depresji i
przeziębień wśród połowy kraju, politycy wykłócają się kto jest wspanialszy i
da więcej, a ja nie mam czasu na poczytanie książki, posprzątanie pokoju, a co najgorsze nie mam
czasu na pisanie – a przynajmniej tyle co poprzednio i nie daje mi to spokoju. Ukojenie
daje mi tylko myśl, że ten cały
zapierdziel jest tylko przejściowy. Moje combo trochę się powiększyło za sprawą
mojego dyrektora, który dwa tygodnie temu wprowadził mały chaos w moim życiu
jednym jedynym zdaniem: „zabieram Cię stąd”. Ale jak to – teraz? Właśnie teraz?
Jestem więc w nowym oddziale, na zupełnie nowym stanowisku,
robiąc zupełnie inne rzeczy niż do tej pory.
I wszystko to w najbardziej zakręconym momencie w moim życiu. Wbrew moim
obawom dosyć szybko się zaaklimatyzowałam, wydaje mi się naiwnie, że nawet
zaczynam ogarniać co mam robić, a już z całą pewnością to wszystko jak na razie
bardzo mi się podoba. Szkopuł w tym, że gdyby
nie spadła mi gwiazdka z nieba raczej nieprędko sama bym po nią sięgnęła.
GWIAZDKO, ODEJDŹ. TO NIE JEST DOBRY MOMENT. I NIGDY NIE BĘDZIE.
Wbrew temu, że każdy z nas jest inny nasze życie jest bardzo
schematyczne. Źródła takiego schematyzmu
są dwa: po pierwsze narzucamy go sobie
sami, po drugie narzuca nam go społeczeństwo. Każdy z nas ustawia sobie pewną kolejkę
działania. Nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem. Jest tyle rzeczy, które odwlekamy czekając na
lepszy moment albo ustawiając go na swoim miejscu w ogonku. I planujemy. A gdy
nagle coś wyskoczy albo zmieni swoją pozycję staje się tragedia.
Mama powtarza: dziecko musisz zrobić studia, skończyć
uczelnię żeby móc pracować. Tak było kiedyś i taki jest schemat. Co z tego, że
teraz w zasadzie Ty już masz pracę, a studia niczego nie gwarantują. Nie liczy
się już cel i efekt, ale liczy się kolejność. I dlatego tak ciężko jest zrobić
coś inaczej.
Na nowości nigdy nie jesteśmy przygotowani. I to jest
problem. Bo ubzduraliśmy sobie, że w życiu trzeba być przygotowani na wszystko.
Kiedy nie jesteśmy maksymalnie gotowi rodzi się w nas strach. Chociażby to co
do nas przychodziło było tylko dobre. Boimy się i odrzucamy naszą gwiazdkę z
nieba.
Złapałam moją gwiazdkę, chociaż zupełnie o niej nie myślałam
i zupełnie mi w tym czasie nie pasowała. Plany się posypały, chaos jeszcze
bardziej "rozchaosił", ale jestem zadowolona. Lubię to co robię. Nie żałuję,
chociaż myślałam, że z tym całym rozgardiaszem, całą tą zmianą zupełnie się zachłysnę. Myślałam o tym
żeby zacząć coś nowego, ale jak już wszystko się poukłada, jak ucichnie. Ale
potem dotarło do mnie, że życie wcale nie jest poukładanym zaplanowanym
schematem, że jest raczej mieszaniną zdarzeń, nowych przygód, wyzwań i to
właśnie sprawia, że mimo że czasem jest trudno, to jest też ciekawie. Że dobry czas na coś może nigdy nie nadejść.
Te banały i dywagacje
to tak propos usprawiedliwienia. I na rozgrzewkę. Teraz już będę pisać, choć może troszkę mniej.
Pierwszy punkt moich życiowych zmian wszedł w życie. Zbliża się też ten
kolejny. A potem wszystko już wróci do „normy”.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Pieprzona oaza spokoju.
Lato podobno zmierza ku końcowi. Patrząc na pogodę nie bardzo chce się w to wierzyć. Słońce świeci, ptaszek kwili... i koniec wakacji. Dzieci do szkoły, studenci niedługo na uczelnie, a inni do pracy. A im bliżej końca, to chciałoby się rzec: tym wszystko coraz bardziej wraca do normy. Bardzo nerwowej normy. Ogromnie stresującej. Wypoczęci, jesteśmy o wiele bardziej podatni na pęd. Owczy pęd. Beee, bee, be. I nawet nie widzimy, jak bardzo wkurzamy się o drobnostki i jak bardzo wkurzamy tym innych.
Każdy z nas zna na pewno takiego jednego, który ogólnie to udaje oazę spokoju. Spokojnie, damy radę. Nie ma się czym stresować. Jestem opanowanym człowiekiem i niczym się nie denerwuję. Problem? Jaki problem? Nie ma żadnego problemu. Jestem oazą spokoju, jestem oazą spokoju, jestem pieprzoną oazą spokoju kurde jego mać. Poker face, a jak coś go gryzie to woli zdusić to w sobie. Podobno właśnie od takiego zduszania w sobie emocji mężczyźni krócej żyją. I może nawet wyglądałoby to wszystko całkiem racjonalnie i można by uwierzyć, że to opanowanie jest rzeczywiste, a nie zwykłą ułudą, gdyby nie pakiet niefortunnych zdarzeń. Błahostek. Na przykład spada patelnia, robi się hałas i jest to znakomity powód do puszczenia całej wiązanki przekleństw i postawienia wszystkiego do góry nogami, zrobienia z tego tragedii, jakby świat miał się zaraz skończyć. Za długo pali się czerwone światło. Ten sąsiad z góry za głośno śpiewa, gada, oddycha.
Niespotykanie niezadowolony człowiek.
Nie mam nic do ludzi, którzy denerwują się w sytuacjach poważnych. Potrafię zrozumieć różne reakcje. Właściwie to ich podziwiam. Myślę, że o wiele lepiej jest może i czasem zachować się w stresie nawet głupio, ale wyrzucić go z siebie, pokonać i przez resztę czasu starać się po prostu zadowolonym z życia człowiekiem, który zamiast wkurzania się na niedomknięte drzwi, rozlaną herbatę czy inną zupełnie nieważną pierdołę widzi raczej dobre rzeczy. Tak jest zdrowiej. Bo jak Ty chcesz w życiu być szczęśliwym, kiedy wszystko Cię drażni? Kiedy jesteś jak czynny wulkan, który może lada chwila wybuchnąć ?
Znacie takie osoby, prawda? Wiecie czym to może się skończyć. Super biznesmen, ze spokojem załatwi sprawę za milion złotych na szczeblu światowym ze stoickim uśmiechem. Poważny, często nie potrafi okazać uczuć. Za to w domu dzieci przed nim uciekają, a żona boi się odezwać, żeby nie ryknął. Taki mały Neron.
W zasadzie nie wiesz, jak to się stało. Zaczęło się właściwie od błahostek, ale potem następuje już taki moment, kiedy nie potrafisz się z niczego cieszyć. Dziecko w Tobie umarło, umarł człowiek, który potrafi czuć, być zakochanym, szalonym, spontanicznym, zachwycać się. Zamiast tego w środku siedzi potwór, który zżera Cię od środka. Nawet jak widzisz problem, to już nie potrafisz go pokonać. Agresja wychodzi z Ciebie samoczynnie, chociaż tego nie chcesz. Na pytanie zatroskanej żony - odburkujesz. Wszystko Cię wkurza. Nic poważnego - głupoty, pierdoły wręcz. W dodatku towarzyszy temu niczym niezmącona rutyna - co dzień to samo, ten sam schemat dnia. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic i spać. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic, spać. Praca, obiad, wiadomości... stań i popatrz na to z boku. Zaciukać się można, co nie?
Kto z kim przystaje, taki się staje.
Jedną sprawą to jest być takim człowiekiem, a drugą jak działasz tym na innych. Reakcje mogą być różne, jedno jednak jest pewne - żadna z nich nie jest pozytywna. Bo tak czy inaczej, zniechęcasz do siebie ludzi. Po pierwsze, boją się Ciebie. Boją się Twoich reakcji. Skoro wścieka się o pierdołę, to jak się zachowa jak naprawdę coś się stanie? Gdyby to było jeszcze tylko jeden raz: zgasł Ci silnik, śpieszysz się, nie zdążysz na czas - ok, pewno większość z nas rzekłaby coś w rodzaju motyla noga czy kurza twarz - to naturalne - ale jeżeli Ty co chwila wściekasz się dosłownie o nic, to chyba jednak jest coś nie halo.
Po drugie: na pewno też nieraz w życiu słyszałeś, że niestety ale, kto z kim przystaje, taki się staje. Chcesz czy nie, ale działasz na innych i to bardzo mocno. Sam pomyśl, czy potrafiłbyś być zadowolny i szczęśliwy przebywając non stop z osobą sfrustrowaną na cały świat i okolice? Choćby człowiek nie wiem, jak się starał, to długo ze swoją wesołością i radością życia nie pociągnie. I tak właśnie mnożą się zgredy.
Czy to naprawdę aż taki kataklizm?
Mleko się rozlało. Szklanka rozbiła. Pies za głośno szczeknął, a kot ofutrzył Ci ulubiony sweter. Plama na koszuli. Faktycznie, tragedia, ale czy aż taka żeby marnować sobie i innym humor? Nie jesteś na tym świecie sam. A może zamiast tego, machnij na to ręką. I zrób coś, co poprawi Ci humor. Zaszalej. Kup sobie lody. Obejrzyj coś śmiesznego. Albo porozmawiaj z kimś o tym, co Cię naprawdę boli. I pomyśl, że to całe wkurzanie się o małe rzeczy nic jeszcze nigdy dobrego Ci nie przyniosło. Spójrz też na swoich bliskich - zadają wkurzające pytania, co? Nawiązujące do tematu, który chcesz wyrzucić z głowy? Tematu, którym codziennie się stresujesz. Po cichu. Wkurzają Cię. O i to jak.
Powiem Ci coś. Oni nie robią tego specjalnie. Martwią się o Ciebie. A może zaryzykuj i z nimi pogadaj? Nie musisz do cholery zostawać z tym wszystkim sam.
Uwolnij emocje. Uśmiechnij się.
No dobra, skoro już doszedłeś w swojej uroczej łepetynce, że może faktycznie, nie wszystko ostatnio było ok, to pewno teraz myślisz, jak temu zaradzić. Bo przecież chcesz być szczęśliwy. Nie musieć się martwić o tysiące drobiazgów. Każdy chce.
