Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motywacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2015

Pieprzona oaza spokoju.



Lato podobno zmierza ku końcowi. Patrząc na pogodę nie bardzo chce się w to wierzyć. Słońce świeci, ptaszek kwili... i koniec wakacji. Dzieci do szkoły, studenci niedługo na uczelnie, a inni do pracy. A im bliżej końca, to chciałoby się rzec: tym wszystko coraz bardziej wraca do normy. Bardzo nerwowej normy. Ogromnie stresującej. Wypoczęci, jesteśmy o wiele bardziej podatni na pęd. Owczy pęd. Beee, bee, be. I nawet nie widzimy, jak bardzo wkurzamy się o drobnostki i jak bardzo wkurzamy tym innych.

Każdy z nas zna na pewno takiego jednego, który ogólnie to udaje oazę spokoju. Spokojnie, damy radę. Nie ma się czym stresować. Jestem opanowanym człowiekiem i niczym się nie denerwuję. Problem? Jaki problem? Nie ma żadnego problemu. Jestem oazą spokoju, jestem oazą spokoju, jestem pieprzoną oazą spokoju kurde jego mać. Poker face, a jak coś go gryzie to woli zdusić to w sobie. Podobno właśnie od takiego zduszania w sobie emocji mężczyźni krócej żyją. I może nawet wyglądałoby to wszystko całkiem racjonalnie i można by uwierzyć, że to opanowanie jest rzeczywiste, a nie zwykłą ułudą, gdyby nie pakiet niefortunnych zdarzeń. Błahostek. Na przykład spada patelnia, robi się hałas i jest to znakomity powód do puszczenia całej wiązanki przekleństw i postawienia wszystkiego do góry nogami, zrobienia z tego tragedii, jakby świat miał się zaraz skończyć. Za długo pali się czerwone światło. Ten sąsiad z góry za głośno śpiewa, gada, oddycha.

Niespotykanie niezadowolony człowiek.

Nie mam nic do ludzi, którzy denerwują się w sytuacjach poważnych. Potrafię zrozumieć różne reakcje. Właściwie to ich podziwiam. Myślę, że o wiele lepiej jest może i czasem zachować się w stresie nawet głupio, ale wyrzucić go z siebie, pokonać i przez resztę czasu starać się po prostu zadowolonym z życia człowiekiem, który zamiast wkurzania się na niedomknięte drzwi, rozlaną herbatę czy inną zupełnie nieważną pierdołę widzi raczej dobre rzeczy. Tak jest zdrowiej. Bo jak Ty chcesz w życiu być szczęśliwym, kiedy wszystko Cię drażni? Kiedy jesteś jak czynny wulkan, który może lada chwila wybuchnąć ?

Znacie takie osoby, prawda? Wiecie czym to może się skończyć. Super biznesmen, ze spokojem załatwi sprawę za milion złotych na szczeblu światowym ze stoickim uśmiechem. Poważny, często nie potrafi okazać uczuć. Za to w domu dzieci przed nim uciekają, a żona boi się odezwać, żeby nie ryknął. Taki mały Neron.

W zasadzie nie wiesz, jak to się stało. Zaczęło się właściwie od błahostek, ale potem następuje już taki moment, kiedy nie potrafisz się z niczego cieszyć. Dziecko w Tobie umarło, umarł człowiek, który potrafi czuć, być zakochanym, szalonym, spontanicznym, zachwycać się. Zamiast tego w środku siedzi potwór, który zżera Cię od środka. Nawet jak widzisz problem, to już nie potrafisz go pokonać. Agresja wychodzi z Ciebie samoczynnie, chociaż tego nie chcesz. Na pytanie zatroskanej żony - odburkujesz. Wszystko Cię wkurza. Nic poważnego - głupoty, pierdoły wręcz. W dodatku towarzyszy temu niczym niezmącona rutyna - co dzień to samo, ten sam schemat dnia. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic i spać. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic, spać. Praca, obiad, wiadomości... stań i popatrz na to z boku. Zaciukać się można, co nie?