Przyszedł więc czas podsumowań. Czekasz może na gotową odpowiedź, co zrobić żeby to zmienić. Trochę Cię rozczaruję, bo to nie jest poradnik. A ja nie znam rozwiązania. Nie będę strugać wielkiego znawcy tematu, psychologii, motywacji czy czegoś tam jeszcze. Nie jestem specjalistą. Jestem zwykłą Anią, która lubi sobie od czasu do czasu popisać o tym, co jej w głowie siedzi.
Nie wiem czy Ci pomogę. Ale mogę powiedzieć Ci, jak ja radzę sobie ze stresem. Jak ja radzę sobie ze swoimi emocjami i z samą sobą. Masz to u mnie w gratisie. A i trafiłeś na najlepszy czas, bo zaczął się dla mnie okres ogromnych zmian. Kto wie, czy nie największych w moim życiu, więc pisząc o stresie, raczej wiem o czym piszę. Co więc robię, kiedy to uczucie mnie dopada?
1. Gadam. *
Nienawidzę tej wady u siebie, ale tak już jest. Po pierwsze to mój odruch uspakajający - gadam, nie tylko o problemie, ale i o pierdołach. Mówię o tym, że zdarzyło się coś nie tak, mówię o tym co mnie boli, czego się boję, ale i o tym, że jak będziemy mieli kolejnego kota kiedyś, to chciałabym żeby nazywał się Szachrajek. Gadam. I wyrzucam z siebie wszystkie złe emocje, nie jestem z tym sama. I jest mi lepiej.
2. Pomocyyyy!!!! *
Nie musisz radzić sobie ze wszystkim sam. Nie bój się poprosić o pomoc. To nic złego. Nikomu tym nie zawrócisz głowy, nikomu się nie narzucisz. Razem zawsze bardziej uda się niż pojedynczo. I ja zawsze, zawsze sobie powtarzam: nie ma takiej sytuacji, z której nie ma żadnego wyjścia. Mam na przykład swojego Marcina albo swoją prywatną Olgę, którym zawszę mogę powiedzieć, co nie gra - wtedy siadamy i debatujemy - i mamy świadomość, że razem, z pomocą innych zawsze jakoś spadniemy na cztery łapy.
3. Rozgryzanie problemu. *
Powiedziałabym, że problem jest jak orzech, ale w sumie trochę bujda. Wtedy wystarczyłoby po prostu walnąć młotkiem (nie wiem, jak u Was, ale ja tak właśnie rozłupuję orzechy) i po sprawie. Niestety tak nie jest, więc rozgryzam to trochę inaczej - próbuję przewidzieć konsekwencje najgorszego scenariusza wydarzeń. Prosty przykład: egzamin. Wystarczy przeprowadzić z sobą odpowiedni monolog.
- A co będzie jak nie zdam?
- No to nie zdasz. Podejdziesz do poprawki.
- A jeżeli nie zdam poprawki? Uwalę rok.
- Najwyżej. Nie Ty pierwsza i nie Ty ostatnia. Świat się przez to nie zawali. Znajdziesz wtedy pracę, popracujesz a potem wrócisz na studia. To też jest dobre wyjście.
4. Zrób coś fajnego, coś dla siebie. *
Jakiś czas temu doszłam do jednego ważnego faktu. Życie nie polega tylko na zmartwieniach. Na wiecznym cierpieniu, wiecznym zabieganiu tylko o to, żeby kiedyś było dobrze. Życie toczy się też tu i teraz, więc wyciągnij z niego co najlepsze, zrób coś, co sprawi, że poczujesz się dobrze. Teraz. Jutra, o które tak walczysz może wcale nie być. Zrób coś co Cię uszczęśliwi, coś dla siebie. Nie odmawiaj sobie małej przyjemności. I uśmiechaj się. Nawet jeżeli zapomniałeś już jak to się robi i z początku będzie to trochę sztuczne i wymuszone. Świat jest cały czas taki sam. Zmienia się tylko nasze postrzeganie. A jak będziesz postrzegał wszystko bardziej pozytywnie, to i pozytywniej zrobi się w Twoim życiu.
5. Nie myśl za dużo. *
Nie wcale. Po prostu za dużo. Zacznij działać. I nie będziesz miał czasu się bać, stresować, gromadzić w sobie negatywnych emocji i warczeć na kogo popadnie.
Nie ważne jaki sposób znajdziesz, ważne żeby był skuteczny. Nie odbarwiajmy sobie życia, nie komplikujmy go sobie i innym. Może przyszedł wreszcie czas, żeby przekonać się, że ono wcale nie jest takie złe, jak nam się wydaje? Może ta jesień nie będzie płynęła pod znakiem corocznej jesiennej depresji? Może pora coś zmienić?
* Jeżeli czytają to jacyś mężczyźni: Achtung, achtung! Żaden ze sposobów nie sprawdza się u kobiet podczas okresu. Na zły humor kobiety, rzucanie talerzami i spazmatyczne płacze niestety nie ma skutecznego lekarstwa.
A wy? Macie jakieś skuteczne sposoby na stres, warczenie i buczenie?
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Wierzę w Ciebie.
Wiecie, zawsze myślałam, że najtrudniejszym co spotyka w życiu człowieka, największym demonem nas samych, największyą siłą, kierującą naszym życiem jest nasz strach. Strach, który towarzyszy nam od najmłodszych lat i nie opuszcza nas tak naprawdę nigdy. Nie wierzę, że istnieją ludzie, którzy niczego się nie boją. Nie wierzę, że jest na świecie człowiek, który chociaż raz nie trwał w tym stanie. Strach to bowiem też element człowieczeństwa - bardzo zresztą ważny i chyba nieunikniony, a nawet potrzebny.
Zawsze wyobrażałam sobie, że nie ma nic gorszego niż ta bariera, która blokuje nas przed działaniem, paraliżuje, psuje humor, niesie zwątpienie we własne umiejętności. Zawsze myślałam, że nie ma nic gorszego niż trwać we własnym strachu - pozwolić, żeby stał się tak wielki, że to właśnie on zawładnie naszym życiem. Zawsze też myślałam, że największym wyzwaniem jest walczyć z tym wszystkim, stanąć twarzą w twarz ze swoim lękiem i stawiać mu opór. Pokonywać go. Zawsze myślałam, że to właśnie jest prawdziwe życie.
Ale myliłam się. Myliłam się okrutnie, bo teraz już wiem, że są o wiele gorsze rzeczy niż własny strach, że są rzeczy, z którymi o wiele ciężej się zmierzyć. Bo okazało się, że o wiele gorszym jest patrzeć na strach drugiej osoby, osoby którą kochamy, która jest częścią - bardzo ważną częścią naszego życia i której nie potrafimy w żaden sposób pomóc. Najgorsza bywa bezsilność.
To czasami jest tak, jak wyciąganie ręki do niewidomej osoby. Machamy jej dłonią przed nosem, staramy się ją złapać, ale ona tego nie widzi. Coś, co dla nas jest zupełnie jasne, proste i oczywiste dla niej jest spowite mrokiem. Znamy swoich przyjaciół, znamy swoich bliskich. Przebywamy z Nimi codziennie i widzimy ich problemy nawet, kiedy starają się je przed nami ukryć.
Są takie chwile w życiu, kiedy każdy z nas traci czasami grunt pod nogami. Coś się nie udaje, coś poszło może nie tak, jak trzeba, albo coś jest dla nas zupełnie nowe i sieje w nas wątpliwości. I wtedy tracimy pewność siebie. Zaczynamy porównywać się do innych, ale tylko w jednym konkretnym punkcie. Zaczynamy wmawiać sobie, że jest z nami coś nie tak, że może jesteśmy trochę wybrakowani. Nie wiedzie nam się tak jak innym, nie mamy żadnych zasobów. Jesteśmy beznadziejni. On osiągnął to i to, zarabia więcej, jemu się już udało, a co ze mną? Jestem głupi, nie zasługuję na nic.
I wtedy zaczyna się to najgorsze. Bo patrzę na Ciebie i wiem, że to nieprawda. Mówię Ci to, ale jesteś głuchy. Macham przed Tobą wyciągniętą dłonią, ale nie chcesz mnie zobaczyć. Dopadł Cię strach, strach przed przyszłością, strach przed nowym. Chciałabym Ci powiedzieć, że strach niczego nie zmienia. Wiem, bo jestem znawcą w tej dziedzinie. Bo były czasy, kiedy bałam się wszystkiego - odezwać się głośniej przy innych, mieć inne zdanie, rozpocząć coś nowego - czasy, kiedy bałam się zwykłego poniedziałku. Chciałabym Ci powiedzieć, że nawet jak Ci się coś nie uda, to świat się nie zawali. Że ta droga, którą kroczysz nie jest jedyną możliwą. Że jest tysiące dróg, tysiące wyjść. Że trzeba codziennie ryzykować. Że ja w Ciebie wierzę. Jestem tutaj. Nie bój się. Nie bój się walczyć, uda Ci się. Bo jeżeli upadniesz, to ja Cię podniosę. Jesteś ważny. Dla wielu osób.
Na stronie fb bloga Hope - Rozwój i Terapia pojawił się dzisiaj taki cytat: Nie można zmusić ziarna do rozwoju i kiełkowania, można jedynie stworzyć warunki zezwalające na to, aby ziarno rozwinęło wszystkie tkwiące w nim możliwości.
Każdy strach ma jakąś granicę, jakiś punkt krytyczny. Strach znika, kiedy zaczynamy działać, działać tak intensywnie, że nie mamy czasu już o nim myśleć. Takimi punktami krytycznymi są też miłość i przyjaźń. Kiedy Twoje dziecko ma kłopoty, zapominasz o własnym strachu, jesteś w stanie go przełamać żeby mu pomóc.
Niektórych rzeczy nie zrobimy za innych. Ale możemy być ich wsparciem. Być obok. Przytrzymać, pomóc wstać po upadku. Takie wsparcie ma większą moc niż najlepsze teksty motywacyjne.
***
Jak już pisałam, przez najbliższe dwa miesiące może mnie tu być ciutkę mniej. Ale będę się starać, aby jednak za często tak się nie działo. Trochę się martwię, że jak zrobi się tu trochę ciszej przez jakiś czas, to o mnie zapomnicie.
Nie zapominajcie, dobrze? Bo bardzo Was lubię. I to co tu robię, na zamiast burzy też.
czwartek, 20 sierpnia 2015
Czasami warto odpuścić
Znacie to, prawda? Cel. Cel. Cel. Bo zewsząd trąbią, że cele trzeba realizować za wszelką cenę. Dopinać wszystkiego. Dążyć do gwiazd. Pędzić przez życie i zaliczać je jeden po drugim. Odhaczyć, odhaczyć, odhaczyć. Na stronach traktujących o motywacji i organizacji huczy od takich haseł, jak: Cele to wszystko, a reszta to otoczka.
Tak. Ja też jestem przekonana, że dążenie do zrealizowania swoich wytycznych, ciągły rozwój, wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery jest oczywiście bardzo ważne i dzięki naszej ciężkiej pracy, jak najbardziej do osiągnięcia. Tak. Zgadzam się, że osiągnięcie celu to coś dużego, a zarazem wartościowego, coś co z pewnością wyróżnia nas na tle świata przyrody, jest jakimś wyznacznikiem naszej pozycji, naszego jestestwa. Wszystko to oczywiście i niepodważalnie prawda, ale jednak nie przeszkadza mi to wcale a wcale jednocześnie uważać, że czasami rzeczą o wiele ważniejszą i trudniejszą od ślepego osiągania celu jest móc go sobie po prostu darować. Nie jest to łatwe, bo przecież cały czas wpaja nam się - nie rezygnuj, walcz, idź do przodu. Koniecznie. Jednym słowem: cel, cel, cel.
Ale czy tak jest dobrze? Tak. Nie. A właściwie to i tak i nie. Bo są w życiu naprawdę takie sytuacje, kiedy warto odpuścić.
Za dużo na raz.
Ten przypadek mogłabym opisać Wam z zamkniętymi oczami. Bo kiedyś nieraz już było tak, że trochę przesadzałam z ilością zadań. Dwa lata kulturoznawstwa w rok, a do tego filologia, a co mi tam. Praca licencjacka, praca magisterska i praktyki w tym samym czasie? Wystarczy tylko pstryknąć palcami. Za mało, więc może jeszcze do tego dołożę sobie kurs radiowy - przyda się, nie przyda - pójdę. Pstryk, pstryk, pstryk. To nic, że w czwartek o tej samej godzinie miałam być w trzech miejscach na raz. Jak się chce to wszystko można ogarnąć, prawda? 24 godziny to dużo, więc wyznaczę sobie może z 500 zadań. I to też nic, że biegałam potem z jęzorem do pasa, z paniką zalewałam wszystkich potokiem słów, a w głowie dzwonił mi alarm: nie zdążę, nie wyrobię się, jestem zmęczona. A gdy chociaż jedno miejsce z listy nie zostało zrealizowane - zaczynałam czuć się źle, a życie traciło wszelki sens. A jak życie traci sens, to przecież najbardziej sprawdzają się nowe zadania. Pstryk, pstryk, pstryk.
Opowiem Wam kiedyś, jakie combo przygotowałam sobie w tym roku. Ale jeszcze nie teraz. Teraz bowiem muszę po prostu kombinować, jak to wszystko porealizować. Jak już się dzieje, to niech się dzieje, nie będziemy się przecież rozdrabniać. Za to teraz opowiem Wam historię mojego wakacyjnego urlopu. Jak spędzać urlop, żeby nie wypocząć? Spokojnie, Ania wszystkiego Was nauczy.
Otóż zaczęło się od tego, że nadmiar obowiązków mnie zalewa. I od tego, że moja dobra wróżka o wdzięcznym imieniu Marcin, przekonała mnie, że jak sobie pozwolę na dwudniowy urlop, to przecież świat się nie zawali. Otworzyłam więc kalendarz i po długim przeliczaniu i główkowaniu, stwierdziłam, że tak - na dwa dni to chyba mogę sobie pozwolić, reszta jest przeznaczona na inne cele, ale dwa dni... Napisałam do szefa, szef bez problemu wyraził zgodę i oto miałam (krótki, bo krótki, ale zawsze) urlop tylko dla siebie i tyyyyyyle planów. Muszę załatwić to i to. I jechać jeszcze tam. Wysprzątam mieszkanie, bo przy takim nawale zadań wygląda ostatnio tak, jakby przeszło przez nie tornado. I zrobię jeszcze tamto. I tamto. I jeszcze to.
Nie będzie to dla Was pewno nic odkrywczego jak napiszę, że wróciłam do pracy zmęczona jeszcze bardziej niż byłam przed urlopem. Zdążyłam tylko umyć i wyczyścić lodówkę, bo prawie nie było mnie w mieszkaniu. Załatwiałam. Nogi mnie bolą od biegania do tu i do tam i skurcze łapią od zmęczenia. Jakbym miała z 80 lat. Z połową rzeczy oczywiście nie zdążyłam. Czuję się z tym paskudnie. A lista spraw stale się wydłuża. Klasyk.
I teraz Was ostrzegam: czasami naprawdę warto trochę odpuścić. Coś zrobić później. Nie brać na siebie aż tylu obowiązków na raz. Mieć chwilę dla siebie, choćby po to, żeby się uspokoić. Poprosić kogoś o pomoc.
Staram się zastopować. Bo owszem, jest dużo do roboty, ale powtarzam sobie, że nie można przecież dać się zwariować. Trzeba wyłuskać jakieś priorytety i na nich się skupić. I czasami po prostu na chwilkę się zatrzymać. Powoli. Spokojnie. I staram się nie dokładać już żadnego pstryk, pstryk, pstryk.
Po trupach do celu.
Znacie to prawda? Każdy zna takie osoby. Z ogromnym parciem na cel. Na osiągnięcie go za wszelką cenę. Bez względu na innych. Bez względu na okoliczności. Bez względu na konsekwencje. Prą przez życie jak taran, nie interesując się za bardzo, co zmietli po drodze. Owszem, w życiu trzeba być twardym, ale trzeba być też człowiekiem.
Wszędzie czytamy i słyszymy, że warto realizować własne marzenia - i ja jestem tego zdania, ale mało zwraca się uwagi na to, jak do tego celu dochodzić. I tak sobie myślę, że dobrze chyba by było w ogóle określić sobie jakąś swoją skalę ważności (każdy dla siebie) i odpowiedzieć sobie na parę pytań - czy ważniejsze jest dla mnie na przykład zarabiać miliony czy zarabiać trochę mniej, a mieć czas dla rodziny i własnych dzieci? Bo można postępować różnie. Na przykład: owszem, możesz uznać w pracy najnowszy projekt za tylko swój, wchodzić w tyłek szefowi i szybko awansować, ale czy nie stracisz przez to zaufania i przyjaźni innych osób? Jak bardzo oni się dla Ciebie liczą? Co jest dla Ciebie ważniejsze? Czy ten cel jest aż tyle wart? A może warto jednak odpuścić?
Gra nie warta świeczki.
Jak pewnie zauważyliście, ludzie są z natury istotami bardzo hardymi, dumnymi, a zarazem honorowymi. Wszystko niby fajnie, tylko że wynika przez to cała masa naprawdę bzdurnych kłopotów. Mianowicie: o zwykłą pierdołę potrafią kłócić się całymi latami. Psuć sobie i innym nerwy. I udowadniać co tylko się da: w ich mniemaniu własny upór, pozycję czy własne zdanie, a w opinii innych po prostu własną głupotę. Każdy z nas zna takie przypadki. Pokłóciły się o kolor ściany w kuchni i więcej się do siebie nie odzywały. Nie zaprosił cioci Frani na wesele, to ja też nie przyjdę i nie odezwę się do niego przez następnych 30 lat. Pokłócili się i rozstali, on się wkurzył, wyszedł trzasnął drzwiami, nie pamięta właściwie o co poszło, ale uniósł się dumą i już nigdy tam nie wrócił, nawet jak chciał. Może i plamy na honorze nie ma, ale coś tu chyba miało być nie tak jak jest. A nawet, gdy już ktoś ochłonie i podchodzi z wyciągniętą ręką, to jest już za późno. Teraz my mamy prawo się obrazić. I nie wybaczymy. Nie odpuścimy. Nawet jak ta gra nie jest warta świeczki.
Miej wyjebane a będzie Ci dane.
To z dawien dawna staropolskie przysłowie na zawsze już chyba weszło do kanonu. I jak to ze staropolskimi powiedzonkami bywa, jakąś tam cząstkę prawdy w sobie niesie. Nieraz pewno tego doświadczyliście - a w dupie to już mam, nie uczę się, najwyżej będzie poprawka. I co? No może nie piątka, ale czwórka czasem się trafiała, prawda? Nie, nie myślcie, że zachęcam, żeby teraz na wszystko mieć po prostu lotto, to chyba mimo wszystko nie tak działa. Ale może czasami warto spuścić trochę cugli? Nie przejmować się wszystkim aż tak bardzo?
O co mi chodzi? To może jeszcze jedna stereotypowa historia:
Chłopakowi podoba się dziewczyna. Stara się. Lata za nią, serenady pod domem, kwiaty, bezglutenowe, niskokaloryczne czekoladki i inne tego typu bajery. A ona nic. No zupełnie nic. Czasami trwa to bardzo długo, ale dajmy na to, że w tym wypadku jednak tak nie jest. Chłopak, odpuszcza, kończy temat, daje sobie spokój. I nagle sms od niej, czułe słówko, jakiś znak. O co kaman? Czy dziewczyny naprawdę wolą drani, które je olewają i mają je w dupie, jak głosi fama? A może po prostu za bardzo się starałeś? Nadskakiwałeś? Za bardzo drążyłeś, bo tak bardzo chciałeś osiągnąć cel? Może ją przestraszyłeś, nie byłeś do końca sobą, może ona bała się, że po otwarciu lodówki ujrzy tam Ciebie z pierścionkiem zaręczynowym? Może tak bardzo chciałeś, że się zestresowałeś i wszystko nie wyszło tak jak trzeba, a jak już znormalniałeś, wróciłeś do siebie, to do niej dotarło, że ogólnie, kiedy już nie zachowujesz się jak ostatni osioł, to całkiem w porządku z Ciebie koleś? Miej wyjebane, a będzie Ci dane. A może inaczej: nic na siłę.
Pyrrusowe zwycięstwo.
Według starożytnych historyków, podczas przyjmowania gratulacji od innych oficerów Pyrrus miał powiedzieć: Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będę zgubiony. Cel jednak został osiągnięty. Norma zrobiona. Tylko ludzi kilka tysięcy mniej.
Jestem w trakcie reorganizowania swojego planu zajęć. Stwierdziłam, że czasami warto odpuścić. Chociaż nie jest to łatwe. Szczególnie dla ludzi, którzy są niespokojni, w gorącej wodzie kąpani, i którzy chcieliby mieć wszystko na już, zaraz ewentualnie na za chwilę. Czyli dla takich, jak ja. Jest to trudne, ale bardzo ważne - bo trzeba mieć cały czas w głowie, jaką cenę możemy dać za osiągnięcie własnego celu. Bo może wcale nie jest on aż taki ważny? Może można go przełożyć, pójść jakąś inną drogą, albo po prostu go odpuścić i świat się nie zawali? Bo czy warto zawsze mieć wszystko i osiągać to co się chce? Kosztem zdrowia, szczęścia i innych ludzi? Warto?