Kto z kim przystaje, taki się staje.

Jedną sprawą to jest być takim człowiekiem, a drugą jak działasz tym na innych. Reakcje mogą być różne, jedno jednak jest pewne - żadna z nich nie jest pozytywna. Bo tak czy inaczej, zniechęcasz do siebie ludzi. Po pierwsze, boją się Ciebie. Boją się Twoich reakcji. Skoro wścieka się o pierdołę, to jak się zachowa jak naprawdę coś się stanie? Gdyby to było jeszcze tylko jeden raz: zgasł Ci silnik, śpieszysz się, nie zdążysz na czas - ok, pewno większość z nas rzekłaby coś w rodzaju motyla noga czy kurza twarz - to naturalne - ale jeżeli Ty co chwila wściekasz się dosłownie o nic, to chyba jednak jest coś nie halo.
Po drugie: na pewno też nieraz w życiu słyszałeś, że niestety ale, kto z kim przystaje, taki się staje. Chcesz czy nie, ale działasz na innych i to bardzo mocno. Sam pomyśl, czy potrafiłbyś być zadowolny i szczęśliwy przebywając non stop z osobą sfrustrowaną na cały świat i okolice? Choćby człowiek nie wiem, jak się starał, to długo ze swoją wesołością i radością życia nie pociągnie. I tak właśnie mnożą się zgredy.



Czy to naprawdę aż taki kataklizm?

Mleko się rozlało. Szklanka rozbiła. Pies za głośno szczeknął, a kot ofutrzył Ci ulubiony sweter. Plama na koszuli. Faktycznie, tragedia, ale czy aż taka żeby marnować sobie i innym humor? Nie jesteś na tym świecie sam. A może zamiast tego, machnij na to ręką. I zrób coś, co poprawi Ci humor. Zaszalej. Kup sobie lody. Obejrzyj coś śmiesznego. Albo porozmawiaj z kimś o tym, co Cię naprawdę boli. I pomyśl, że to całe wkurzanie się o małe rzeczy nic jeszcze nigdy dobrego Ci nie przyniosło. Spójrz też na swoich bliskich - zadają wkurzające pytania, co? Nawiązujące do tematu, który chcesz wyrzucić z głowy? Tematu, którym codziennie się stresujesz. Po cichu. Wkurzają Cię. O i to jak.
Powiem Ci coś. Oni nie robią tego specjalnie. Martwią się o Ciebie. A może zaryzykuj i z nimi pogadaj? Nie musisz do cholery zostawać z tym wszystkim sam.

Uwolnij emocje. Uśmiechnij się.

No dobra, skoro już doszedłeś w swojej uroczej łepetynce, że może faktycznie, nie wszystko ostatnio było ok, to pewno teraz myślisz, jak temu zaradzić. Bo przecież chcesz być szczęśliwy. Nie musieć się martwić o tysiące drobiazgów. Każdy chce.
Przyszedł więc czas podsumowań. Czekasz może na gotową odpowiedź, co zrobić żeby to zmienić. Trochę Cię rozczaruję, bo to nie jest poradnik. A ja nie znam rozwiązania. Nie będę strugać wielkiego znawcy tematu, psychologii, motywacji czy czegoś tam jeszcze. Nie jestem specjalistą. Jestem zwykłą Anią, która lubi sobie od czasu do czasu popisać o tym, co jej w głowie siedzi.

Nie wiem czy Ci pomogę. Ale mogę powiedzieć Ci, jak ja radzę sobie ze stresem. Jak ja radzę sobie ze swoimi emocjami i z samą sobą. Masz to u mnie w gratisie.  A i trafiłeś na najlepszy czas, bo zaczął się dla mnie okres ogromnych zmian. Kto wie, czy nie największych w moim życiu, więc pisząc o stresie, raczej wiem o czym piszę. Co więc robię, kiedy to uczucie mnie dopada?