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Siedzi misio na kanapie i się łapką w dupę drapie. O lenistwie i czasie słów kilka.
W ostatnich dniach na myśl rzuca się tylko jedno słowo: gorąco. Mam wrażenie, że topi się wszystko. Topi się asfalt, topią się ludzie, jedzenie i lód, którym się okładam. Dochodzę nagle do wniosku, że wreszcie już zdecydowałam się co do mojej temperaturowej orientacji i z pewnością jestem bardziej zimnolubna niż ciepłolubna. I jakem Ania, nie zmienię tego zdania przynajmniej do zimy. Pogoda nie sprzyja też pracy, nie łudźmy się. Rozleniwiamy się strasznie. W zasadzie to nie dziwi. Nawet mój kot nie ma siły już gonić za muchą, tylko siedzi i czeka, aż muszce znudzi się bzyczeć mu nad głową i padnie sama z przegrzania. Zresztą są wakacje. Można sobie troszkę pozwolić. Gorzej jednak jak wakacje się skończą, urlop odejdzie w zapomnienie, a nam czas będzie uciekał przez palce.
Odjutronizm.
To stanowczo najpopularniejsza przypadłość tego wieku. Bo jest poniedziałek po weekendzie i... no nie chce nam się. Dziś jeszcze dam sobie spokój, ale od jutra... od jutra to hohoho! A jutro będzie znowu od jutra. Bo dziś trudno jest zacząć. Jeszcze ostatni dzień ulgi. Taki maleńki. Tyciusieńki.
Ale jest mały haczyk. Bo jutro zacząć będzie równie ciężko zacząć co dziś.
Czasami jest jednak tak, że niestety nie da się przekładać cały czas wszystkiego z dnia na dzień w ten sposób, żeby nigdy tego nie wykonać i dzieje się to z bardzo prostej przyczyny: otóż mamy wyznaczony odgórnie czas na zrobienie danej rzeczy. Co więcej, jest to czas określony przez jakąś inną ważną osobę albo termin wymusza sytuacja. A skoro jednak sytuacja wymusza, to wiadomo - nie da się tego przekładać i przekładać, trzeba użyć jakiejś innej sprytnej taktyki. I znajdujemy oczywiście super rozwiązanie: nie odkładamy tego na jutro czy na kolejny tydzień - robimy to po prostu na ostatnią chwilę. Najpóźniej jak się da. Wyczuwacie moją ironię, prawda? Sposoby te są dobre, jeżeli tak naprawdę wcale nie zależy nam na celu. Jeżeli jesteśmy przy nich usatysfakcjonowani i szczęśliwi, to po co coś zmieniać, możemy ich używać dalej. Bo jeżeli tak w głębi duszy nie chcemy nauczyć się fińskiego, to się go nie uczmy. Gorzej jednak jak coś naprawdę chcielibyśmy osiągnąć.
Dajmy na to, że nie chce Wam się iść pobiegać. Ogólnie to lubicie, ale ciężko Wam się przemóc. Najpierw jest etap wymówek: jest za wcześnie - za zimno - za ciepło - pójdę za godzinę, teraz jeszcze pośpię. A potem odkładanie: najpierw zrobię pranie, pójdę na zakupy, teraz jestem taka zmęczona. To może jutro. I tak w kółko.
Ok. Ale czy czujesz się zadowolony? Wisi to nad Tobą przez cały dzień i gdzieś tam kołacze po biednej głowie. Straszne uczucie. Myślisz o tym. A mogłabyś wyrzucić to z głowy. Tyle razy to przeżywałam.
A wiecie, co trzeba zrobić żeby przestało być źle? Zdradzę Wam tą największą tajemnicę. Założyć dres, trampki, zagryźć zęby i iść pobiegać. Zrobić to, co postanowiliśmy. Zrobić swoje i wyrzucić to z głowy. I jeszcze potem dochodzi do Ciebie, że to nawet fajne jest. Melduję wykonanie zadania! Ot, cała filozofia.
Masz tydzień na projekt i nie chcesz o nim przez tydzień myśleć? Zrób to od razu i miej spokój! Wtedy możesz odpoczywać. Co więcej - będziesz mógł pękać z dumy. I będziesz radosny.
Ale rozwiązanie jest niestety tylko jedno i w dodatku banalne: trzeba po prostu zacząć. Najtrudniej się przełamać, a potem jakoś idzie.
Czas.
Zdradzę Wam też jeszcze jeden sekret. Czas niestety nie jest rozciągliwy. Jeśli chodzi o każdy poszczególny dzień, to nawet sprawiedliwie dostajemy go tyle samo. To też takie metrum, na które stale narzekamy, że na wszystko nam go brakuje. I ponoć jest cenniejszy od pieniędzy, choć czasami nie do wszystkich to dociera. Jak to więc jest, że niektórzy potrafią go lepiej spożytkować i zdążyć ze wszystkim, a inni nie potrafią się spostrzec kiedy minął, już jest koniec dnia i trzeba iść spać. Prawda jest taka, że czasem można całkiem nieźle manipulować - można go też sporo oszczędzić. I można to zrobić bardzo prosto.
Wstawaj wcześniej.
Dla mnie to szczególnie trudne. Bo nie wiem, jak ja to robię, ale nigdy nie mogę się wyspać. Marcin musi mnie rano dosłownie wykopywać z łóżka. Na jego nieszczęście śpię od ściany i ma zawyżony poziom trudności. Nawet mój kot angażuje się w to, żebym jak najszybciej wylazła z ciepłego wyrka i jak tylko słyszy dźwięk budzika podbiega i szorstkim językiem liże mi nos. Żaden peeling nie może się temu równać. Ostatnio jednak udało mi się przemóc i wstaję wcześniej. Stymulatorem do tego był Marcin, który przez cały dzień jest zalatany jak dziki bóbr i często nie zdąży sobie przygotować nic do jedzenia, bo nagle zadzwoni klient, wydarzy się coś w kancelarii, czy niezwłocznie trzeba coś załatwić. Postanowiłam więc wstać rano i przygotować mu kanapki na resztę dnia, żeby w razie kryzysowej sytuacji mógł sobie po taką sięgnąć. Sama poczułam się lepiej. Nagle i dla mnie znalazło się jakoś więcej czasu na różne inne rzeczy, które mogę zrobić. Makijaż jest ładniejszy, nie zapominam już spakować tysiąca drobiazgów, a i sama wreszcie biorę śniadanie do pracy. I humor też mi dopisuje.
Oszukaj czas.
Czasu nie można pomnożyć, ani rozciągnąć, ale można go trochę oszukać. Można po prostu połączyć kilka czynności i trochę go zaoszczędzić. Oglądając film czy serial jeżdżę jednocześnie na rowerze stacjonarnym. I Ty możesz działać podobnie. Jadąc autobusem możesz czytać książkę, a przy wiadomościach obierać kartofle na obiad. Jest jak zwykle jeden myk - można łączyć tylko czynności, które wzajemnie siebie nie rozpraszają. Pisanie pracy magisterskiej przy ulubionym serialu nie jest najlepszym pomysłem.
Kontroluj czas.
Macie tak, że wracacie z pracy, nagle robi się wielka czarna dziura, potem jest wieczór i trzeba iść spać, a wy nie wiecie na co właściwie spożytkowaliście te kilka godzin? Jakoś się tak rozmemłały, posiedzieliście, pogadaliście, posnuliście się po chałupie i już. Ja tak miałam.
Teraz staram się kontrolować czas. Myśleć w sposób konstruktywny: mam godzinę. Dokładnie. Przez godzinę zdążę zrobić obiad, sprzątnąć w szafie, może jeszcze wyprać kota. Daję sobie godzinę, a potem mam czas na książkę. Ale robię dokładnie to i tylko to przez ten czas. Ważne jest też, żeby to była właśnie taka kolejność. Najpierw praca, potem nagroda, bo zwykle - przyznajmy się sami przed sobą - wygląda to trochę inaczej: obejrzę sobie film, a zaraz potem umyję samochód. A film okazuje się tak fajny, że niestety, ale mycie samochodu po nim wydaje nam się FOPA. Bardzo pomógł mi też wpis Dobrze zorganizowanej : Co można zrobić w 10-15 minut. Zerknijcie sobie! Zostaje w głowie. Oczywiście wszystko w linkach pod tekstem!
Oszczędzaj czas.
Jeszcze jedna sprawa: jak poświęcisz jeden dzień na sprzątanie w domu, a potem nie będziesz po prostu rozwalał wszystkiego tak, że będzie wyglądało, jak po przejściu tornada, to zaoszczędzony czas możesz włożyć do skarbonki. A raczej wybrać się do znajomych, do których nigdy nie masz czasu wpaść, bo w domu sprzątanie i sprzątanie! Ja cały czas z tym walczę!
Organizuj się i planuj.
Serio, serio. To pomaga. Nie musisz planować każdej minuty. Ale wyznacz sobie codziennie dwa duże zadania oraz dwa lub trzy mniejsze i już. Zrób sobie grafik sprzątania. W poniedziałek pranie, we wtorek czyszczę blaty, w środę odkurzanie. Rób wcześniej listy zakupów. Plan treningów. I nawet przyznawaj sobie małe nagrody! To motywuje. Pomaga. Tylko na litość boską, po Chodakowskiej nie kupuj sobie snickersa! Zajrzyj też do Niebałaganki, na pewno się zainspirujesz. Poza tym jest teraz całe mnóstwo gadżetów, aplikacji i programów, różnych cudów-niewidów, które Ci to wszystko ułatwią. Realizuj swoje marzenia. Codziennie zrób jedną małą rzecz, żeby być bliżej celu. I pójdzie. Zobaczysz jak łatwo. I zapomniałabym o najważniejszym: jest w tym wszystkim jakaś dziwna reguła, ale im więcej masz pracy, tym szybciej i lepiej się z tym ogarniesz. Zupełnie nie wiem czemu tak jest, ale jest.
Jestem leniwcem.
Zawsze myślałam, że jestem leniwcem. Dowiedziałam się jednak, że leniwiec to tylko takie zwierzątko, a w dodatku, jak jest małe to bardzo słodkie. I to nie jest żadne usprawiedliwienie. Żaden argument, że z natury jestem leniwa i dobrze mi z tym! W uporządkowanym świecie żyje się lepiej. Oszczędzając i kontrolując czas, jesteś świadomy i masz go więcej dla osób, które kochasz. Zaczynając robić coś już teraz, zaczynasz spełniać swoje marzenie. Może najpierw będzie ciężko, ale uczyni Cię to szczęśliwym. Trzeba się przemóc. Innego wyjścia nie ma. Musi do nas w końcu dotrzeć, że żeby coś osiągnąć, to czasami trzeba napocić się jak świnia. Ale zapytaj się kogokolwiek, kto osiągnął już swój wymarzony cel czy było warto. Myślę, że jeżeli był przekonany do tego, co chce osiągnąć i naprawdę się w to angażował, to odpowiedź jest jedna. I pamiętaj, leniwiec to zwierzę.
Siedzi misio na kanapie...
Siedzenie na kanapie wcale nie uszczęśliwia. Naprawdę. Ale robienie czegoś fajnego, inspirującego, kreatywnego, potrzebnego, praca nad sobą - jak najbardziej. Masz czas. Naprawdę masz. Tylko wykorzystaj go sensownie.
Siedzi
misio
na kanapie
i się łapką....
To co, złazimy?
Linki, w które warto zajrzeć, czyli co może nam pomóc w naszych najczęstszych problemach:
1) Dobrze zorganizowana: Co można zrobić w 10-15 minut?
2) Niebałaganka
3) Codziennie Fit: Ulubione fitness aplikacje na telefon
4) Nieidealna Anna: 5 patentów jak zdążyć z licencjatem bądź magisterką na czas
czwartek, 6 sierpnia 2015
Puch marny... a jednak cieszy! Kobieta pod lupą.
Aleksander Fredro - jedyny romantyk, którego toleruję - napisał kiedyś:
Z kobietą nie ma żartów – w miłości czy w gniewie
Co myśli, nikt nie zgadnie; co zrobi, nikt nie wie.
... bo nie da się zaprzeczyć, że kobieta jest największą tajemnicą wszechświata. Niby jaka jest - każdy widzi. Lecz żeby tradycji stało się zadość, przytoczmy tu może jakąś krótką definicyję. Kobieta. Kim więc jest kobieta?
Otóż, wbrew temu, co twierdzą niektórzy, należymy do rodziny człowiekowatych, a dodatkowo jest z nas osobnik wyróżniający się tu i ówdzie pewnymi szczególnymi wypukłościami. To właśnie przez owe wypukłości kobiety zaczęły rządzić światem. Ale nie myślcie, że jest to nasz jedyny atut, który czyni nas tak wyjątkowymi. Oprócz tego bowiem potrafimy wymienić i nazwać wszystkie kolory z palety 16 777 216 barw, dostrzec z odległości półtora kilometra nową sukienkę na wystawie, niczym pies policyjny wyczuć choćby najbardziej subtelne opary alkoholu od wracającego do domu mężczyzny i wyłuskiwać z naszej pamięci zdarzenia z poprzednich dwudziestu lat. Kobieta często jest też porównywana do rogatego władcy piekieł, jest to jednak bardzo niemądre i niesmaczne, ponieważ biedny diabeł nic tu przecież nie zawinił. Cierpiąca na chroniczne bóle głowy, szczególnie w niewygodnych dla niej sytuacjach. W późniejszych etapach występująca w mroczniejszej wersji: żona, teściowa. W czasach nowożytnych najbardziej rozpoznawalnymi kobietami były: Marilyn Monroe, Frida Kahlo, Margaret Thatcher i Mikołaj Kopernik. Niniejsza kobieta występuje również jako częsta bohaterka IQKartek, które oto autorka niniejszego tekstu postanowiła wziąć pod lupę i dokonać niejakiego sprostowania lub dopowiedzenia do ich treści. Nie taka bowiem kobieta straszna, jak ją mężczyźni opisują.
Bzdura. Totalna bzdura. Nie wiem kto to wymyślił!
Przecież jasne jest, że zachody słońca po jakimś czasie się nudzą i nikt nie jest w stanie bez przerwy się na nie gapić. Zachody słońca robią się już przereklamowane. Wiadomo! Ile można lampić się w niebo?! Poza tym właśnie wtedy budzą się komary. A komary przenoszą różne choroby. Tak czytałam w kolorowych pismach. Jakąś tam malarię i takie tam. Więc naprawdę nic w tym śmiesznego. Poza tym słońce, nawet zachodzące, działa szkodliwie na oczy. Więc nie powinno się gapić w słońce!
Wyjaśnione wszystko?! Wyjaśnione! Przejdźmy więc do kolejnego punktu:
Oczywiście, że to prawda! Ale i tu należy się małe doprecyzowanie. Po pierwsze: nie ma niemądrych kobiet. Jesteśmy bardzo empatyczne i współczujące i to właśnie dlatego świadomie zaniżamy trochę naszą inteligencję, żeby Wam mężczyznom nie było smutno ze względu na swój rozwój. Ktoś tu musi się przecież poświęcić i dostosować do Waszego poziomu. Co więcej - często zdarza nam się troszeczkę przesadzić - dzieje się to wtedy, kiedy chcemy wymusić na Was jakieś działanie. No przecież lubicie być macho, prawda? My Wam tylko w tym pomagamy! Kochanie, zupełnie nie wiem jak wypełnić ten dokument? Czy mógłbyś mi pomóc? Dumny mężczyzna idzie i wypełnia. A my mamy w tym momencie czas na ulubiony serial. Nic w tym złego. Przecież obu stronom jest dobrze!
I znowu muszę sprostować. Bo po pierwsze: mądry mężczyzna - co to w ogóle znaczy? Myślę, że chodzi tu o taki typ, który bezkrytycznie i z pełną uniżoności postawą słucha się kobiety - tylko taki wydawałoby się mógłby być najbardziej zbliżony do tego miana - z tym, że wtedy w ogóle o jakich powodach do obrażania mogłaby być mowa? Myślę, że kartka nie jest zbyt logicznie sformułowana, ktoś tu się po prostu pomylił, chociaż drugie zdanie zdaje się być bliskie prawdy. Kobieta bowiem do obrażania się powodów nie potrzebuje, bo ona się nigdy nie obraża! Ona po prostu jest tylko obruszona złym skonstruowaniem tego świata i w formie cichej trzydniowej kontemplacji - bądź pamiętając o zasadzie: że złu i niedogodnościom trzeba się głośno przeciwstawiać - stara się go naprawić! Ot, co!
Proste, nie?! Po prostu nigdy, nigdy nie mów kobiecie, że jest gruba. Możesz jej powiedzieć, że jest głupia albo, że ten kolor do niej nie pasuje. Lądowanie na intensywnej terapii nie jest jeszcze takie złe. Za to jeżeli Ci życie miłe nigdy nie mów, że jest gruba. Możesz zostać zjedzony. I pamiętajcie: sami idealni nie jesteście, a nie znacie dnia ani godziny, kiedy kobieta postanowi Wam to uświadomić!
Bo jak jej mówisz, że jest gruba, to jak ma być spokojna?!
Jak już wcześniej pisałam, to kobiety rządzą światem, więc od czasu do czasu trzeba ustawić mężczyznę do pionu. Dlatego, jak gadamy to nas słuchaj, bo na pewno mamy rację. A jak zmęczymy się już tłumaczeniem tego co najprostsze, to chyba wiadomo, że kobiecie należy się chwila na regenerację sił. I tu racja: nie budź jej. Możesz ją wachlować wielkim wachlarzem, powyłączać wszystkie głośno chodzące sprzęty domowe i zadbać o to, żeby nikt nie zakłócał jej spokoju. Musi nabrać sił, żeby znowu Cię naprostować. Możesz być jej wdzięczny, składać hołdy i kupić jej kwiaty i perfumy. Doceń więc swoją kobietę i jej nie budź.
***
Kochani Mężczyźni! Jak powiedział klasyk: Kobieta puchem marnym... a jednak cieszy! Żarty - żartami, ale uwierzcie, nie jesteśmy aż takie straszne. Mamy mnóstwo wad, ale ważną zaletę: bardzo Was lubimy, kochamy i chcemy pomóc na każdym kroku, nawet jak nam to czasami nie wychodzi. Faktycznie spędzamy pół życia malując się w łazience, latamy po sklepach i targamy ze sobą milion toreb z ciuchami - ale to wszystko dlatego, żeby usłyszeć od Was, że wyglądamy pięknie, że jesteśmy dla Was ważne. Że nas kochacie. Tak. My naprawdę lubimy tego słuchać. Czasami nie wystarczy raz i koniec. Bo wiecie, w głębi naszego kobiecego serca, to wcale nie jesteśmy takie pewne siebie, jak Wam się zdaje. Chcemy być najlepsze we wszystkim. Dobrze gotować, mieć porządek, wychować super dzieci. I wiecie, później czasami się irytujemy, bo coś nam nie wychodzi. Czasami naprawdę przyda nam się pomoc.
Jesteśmy kobietami i lubimy być zaskakiwane. Nie myśl, że musisz teraz robić nam jakieś super prezenty. Po prostu zrób nam niespodziankę i posprzątaj mieszkanie. Tak jak umiesz. Powiedz coś miłego. Zaproponuj lody. Zrób herbatę.
Czasami się za bardzo wtrącamy, czasami zbyt dużo radzimy, nie bulwersujcie się wtedy, tylko pomyślcie dlaczego to robimy. Zdradzę Wam też pewien sekret - jak facet jest szczęśliwy - to i jego kobieta pozytywniej patrzy na świat. Nie poddawajcie się więc i nie bójcie się przyjść do nas z problemami. Mężczyźni są pełni wad i kobiety też. Ale jak się wspierają, to razem stanowią mieszankę nie do pokonania.
Mam nadzieję, że przekonałam Was choć trochę, że choć osobiście wolę mężczyzn, to my kobiety nie jesteśmy takie złe. A gdybyś jednak nie czuł się przekonany to pamiętaj:
czwartek, 30 lipca 2015
Głupi ja. Zabił mnie wstyd
Są takie dni, kiedy po prostu Ci nic nie wychodzi. Nie wiem jak to się dzieje, ale katastrofy następują po sobie gromadami. Wpadka rodzi wpadkę, a Ty boisz się wykonać jakikolwiek ruch w obawie, że wywołasz jakiś kataklizm na skalę światową. Tak właśnie zaczął się mój dzień. Jedno zdarzenie spowodowało, że miałam ochotę dosłownie zapaść się pod ziemię. W sumie, obiektywnie patrząc, teraz już zupełnie z innej perspektywy - zdarzenie dosyć banalne: wrzuciłam do mojego kosza w pracy resztę nadgniłych moreli z myślą, że wychodząc z pracy go opróżnię. Oczywiście zapomniałam. Z samego rana więc dziewczyny rozpoczęły akcję poszukiwawczą myśląc, że gdzieś może zawieruszyła się jakaś zdechła mysz. W sumie to wczoraj słyszałam faktycznie coś w rodzaju chrobotania, ale... Najadłam się wstydu jak uświadomiłam sobie, że zapach dochodzi z mojego kosza. Kosz opróżniłam, zapach się wyniósł i powinien to być koniec historii. Może i by był, gdybym przestała rozkminiać to zdarzenie przez resztę dnia. Nie mogłam się na niczym skupić, bo cały czas myślałam sobie, co teraz inni myślą o mnie. Zadawałam sobie w głowie retoryczne pytania, dlaczego na Boga jestem taka głupia i wcześniej tych śmieci nie wyniosłam. Świat runął i się zawalił. Wszystkie gwiazdy zgasły. I od samiuteńkiego rana mam wszystkiego dość. Gdzie to łóżko, żebym mogła zakopać się pod kocem z kubkiem kakao, tak żeby nikt mnie nie znalazł? Tak, tak właśnie potrafię przejmować się drobiazgami. Ale tym razem postanowiłam podejść do tego nieco inaczej.