1. Gadam. *

Nienawidzę tej wady u siebie, ale tak już jest. Po pierwsze to mój odruch uspakajający - gadam, nie tylko o problemie, ale i o pierdołach. Mówię o tym, że zdarzyło się coś nie tak, mówię o tym co mnie boli, czego się boję, ale i o tym, że jak będziemy mieli kolejnego kota kiedyś, to chciałabym żeby nazywał się Szachrajek. Gadam. I wyrzucam z siebie wszystkie złe emocje, nie jestem z tym sama. I jest mi lepiej.

2. Pomocyyyy!!!! *

Nie musisz radzić sobie ze wszystkim sam. Nie bój się poprosić o pomoc. To nic złego. Nikomu tym nie zawrócisz głowy, nikomu się nie narzucisz. Razem zawsze bardziej uda się niż pojedynczo. I ja zawsze, zawsze sobie powtarzam: nie ma takiej sytuacji, z której nie ma żadnego wyjścia. Mam na przykład swojego Marcina albo swoją prywatną Olgę, którym zawszę mogę powiedzieć, co nie gra - wtedy siadamy i debatujemy - i mamy świadomość, że razem, z pomocą innych zawsze jakoś spadniemy na cztery łapy.

3. Rozgryzanie problemu. *

Powiedziałabym, że problem jest jak orzech, ale w sumie trochę bujda. Wtedy wystarczyłoby po prostu walnąć młotkiem (nie wiem, jak u Was, ale ja tak właśnie rozłupuję orzechy) i po sprawie. Niestety tak nie jest, więc rozgryzam to trochę inaczej - próbuję przewidzieć konsekwencje najgorszego scenariusza wydarzeń. Prosty przykład: egzamin. Wystarczy przeprowadzić z sobą odpowiedni monolog.

- A co będzie jak nie zdam?
- No to nie zdasz. Podejdziesz do poprawki.
- A jeżeli nie zdam poprawki? Uwalę rok.
- Najwyżej. Nie Ty pierwsza i nie Ty ostatnia. Świat się przez to nie zawali. Znajdziesz wtedy pracę, popracujesz a potem wrócisz na studia. To też jest dobre wyjście.

4. Zrób coś fajnego, coś dla siebie. *

Jakiś czas temu doszłam do jednego ważnego faktu. Życie nie polega tylko na zmartwieniach. Na wiecznym cierpieniu, wiecznym zabieganiu tylko o to, żeby kiedyś było dobrze. Życie toczy się też tu i teraz, więc wyciągnij z niego co najlepsze, zrób coś, co sprawi, że poczujesz się dobrze. Teraz. Jutra, o które tak walczysz może wcale nie być. Zrób coś co Cię uszczęśliwi, coś dla siebie. Nie odmawiaj sobie małej przyjemności. I uśmiechaj się. Nawet jeżeli zapomniałeś już jak to się robi i z początku będzie to trochę sztuczne i wymuszone. Świat jest cały czas taki sam. Zmienia się tylko nasze postrzeganie. A jak będziesz postrzegał wszystko bardziej pozytywnie, to i pozytywniej zrobi się w Twoim życiu.

5. Nie myśl za dużo. *

Nie wcale. Po prostu za dużo. Zacznij działać. I nie będziesz miał czasu się bać, stresować, gromadzić w sobie negatywnych emocji i warczeć na kogo popadnie.

Nie ważne jaki sposób znajdziesz, ważne żeby był skuteczny. Nie odbarwiajmy sobie życia, nie komplikujmy go sobie i innym. Może przyszedł wreszcie czas, żeby przekonać się, że ono wcale nie jest takie złe, jak nam się wydaje? Może ta jesień nie będzie płynęła pod znakiem corocznej jesiennej depresji? Może pora coś zmienić?