I nic co ludzkie nie jest mi obce.
Benjamin Franklin o mały włos nie zginął podczas aplikowania elektrowstrząsów indykowi.
Jesteśmy tylko ludźmi, a ludzie popełniają błędy. To nie pierwsza moja wpadka, ale też i nie ostatnia. Każdy z nas robi czasem coś głupiego. Zapomniałam. Biję się w piersi. Po prostu zapomniałam. Zdarza się. Nic już z tym nie zrobię. Stało się. I już. Koniec. Kropka. Trzeba się otrząsnąć i iść dalej. Ludziom przydarzają się o wiele gorsze rzeczy.
Charles Darwin zjadł kiedyś sowę.
Jak po tym żyć? Normalnie. Przestać to roztrząsać, zostawić to w spokoju i więcej takich błędów już nie popełniać. Nie odwrócimy tego, co już się stało. A zamartwianie się nic nie pomoże.
Angielska pisarka i feministka Virginia Woolf zgubiła kiedyś swoją obrączkę w ugotowanym puddingu.
Widzimy w sobie zawsze tylko to co zrobiliśmy źle. Przejmujemy się tym, choć tak naprawdę nie warto. Jednak to, co zrobiliśmy dobrze, przepada w nas bez większego echa. Bzdurami się zamartwiamy, ale wszystkie pozytywne drobnostki to już tak ciężko nam zauważyć. Nie tak powinno być.
Zdarza się coś nie tak i tracimy humor. Nie mamy na nic ochoty, od razu czujemy, że to będzie zły dzień, że cały będzie zmarnowany. Otóż wcale nie musimy go przekreślać. Nie mam złego dnia - mam tylko feralną chwilę w tym dniu. Zdarzyło się coś niefajnego, nic już z tym nie da się zrobić, więc trzeba to po prostu zaakceptować. Podnieść tyłek, może zażartować, może pominąć to milczeniem i iść dalej. Nie musimy tracić jeszcze więcej ze swojego życia. Tak naprawdę w dużym stopniu to od nas zależy, jak będzie wyglądała reszta tego dnia, a przyjęcie postawy, że będzie tylko gorzej, raczej nie ułatwi nam funkcjonowania. Marsha Petrie Sue powiedziała kiedyś: trzymaj się z daleka od tego, co mogło się wydarzyć i spójrz na to, co może się wydarzyć - a ja bym do tego dodała: trzymaj się z daleka od tego co już się wydarzyło i zrób wszystko, żeby to co się wydarzy było dobre.
Dlaczego nie jestem taka jak inni i co oni sobie o mnie pomyślą ?
Nikomu innemu nie mogło się to przecież przytrafić. Basia, Kasia czy Zdzisiek nigdy nie zrobiliby czegoś tak głupiego. Im się wszystko zawsze udaje. Co ze mną jest nie tak?
Po pierwsze przestań się porównywać. Jesteśmy nieporównywalni. Każdy z nas jest inny. I to nieprawda, że Tobie się nic nie udaje. Szymborska powiedziała kiedyś: znamy się tylko na tyle, na ile nas sprawdzono. Wszyscy nosimy maski. Uświadom sobie, że ta osoba obok Ciebie - ona też ma swoje wady, problemy - po prostu o tym nie wiesz. Jej też coś się nie udaje i też się potyka. Jest pewna siebie? Ty też możesz takim być. Wypaczamy sami swój obraz widząc siebie tylko przez pryzmat naszych porażek i wierząc, że inni myślą o nas jak najgorzej. A skoro my wierzymy, że jesteśmy beznadziejni i że wszyscy naokoło tak myślą, to działa to jak samospełniająca się przepowiednia. I koło się zamyka.
A co oni pomyślą ? Prawdopodobnie za tydzień całkowicie zapomną o tym zdarzeniu. A nawet jak nie - nawet jak usłyszysz szepty za plecami i wytykanie palcem, to co Cię to obchodzi? Czy tacy ludzie naprawdę zasługują na to żebyś tak się tym przejmował? Masz ludzi, którzy Cię lubią i kochają i na nich się skup. Nie musisz dostosowywać się do każdego, żeby Cię akceptował. Nie żyjesz dla tych ludzi, tylko obok nich. Nie musisz starać im się przypodobać.
Każdy czasami jest głupolem. Nie jest to jednak powód, żeby zabijał go potem wstyd. Jeżeli i Ty miałeś nieprzyjemną wpadkę, to mówię Ci to, co sama chciałabym usłyszeć: Nic się nie stało. Nie przejmuj się. Nie mamy Ci tego za złe. Mogło zdarzyć się każdemu.
W ramach pocieszenia dla siebie zapytam się Was o wasze wpadki, o te, które utkwiły Wam w głowie najbardziej. Nie ma się czego wstydzić, ja już się uzewnętrzniłam. Dokonajmy może zbiorowego oczyszczenia i pokażmy, że nikt nie jest idealny!
To jak będzie? Co takiego przydarzyło się Wam? Raz, dwa, trzy - przyznaj się, jakim głupolem byłeś Ty? Jak będą ładne komentarze, to może kiedyś napiszę Wam, jak to Marcin zżarł bilet w autobusie :D
piątek, 24 lipca 2015
Obudź w sobie dziecko.
Przypomina mi się pewien dialog z Poza ciszą Jonathana Carrolla. Brzmi on mniej więcej tak:
Zapytałam dziecko niosące świeczkę:
– Skąd pochodzi to światło?
Chłopczyk natychmiast ją zdmuchnął.
– Powiedz mi, dokąd teraz odeszło – odparł. – Wtedy ja powiem ci, skąd pochodzi.
Czy często wracacie do tych czasów kiedy byliście dziećmi? Bo przecież każdy z nas kiedyś nim był. Miał ulubioną lalkę czy ulubioną resorówkę, ulubione książeczki, piłkę, kolorowe kredki, kolorowankę. Świat wydawał się nam wtedy taki cudowny, taki ciekawy i taki… do zdobycia. Nasze życie było wtedy rozmarzone, rozbawione i co jest chyba naturalną u najmłodszych sprawą – kreatywne. Kolorowaliśmy świat i rozwijaliśmy się – stając się powoli człowiekiem, którego znamy teraz. Minęło bowiem kilka lat i nieszczęśliwie wydorośleliśmy. Do tego stopnia, że pod grubą skorupą doświadczeń i przeżyć czasami zapominamy, że cały czas jesteśmy tą samą osobą – że tkwi w nas tamto pełne optymizmu, ufności i nadziei dziecko. I może przyszła ta pora, żeby po trochu je z siebie wydobyć.
Optymizm i bezpieczeństwo.
To nie prawda, że dzieci nie mają problemów. Oczywiście, kłopoty, które wówczas mieliśmy teraz dla nas to pikuś, ale uwierzcie, że dla dziecka wcale takim pikusiem nie są. Moja babcia powtarza, że każdy ma problemy na swoją miarę. Dla Ciebie jest problemem kredyt mieszkaniowy, a dla dziecka to, że przegrał najładniejszą kulkę ze swojej kolekcji. I jest to dla niego tak samo ważne. Człowiek pamięta bardziej te lepsze chwile niż te gorsze, i może dlatego dzieciństwo do którego tak często wracamy myślami wydaje nam się jednym niekończącym się pasmem szczęścia. Jest jednak coś czym dziecko, którym byliśmy o wiele bardziej różni się od tej osoby, którą jesteśmy teraz. To nie problemy, ale jego podejście do nich i do świata. Dziecko podchodzi do świata z optymizmem i jest to chyba naturalne podejście, o ile sami nie spowodujemy u niego kompleksów czy nie obniżymy jego pewności siebie.
Ja chcę! Chcę sama! Zobaczysz, że mi się uda! Dobiegnę tam! A jak się przewrócisz? Nie przewrócę się! Chcę spróbować!
A my? Ile razy zrezygnowaliśmy, ze strachu? Ile razy nawet nie chcieliśmy spróbować? Czego się boisz? Najwyżej przewrócisz się i potłuczesz kolano. A potem wstaniesz.
Dzieciństwo kojarzy nam się też z bezpieczeństwem. Był ktoś, kto na nas uważał, dbał o nas, na kogo zawsze mogliśmy liczyć i nie musieliśmy się o nic martwić. To też trochę wyidealizowany obraz. Dzieci też się martwią o swoich rodziców. Mama jest smutna? Tata jest chory? Co się jej stało?
Jesteśmy dorośli i owszem, nikt już nie prowadzi za rączkę. Sami musimy o siebie zadbać. Ale to nie znaczy, że nie możemy sobie zapewnić pewnego poczucia bezpieczeństwa. Jak? Otaczajmy się pozytywnymi, dobrymi ludźmi. Takimi, na których możemy liczyć. Takimi, którzy, gdy przewrócimy się i zbijemy kolano pomogą nam wstać. I sami też pomagajmy. Niech złe fluidy idą precz! Kiedyś nie mogliśmy wybierać, teraz już tak!
Szaleństwo i radość. Niech nuda idzie w kąt!
O! Jedziemy nad jezioro! I zobacz biedronka! O kotek! Mogę pogłaskać? Karuzela! Pójdziemy na karuzelę?! A do parku? A na huśtawki? Pobawimy się w chowanego? Zrobimy zupę ze świerszczy? Poprzebieramy się w śmieszne stroje?! Pójdziemy do zoo?
Dzieci mają tysiąc pomysłów na sekundę. Chcę spróbować wszystkiego. Łakną świata. Chciałyby latać. Nie boją się karuzeli, za to boją się łaskotek, mimo że je lubią. I nie chcą się nudzić. Kiedy się nudzą to są nieszczęśliwe. Wolą być aktywne. I wcale nie chcą szybko chodzić spać.
A my? Czas nam przelatuje przez palce i łapiemy się na tym, że nie robimy po prostu nic. Niby fajnie jest odpoczywać, polenić się... ale wyobrażasz sobie cały dzień leżeć i nic nie robić? To niedobre. A kiedy zrobiliśmy coś szalonego? Kiedy poszliśmy do zoo albo na huśtawkę? Kiedy robiliśmy coś co lubimy? To też odpręża. Kiedy cieszyliśmy się z małych rzeczy? Smak lodów? Słońce za oknem? Motylek?
Rozwój i kreatywność.
Dzieci się rozwijają. I chcą się rozwijać. Mają bogatą wyobraźnię i chętnie z niej korzystają. Dzieci lubią słuchać. Czytać. Opowiadają historie. I mają głód wiedzy: jak to się robi? A skąd to się wzięło? A co to jest?
Pasja to coś pięknego. Coś co uszczęśliwia. Zadbajmy o siebie. Żebyśmy nie stali w miejscu. Żebyśmy cały czas szli na przód. Byli codziennie o krok dalej. Doskonalmy się, to zawsze się przyda. Dla siebie. Będzie nam się lepiej żyło.
Marzenia i poczucie humoru.
Zauważyliście, że najmniejsi są czasami ogromne zabawni? I uwielbiają też ludzi z poczuciem humoru i dystansem do siebie? Do życia trzeba tak właśnie podchodzić. Ale nie z humorem sztucznym i wymuszonym. Bądźmy sobą. Nie bójmy się śmiać. Przestańmy chodzić wiecznie skwaszeni, śmiejmy się z samych siebie. Podchodźmy do życia z uśmiechem. Nie można być wiecznie poważnym. Dzieci to wiedzą.
Marzenia piękna rzecz. Szkoda tylko, że tak się ich boimy. Że się nie uda. Że to nie dla nas. Że nie mamy możliwości. Ilu z Was chciało być strażakiem, kosmonautą albo księdzem? Mój Marcin jak był mały chciał zostać emerytem. I jak dotąd nie ustaje w staraniach! Warto marzyć. I spełniać te marzenia. Pamiętacie, jak kiedyś wierzyliśmy, że nam się uda? I gdzie te marzenia? Gdzie ta wiara? Pozbawiają nas ich świat i ludzie?
Nigdy, ale to nigdy nie daj sobie wmówić, że czegoś nie możesz. Nigdy, bo jeszcze w to uwierzysz. Weź kartkę. Zapisz swoje marzenie na kartce. Pod spodem zrób tabelkę. W jednej kolumnie wypisz sobie dni tygodnia: poniedziałek, wtorek, środa... W drugiej wpisuj co danego dnia możesz zrobić żeby być o krok bliżej do osiągnięcia celu. I codziennie to rób. A po wykonaniu zadania skreślaj. Małymi kroczkami, ale do wielkich celów. Tak jest o wiele łatwiej!
Szczerość.
Dzieci do pewnego czasu w ogóle nie potrafią kłamać. Dzieci nie są fałszywe. Mówią co myślą. Jak im się coś nie podoba, to powiedzą Ci to prosto w oczy. Nie obgadują Cię za plecami. Otwarcie wyrażają swoją złość. Nie robią słodkich min, żeby się komuś przypodobać (chyba, że chodzi o słodycze, ale to się nie liczy). Nie boją się też chwalić, jak coś im się podoba. Konflikty dzieci, to konflikty otwarte. Bez ukrytego jadu i hipokryzji. Dzieci nie szufladkują ludzi po stanie ich portfela, po konotacjach rodzinnych, po tym kim są rodzice danego człowieka. Nie obchodzi je jaki uniwersytet skończyłaś.
Dzieci to my. Tylko trochę później. Ta mała dziewczynka w białej sukience czy tan słodki łobuz w krótkich portkach, gdzieś tam w Tobie tkwi. Trochę urośli, przytyli, zmieniły im się rysy twarzy. Więcej rzeczy lubią. Ukształtowało ich środowisko i ludzie, z którymi obecnie mają do czynienia. Powłoka inna, ale rdzeń zawsze będzie ten sam. Od czegoś się zaczęło i ten początek w Tobie jest. Wydobądź, więc to co najlepsze. Bez wahania. Na nowo odkryj w sobie dziecko.
I nie pozwól żeby to światło, światło z tej świeczki niesione przez Ciebie kiedyś, żeby ono kiedykolwiek odeszło. Nie pozwól.
– Skąd pochodzi to światło?
Chłopczyk natychmiast ją zdmuchnął.
– Powiedz mi, dokąd teraz odeszło – odparł. – Wtedy ja powiem ci, skąd pochodzi.
Czy często wracacie do tych czasów kiedy byliście dziećmi? Bo przecież każdy z nas kiedyś nim był. Miał ulubioną lalkę czy ulubioną resorówkę, ulubione książeczki, piłkę, kolorowe kredki, kolorowankę. Świat wydawał się nam wtedy taki cudowny, taki ciekawy i taki… do zdobycia. Nasze życie było wtedy rozmarzone, rozbawione i co jest chyba naturalną u najmłodszych sprawą – kreatywne. Kolorowaliśmy świat i rozwijaliśmy się – stając się powoli człowiekiem, którego znamy teraz. Minęło bowiem kilka lat i nieszczęśliwie wydorośleliśmy. Do tego stopnia, że pod grubą skorupą doświadczeń i przeżyć czasami zapominamy, że cały czas jesteśmy tą samą osobą – że tkwi w nas tamto pełne optymizmu, ufności i nadziei dziecko. I może przyszła ta pora, żeby po trochu je z siebie wydobyć.
Optymizm i bezpieczeństwo.
To nie prawda, że dzieci nie mają problemów. Oczywiście, kłopoty, które wówczas mieliśmy teraz dla nas to pikuś, ale uwierzcie, że dla dziecka wcale takim pikusiem nie są. Moja babcia powtarza, że każdy ma problemy na swoją miarę. Dla Ciebie jest problemem kredyt mieszkaniowy, a dla dziecka to, że przegrał najładniejszą kulkę ze swojej kolekcji. I jest to dla niego tak samo ważne. Człowiek pamięta bardziej te lepsze chwile niż te gorsze, i może dlatego dzieciństwo do którego tak często wracamy myślami wydaje nam się jednym niekończącym się pasmem szczęścia. Jest jednak coś czym dziecko, którym byliśmy o wiele bardziej różni się od tej osoby, którą jesteśmy teraz. To nie problemy, ale jego podejście do nich i do świata. Dziecko podchodzi do świata z optymizmem i jest to chyba naturalne podejście, o ile sami nie spowodujemy u niego kompleksów czy nie obniżymy jego pewności siebie.
Ja chcę! Chcę sama! Zobaczysz, że mi się uda! Dobiegnę tam! A jak się przewrócisz? Nie przewrócę się! Chcę spróbować!
A my? Ile razy zrezygnowaliśmy, ze strachu? Ile razy nawet nie chcieliśmy spróbować? Czego się boisz? Najwyżej przewrócisz się i potłuczesz kolano. A potem wstaniesz.
Dzieciństwo kojarzy nam się też z bezpieczeństwem. Był ktoś, kto na nas uważał, dbał o nas, na kogo zawsze mogliśmy liczyć i nie musieliśmy się o nic martwić. To też trochę wyidealizowany obraz. Dzieci też się martwią o swoich rodziców. Mama jest smutna? Tata jest chory? Co się jej stało?
Jesteśmy dorośli i owszem, nikt już nie prowadzi za rączkę. Sami musimy o siebie zadbać. Ale to nie znaczy, że nie możemy sobie zapewnić pewnego poczucia bezpieczeństwa. Jak? Otaczajmy się pozytywnymi, dobrymi ludźmi. Takimi, na których możemy liczyć. Takimi, którzy, gdy przewrócimy się i zbijemy kolano pomogą nam wstać. I sami też pomagajmy. Niech złe fluidy idą precz! Kiedyś nie mogliśmy wybierać, teraz już tak!
Szaleństwo i radość. Niech nuda idzie w kąt!
O! Jedziemy nad jezioro! I zobacz biedronka! O kotek! Mogę pogłaskać? Karuzela! Pójdziemy na karuzelę?! A do parku? A na huśtawki? Pobawimy się w chowanego? Zrobimy zupę ze świerszczy? Poprzebieramy się w śmieszne stroje?! Pójdziemy do zoo?
Dzieci mają tysiąc pomysłów na sekundę. Chcę spróbować wszystkiego. Łakną świata. Chciałyby latać. Nie boją się karuzeli, za to boją się łaskotek, mimo że je lubią. I nie chcą się nudzić. Kiedy się nudzą to są nieszczęśliwe. Wolą być aktywne. I wcale nie chcą szybko chodzić spać.
A my? Czas nam przelatuje przez palce i łapiemy się na tym, że nie robimy po prostu nic. Niby fajnie jest odpoczywać, polenić się... ale wyobrażasz sobie cały dzień leżeć i nic nie robić? To niedobre. A kiedy zrobiliśmy coś szalonego? Kiedy poszliśmy do zoo albo na huśtawkę? Kiedy robiliśmy coś co lubimy? To też odpręża. Kiedy cieszyliśmy się z małych rzeczy? Smak lodów? Słońce za oknem? Motylek?
Rozwój i kreatywność.
Dzieci się rozwijają. I chcą się rozwijać. Mają bogatą wyobraźnię i chętnie z niej korzystają. Dzieci lubią słuchać. Czytać. Opowiadają historie. I mają głód wiedzy: jak to się robi? A skąd to się wzięło? A co to jest?
Pasja to coś pięknego. Coś co uszczęśliwia. Zadbajmy o siebie. Żebyśmy nie stali w miejscu. Żebyśmy cały czas szli na przód. Byli codziennie o krok dalej. Doskonalmy się, to zawsze się przyda. Dla siebie. Będzie nam się lepiej żyło.
Marzenia i poczucie humoru.
Zauważyliście, że najmniejsi są czasami ogromne zabawni? I uwielbiają też ludzi z poczuciem humoru i dystansem do siebie? Do życia trzeba tak właśnie podchodzić. Ale nie z humorem sztucznym i wymuszonym. Bądźmy sobą. Nie bójmy się śmiać. Przestańmy chodzić wiecznie skwaszeni, śmiejmy się z samych siebie. Podchodźmy do życia z uśmiechem. Nie można być wiecznie poważnym. Dzieci to wiedzą.
Marzenia piękna rzecz. Szkoda tylko, że tak się ich boimy. Że się nie uda. Że to nie dla nas. Że nie mamy możliwości. Ilu z Was chciało być strażakiem, kosmonautą albo księdzem? Mój Marcin jak był mały chciał zostać emerytem. I jak dotąd nie ustaje w staraniach! Warto marzyć. I spełniać te marzenia. Pamiętacie, jak kiedyś wierzyliśmy, że nam się uda? I gdzie te marzenia? Gdzie ta wiara? Pozbawiają nas ich świat i ludzie?