* Jeżeli czytają to jacyś mężczyźni: Achtung, achtung! Żaden ze sposobów nie sprawdza się u kobiet podczas okresu. Na zły humor kobiety, rzucanie talerzami i spazmatyczne płacze niestety nie ma skutecznego lekarstwa.




A wy? Macie jakieś skuteczne sposoby na stres, warczenie i buczenie?

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Wierzę w Ciebie.




Wiecie, zawsze myślałam, że najtrudniejszym co spotyka w życiu człowieka, największym demonem nas samych, największyą siłą, kierującą naszym życiem jest nasz strach. Strach, który towarzyszy nam od najmłodszych lat i nie opuszcza nas tak naprawdę nigdy. Nie wierzę, że istnieją ludzie, którzy niczego się nie boją. Nie wierzę, że jest na świecie człowiek, który chociaż raz nie trwał w tym stanie. Strach to bowiem też element człowieczeństwa - bardzo zresztą ważny i chyba  nieunikniony, a nawet potrzebny.

Zawsze wyobrażałam sobie, że nie ma nic gorszego niż ta bariera, która blokuje nas przed działaniem, paraliżuje, psuje humor, niesie zwątpienie we własne umiejętności. Zawsze myślałam, że nie ma nic gorszego niż trwać we własnym strachu - pozwolić, żeby stał się tak wielki, że to właśnie on zawładnie naszym życiem. Zawsze też myślałam, że największym wyzwaniem jest walczyć z tym wszystkim, stanąć twarzą w twarz ze swoim lękiem i stawiać mu opór. Pokonywać go. Zawsze myślałam, że to  właśnie jest prawdziwe życie.

Ale myliłam się. Myliłam się okrutnie, bo teraz już wiem, że są o wiele gorsze rzeczy niż własny strach, że są  rzeczy, z którymi o wiele ciężej się zmierzyć. Bo okazało się, że o wiele gorszym jest patrzeć na strach drugiej osoby, osoby którą kochamy, która jest częścią - bardzo ważną częścią naszego życia i której nie potrafimy w żaden sposób pomóc. Najgorsza bywa bezsilność.

To czasami jest tak, jak wyciąganie ręki do niewidomej osoby. Machamy jej dłonią przed nosem, staramy się ją złapać, ale ona tego nie widzi. Coś, co dla nas jest zupełnie jasne, proste i oczywiste dla niej jest spowite mrokiem. Znamy swoich przyjaciół, znamy swoich bliskich. Przebywamy z Nimi codziennie i widzimy ich problemy nawet, kiedy starają się je przed nami ukryć.

Są takie chwile w życiu, kiedy każdy z nas traci czasami grunt pod nogami. Coś się nie udaje, coś poszło może nie tak, jak trzeba, albo coś jest dla nas zupełnie nowe i sieje w nas wątpliwości. I wtedy tracimy pewność siebie. Zaczynamy  porównywać się do innych, ale tylko w jednym konkretnym punkcie. Zaczynamy wmawiać sobie, że jest z nami coś nie tak, że może jesteśmy trochę wybrakowani. Nie wiedzie nam się tak jak innym, nie mamy żadnych zasobów. Jesteśmy beznadziejni. On osiągnął to i to, zarabia więcej, jemu się już udało, a co ze mną? Jestem głupi, nie zasługuję na nic.

I wtedy zaczyna się to najgorsze. Bo patrzę na Ciebie i wiem, że to nieprawda. Mówię Ci to, ale jesteś głuchy. Macham przed Tobą wyciągniętą dłonią, ale nie chcesz mnie zobaczyć. Dopadł Cię strach, strach przed przyszłością, strach przed nowym. Chciałabym Ci powiedzieć, że strach niczego nie zmienia. Wiem, bo jestem znawcą w tej dziedzinie. Bo były czasy, kiedy bałam się wszystkiego - odezwać się głośniej przy innych,  mieć inne zdanie, rozpocząć coś nowego - czasy, kiedy bałam się zwykłego poniedziałku. Chciałabym Ci powiedzieć, że nawet jak Ci się coś nie uda, to świat się nie zawali. Że ta droga, którą kroczysz nie jest jedyną możliwą. Że jest tysiące dróg, tysiące wyjść. Że trzeba codziennie ryzykować. Że ja w Ciebie wierzę. Jestem tutaj. Nie bój się. Nie bój się walczyć, uda Ci się. Bo jeżeli upadniesz, to ja Cię podniosę. Jesteś ważny. Dla wielu osób.

Na stronie fb bloga Hope - Rozwój i Terapia  pojawił się dzisiaj taki cytat: Nie można zmusić ziarna do rozwoju i kiełkowania, można jedynie stworzyć warunki zezwalające na to, aby ziarno rozwinęło wszystkie tkwiące w nim możliwości.

Każdy strach ma jakąś granicę, jakiś punkt krytyczny. Strach znika, kiedy zaczynamy działać, działać tak intensywnie, że nie mamy czasu już o nim myśleć. Takimi punktami krytycznymi są też miłość i przyjaźń. Kiedy Twoje dziecko ma kłopoty, zapominasz o własnym strachu, jesteś w stanie go przełamać żeby mu pomóc.

Niektórych rzeczy nie zrobimy za innych. Ale możemy być ich wsparciem. Być obok. Przytrzymać, pomóc wstać po upadku. Takie wsparcie ma większą moc niż najlepsze teksty motywacyjne.

***

Jak już pisałam, przez najbliższe dwa miesiące może mnie tu być ciutkę mniej. Ale będę się starać, aby jednak za często tak się nie działo. Trochę się martwię, że jak zrobi się tu trochę ciszej przez jakiś czas, to o mnie zapomnicie.

Nie zapominajcie, dobrze? Bo bardzo Was lubię.  I to co tu robię, na zamiast burzy też.




czwartek, 20 sierpnia 2015

Czasami warto odpuścić



Znacie to, prawda? Cel. Cel. Cel. Bo zewsząd trąbią, że cele trzeba realizować za wszelką cenę. Dopinać wszystkiego. Dążyć do gwiazd. Pędzić przez życie i zaliczać je jeden po drugim. Odhaczyć, odhaczyć, odhaczyć. Na stronach traktujących o motywacji i organizacji huczy od takich haseł, jak:  Cele to wszystko, a reszta to otoczka.

Tak. Ja też jestem przekonana, że dążenie do zrealizowania swoich wytycznych, ciągły rozwój, wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery jest oczywiście bardzo ważne i dzięki naszej ciężkiej pracy, jak najbardziej do osiągnięcia. Tak. Zgadzam się, że osiągnięcie celu to coś dużego, a zarazem wartościowego, coś co z pewnością wyróżnia nas na tle świata przyrody, jest jakimś wyznacznikiem naszej pozycji, naszego jestestwa. Wszystko to oczywiście i niepodważalnie prawda, ale jednak nie przeszkadza mi  to wcale a wcale jednocześnie uważać, że czasami rzeczą o wiele ważniejszą i trudniejszą od ślepego osiągania celu  jest móc go sobie po prostu darować. Nie jest to łatwe, bo przecież cały czas wpaja nam się - nie rezygnuj, walcz, idź do przodu. Koniecznie. Jednym słowem: cel, cel, cel.
Ale czy tak jest dobrze? Tak. Nie. A właściwie to i tak i nie. Bo są w życiu naprawdę takie sytuacje, kiedy warto odpuścić.

Za dużo na raz.

Ten przypadek mogłabym opisać Wam z zamkniętymi oczami. Bo kiedyś nieraz już było tak, że trochę przesadzałam z ilością zadań. Dwa lata kulturoznawstwa w rok, a do tego filologia, a co mi tam. Praca licencjacka, praca magisterska i praktyki w tym samym czasie? Wystarczy tylko pstryknąć palcami. Za mało, więc może jeszcze do tego dołożę sobie kurs radiowy - przyda się, nie przyda - pójdę. Pstryk, pstryk, pstryk. To nic, że w czwartek o tej samej godzinie miałam być w trzech miejscach na raz. Jak się chce to wszystko można ogarnąć, prawda? 24 godziny to dużo, więc wyznaczę sobie może z 500 zadań. I to też  nic, że biegałam potem z jęzorem do pasa, z paniką zalewałam wszystkich potokiem słów, a w głowie dzwonił mi alarm: nie zdążę, nie wyrobię się, jestem zmęczona. A gdy chociaż jedno miejsce z listy nie zostało zrealizowane - zaczynałam czuć się źle, a życie traciło wszelki sens. A jak życie traci sens, to przecież najbardziej sprawdzają się nowe zadania. Pstryk, pstryk, pstryk.

Opowiem Wam kiedyś, jakie combo przygotowałam sobie w tym roku. Ale jeszcze nie teraz. Teraz bowiem muszę po prostu kombinować, jak to wszystko porealizować. Jak już się dzieje, to niech się dzieje, nie będziemy się przecież rozdrabniać. Za to teraz opowiem Wam historię mojego wakacyjnego urlopu. Jak spędzać urlop, żeby nie wypocząć? Spokojnie, Ania wszystkiego Was nauczy.

Otóż zaczęło się od tego, że nadmiar obowiązków mnie zalewa. I od tego, że moja dobra wróżka o wdzięcznym imieniu Marcin, przekonała mnie, że jak sobie pozwolę na dwudniowy urlop, to przecież świat się nie zawali. Otworzyłam więc kalendarz i po długim przeliczaniu i główkowaniu, stwierdziłam, że tak - na dwa dni to chyba mogę sobie pozwolić,  reszta jest przeznaczona na inne cele, ale dwa dni... Napisałam do szefa, szef bez problemu wyraził zgodę i oto miałam (krótki, bo krótki, ale zawsze) urlop tylko dla siebie i tyyyyyyle planów. Muszę załatwić to i to. I jechać jeszcze tam. Wysprzątam mieszkanie, bo przy takim nawale zadań wygląda ostatnio tak, jakby przeszło przez nie tornado. I zrobię jeszcze tamto. I tamto. I jeszcze to.
Nie będzie to dla Was pewno nic odkrywczego jak napiszę, że wróciłam do pracy zmęczona jeszcze bardziej niż byłam przed urlopem. Zdążyłam tylko umyć i wyczyścić lodówkę, bo prawie  nie było mnie w mieszkaniu. Załatwiałam. Nogi mnie bolą od biegania do tu i do tam i skurcze łapią od zmęczenia. Jakbym miała z 80 lat. Z połową rzeczy oczywiście nie zdążyłam. Czuję się z tym paskudnie. A lista spraw stale się wydłuża. Klasyk.
I teraz Was ostrzegam: czasami naprawdę warto trochę odpuścić. Coś zrobić później. Nie brać na siebie aż tylu obowiązków na raz. Mieć chwilę dla siebie, choćby po to, żeby się uspokoić. Poprosić kogoś o pomoc.
Staram się zastopować. Bo owszem, jest dużo do roboty, ale powtarzam sobie, że nie można przecież dać się zwariować. Trzeba wyłuskać jakieś priorytety i na nich się skupić. I czasami po prostu na chwilkę się zatrzymać. Powoli. Spokojnie. I staram się nie dokładać już żadnego pstryk, pstryk, pstryk.

Po trupach do celu.

Znacie to prawda? Każdy zna takie osoby. Z ogromnym parciem na cel. Na osiągnięcie go za wszelką cenę. Bez względu na innych. Bez względu na okoliczności. Bez względu na konsekwencje. Prą przez życie jak taran, nie interesując się za bardzo, co zmietli po drodze. Owszem, w życiu trzeba być twardym, ale trzeba być też człowiekiem.
Wszędzie czytamy i słyszymy, że warto realizować własne marzenia - i ja jestem tego zdania, ale mało zwraca się uwagi na to, jak do tego celu dochodzić. I tak sobie myślę, że dobrze chyba by było w ogóle określić sobie jakąś swoją skalę ważności (każdy dla siebie) i odpowiedzieć sobie na parę pytań - czy ważniejsze jest dla mnie na przykład zarabiać miliony czy zarabiać trochę mniej, a mieć czas dla rodziny i własnych dzieci? Bo można postępować różnie. Na przykład: owszem, możesz  uznać w pracy najnowszy projekt za tylko swój, wchodzić w tyłek szefowi i szybko awansować, ale czy nie stracisz przez to zaufania i przyjaźni innych osób? Jak bardzo oni się dla Ciebie liczą? Co jest dla Ciebie ważniejsze? Czy ten cel jest aż tyle wart? A może warto jednak odpuścić?



Gra nie warta świeczki.

Jak pewnie zauważyliście, ludzie są z natury istotami bardzo hardymi, dumnymi, a zarazem honorowymi. Wszystko niby fajnie, tylko że wynika przez to cała masa naprawdę bzdurnych kłopotów. Mianowicie: o zwykłą pierdołę potrafią kłócić się całymi latami. Psuć sobie i innym nerwy. I udowadniać co tylko się da: w ich mniemaniu własny upór, pozycję czy własne zdanie, a w opinii innych po prostu własną głupotę. Każdy z nas zna takie przypadki. Pokłóciły się o kolor ściany w kuchni i więcej się do siebie nie odzywały. Nie zaprosił cioci Frani na wesele, to ja też nie przyjdę i nie odezwę się do niego przez następnych 30 lat. Pokłócili się i rozstali, on się wkurzył, wyszedł trzasnął drzwiami, nie pamięta właściwie o co poszło, ale uniósł się dumą i już nigdy tam nie wrócił, nawet jak chciał. Może i plamy na honorze nie ma, ale coś tu chyba miało być nie tak jak jest. A nawet, gdy już ktoś ochłonie i podchodzi z wyciągniętą ręką, to jest już za późno. Teraz my mamy prawo się obrazić. I nie wybaczymy. Nie odpuścimy. Nawet jak ta gra nie jest warta świeczki.

Miej wyjebane a będzie Ci dane.

To z dawien dawna staropolskie przysłowie na zawsze już chyba weszło do kanonu. I jak to ze staropolskimi powiedzonkami bywa, jakąś tam cząstkę prawdy w sobie niesie. Nieraz pewno tego doświadczyliście - a w dupie to już mam, nie uczę się, najwyżej będzie poprawka. I co? No może nie piątka, ale czwórka czasem się trafiała, prawda? Nie, nie myślcie, że zachęcam, żeby teraz na wszystko mieć po prostu lotto, to chyba mimo wszystko nie tak działa. Ale może czasami warto spuścić trochę cugli? Nie przejmować się wszystkim aż tak bardzo?
O co mi chodzi? To może jeszcze jedna stereotypowa historia:

Chłopakowi podoba się dziewczyna. Stara się. Lata za nią, serenady pod domem, kwiaty, bezglutenowe, niskokaloryczne czekoladki i inne tego typu bajery. A ona nic. No zupełnie nic. Czasami trwa to bardzo długo, ale dajmy na to, że w tym wypadku jednak tak nie jest. Chłopak, odpuszcza, kończy temat, daje sobie spokój. I nagle sms od niej, czułe słówko, jakiś znak. O co kaman? Czy dziewczyny naprawdę wolą drani, które je olewają i mają je w dupie, jak głosi fama? A może po prostu za bardzo się starałeś? Nadskakiwałeś? Za bardzo drążyłeś, bo tak bardzo chciałeś osiągnąć cel? Może ją przestraszyłeś, nie byłeś do końca sobą, może ona bała się, że po otwarciu lodówki ujrzy tam