Nigdy, ale to nigdy nie daj sobie wmówić, że czegoś nie możesz. Nigdy, bo jeszcze w to uwierzysz. Weź kartkę. Zapisz swoje marzenie na kartce. Pod spodem zrób tabelkę. W jednej kolumnie wypisz sobie dni tygodnia: poniedziałek, wtorek, środa... W drugiej wpisuj co danego dnia możesz zrobić żeby być o krok bliżej do osiągnięcia celu. I codziennie to rób. A po wykonaniu zadania skreślaj. Małymi kroczkami, ale do wielkich celów. Tak jest o wiele łatwiej!
Szczerość.
Dzieci do pewnego czasu w ogóle nie potrafią kłamać. Dzieci nie są fałszywe. Mówią co myślą. Jak im się coś nie podoba, to powiedzą Ci to prosto w oczy. Nie obgadują Cię za plecami. Otwarcie wyrażają swoją złość. Nie robią słodkich min, żeby się komuś przypodobać (chyba, że chodzi o słodycze, ale to się nie liczy). Nie boją się też chwalić, jak coś im się podoba. Konflikty dzieci, to konflikty otwarte. Bez ukrytego jadu i hipokryzji. Dzieci nie szufladkują ludzi po stanie ich portfela, po konotacjach rodzinnych, po tym kim są rodzice danego człowieka. Nie obchodzi je jaki uniwersytet skończyłaś.
Dzieci to my. Tylko trochę później. Ta mała dziewczynka w białej sukience czy tan słodki łobuz w krótkich portkach, gdzieś tam w Tobie tkwi. Trochę urośli, przytyli, zmieniły im się rysy twarzy. Więcej rzeczy lubią. Ukształtowało ich środowisko i ludzie, z którymi obecnie mają do czynienia. Powłoka inna, ale rdzeń zawsze będzie ten sam. Od czegoś się zaczęło i ten początek w Tobie jest. Wydobądź, więc to co najlepsze. Bez wahania. Na nowo odkryj w sobie dziecko.
I nie pozwól żeby to światło, światło z tej świeczki niesione przez Ciebie kiedyś, żeby ono kiedykolwiek odeszło. Nie pozwól.
czwartek, 16 lipca 2015
Niewolnik z wyboru.
Wróciłam z kajaków. Nie jestem jeszcze pewna czy w jednym kawałku. 15 kilometrów spływem na średnim szlaku przy niskim stanie wody, z tysiącem przeszkód, rwącym nurtem i małym wodospadzikiem na końcu, to nie jest dobry pomysł dla zupełnego laika. Jednak integracja to integracja, więc jak szef zorganizował wyjazd, to nie ma się nad czym zastanawiać. Nie wiedziałam tylko, że mam tyle mięśni i że są one w taki sposób porozmieszczane w moim ciele. Była krew, był pot i były łzy. Płynęłam 6 godzin. W tamtej chwili nienawidziłam całego świata. Nienawiść przeszła mi jednak stosunkowo szybko, kiedy tylko dostałam od Pana instruktora batonika, który wynagradza mi teraz te chwile, kiedy z łóżka wyturluję się i wypełzam, ponieważ z powodu zakwasów nie mogę ruszać ani nogami ani rękami. Jestem z siebie dumna, że się przełamałam, że pokonałam siebie, że dopłynęłam do celu. Kiedy więc już wyćwiczyłam mięśnie do tego stopnia, że muszę wołać Marcina, żeby uniósł mi nadgarstek i nacisnął enter, bo sama nie jestem w stanie, doszłam do wniosku, że nadszedł też czas na wyćwiczenie tego małego orzeszka, grzechocącego w mojej głowie, zwanego pospolicie mózgiem. Marcin wprawdzie utrzymuje teorię, że tam nic nie ma, wyłączając niteczkę podtrzymującą uszy, ale sprawdzić się tego na razie nie da, więc mogę zaryzykować odmienne zdanie.
Sporo się ostatnio trąbi o wolności. Wolności mediów, wolności słowa, wolności przekonań, wyznania i wszelkich innych możliwych wolnościach. Otwieramy się na nowe perspektywy, jesteśmy coraz bardziej tolerancyjni, a czasy niewolnictwa mamy już dawno za sobą. Na szczęście. Gdy tylko ktoś w jakikolwiek sposób nagina naszą granicę, potrafimy walczyć jak lew. Jesteśmy ludźmi wolnymi, wyzwolonymi i możemy w zasadzie wszystko.
Niewolnik własnego umysłu.
Przed wyjazdem skończyłam wreszcie Czarne skrzydła Sue Monk Kidd. W głowie utkwił mi cytat, w którym jedna z bohaterek, zwraca się z takimi słowami do drugiej: Może i ciałem jestem niewolnicą, ale nie umysłem. Z tobą jest na odwrót. Słowa te obijały mi się w głowie, tłukły o czaszkę i zakopały się gdzieś głęboko. I tak sobie myślę, że niewolnictwo chyba jednak nie do końca przeminęło, ale zyskało po prostu nową, wyższą i bardziej skomplikowaną formę. Bardziej współczesną. Zostaliśmy niewolnikami samych siebie.
Nasz umysł jest w zasadzie nieograniczony. Zawsze jako przenośnia przychodzi mi na myśl po prostu kosmos. Zarówno możliwości kosmosu, jak i naszego własnego umysłu są dla nas niepojęte. Niezmierzalne. I zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, nie potrafimy wyobrazić sobie takiego obrazu, nie nadawać mu jakichś ram. To, że stawiamy sobie granice - nie umiem, nie mogę, nie dam rady, to nie dla mnie - to wszystko są właśnie granice jakie sami sobie wyznaczamy i jakimi się ograniczamy. To te wszystkie: powinnam, muszę, należy. To właśnie bicz na samego siebie. To wszystko siedzi tylko i wyłącznie w naszej głowie.
Jestem niewolnikiem rzeczy i przyzwyczajeń.
Bez telefonu już nie umiemy się obejść. Dostęp do internetu musimy mieć wszędzie. Bez kawy nie rozpoczniemy dnia. Nie panujemy już nad własnym czasem. Godzina bez papierosa staje się katorgą. Chcielibyśmy skończyć, ale nie możemy. To przyzwyczajenie. To nałóg. Ograniczenie. I o ile nasz nałóg związany jest raczej z pasją jak książki czy filmy i nie niszczymy przez niego samych siebie i ludzi w swoim otoczeniu, to nie jest jeszcze tragicznie.
To rzeczy i przyzwyczajenia nami rządzą. Nie, tego nie da się uniknąć. Choćbyśmy nie wiem, jak chcieli. Nawet zwierzęta mają swoje przyzwyczajenia, a cóż dopiero ludzie. Nie jest to złe, ale pod warunkiem, że jesteśmy tych ograniczeń świadomi. Kiedy mamy nad nimi "jaką taką" kontrolę. Kiedy dokonujemy wyboru. I kiedy nasze wybory świadomie nie niszczą nam życia.
To inni rządzą.
Czasami bezradnie stoimy w miejscu. Chcielibyśmy coś zrobić, ale z uwagi na innych nigdy tego nie zrobimy. Boimy się opinii ludzi, boimy się działać poza schematem, żeby nagle nie zostać zlinczowanym i odpowiednio ocenionym. Czasami też to my boimy się innych zranić, urazić. Ogranicza nas też zdanie bliskich, ich emocje. I to nas hamuje.
Niewolnik z wyboru.
Dobrze być niewolnikiem, chociaż świadomym. Wiedzieć co nas ogranicza. Zastanowić się przez chwilę, czy naprawdę jesteśmy aż tak wolni, jak sami myślimy. I czym jest dla nas wolność. Czy możemy robić wszystko? Mówić wszystko? Cały czas piszę o tym, żeby nie ograniczać siebie, nie bać się wyzwań... ale chyba powinnam coś dodać. Owszem idźmy swoją drogą, osiągajmy cele, spełniajmy marzenia, ale... określmy granicę. Granicę postępowania. Bo pędząc do celu możemy zapędzić się nie na tę ścieżkę co trzeba.
Kto mnie zna ten wie, że zmierzam sobie w tym całym wywodzie pewno gdzieś ku konkretnym przykładom.
O tak. Zmierzam.
Naszły mnie bowiem takie przemyślenia, kiedy poczytałam sobie komentarze na stronie zmarłej Maddinki. I tu z tego miejsca puszczam w eter pytanie: czy my naprawdę tak jesteśmy wolni, że wolno nam wszystko? Czy to na pewno wolność? Bo ja tak nie uważam. Bo raczej jest coś, co tych ludzi pcha do takich, a nie innych wypowiedzi. Ale czy to naprawdę wolność - czy może chęć popisu, zademonstrowania odmiennej postawy, pragnienie zaistnienia? Coś, co kogoś zniewala i popycha do napisania takich, a nie innych słów?
I wiecie, żadne argumenty takich ludzi nie przekonają, oni będą się jedynie cieszyć z rozpętanej burzy. Bo oto stało się to, czego oczekiwali. Są na językach. Lepsza zła sława niż żadna. I mogą. Są przecież wolni. Po trupach do celu. I jakże to dosłownie i smutnie brzmi.
Jeżeli tak ma wyglądać wolność, to ja w tym wypadku chyba wolę być niewolnikiem - niewolnikiem z wyboru. Chcę mieć pewne granice. I już. I tak sobie myślę, że niewola z wyboru to chyba też już jest wolność. I taką wolność wybieram. Wolność z pewnym kodeksem, z pewnymi ramami.
Idźmy dokąd sobie wymarzymy, ale odpowiednią drogą. Nie bądźmy niewolnikami umysłu, rzeczy, przyzwyczajeń czy też innych ludzi. Nie bądźmy takimi niewolnikami, walczmy z tym, buntujmy się, pokonujmy własne słabości, własne demony. Bądźmy może niewolnikami z wyboru, po prostu. I niech jedynym co nas ogranicza będą tylko nasze ludzkie zasady. Bądźmy ludźmi. I tego wam i sobie dzisiaj jak najbardziej życzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Cieszę się, że tu dotarłeś. Rozgość się. Zaparz sobie herbatę. Jeżeli czytając te bzdety chociaż raz się uśmiechniesz że życie nie jest takie złe na jakie wygląda - to znaczy, że mi się udało. Jeżeli spodobało Ci się tu i czujesz niedosyt, możesz kliknąć w Zamiast burzy na facebooku, a ja w zamian będę Ci zapewniać jeszcze więcej rozrywki! A jeśli chcesz i mi sprawić przyjemność, będzie mi miło, jak zostawisz jakiś ślad po sobie.



































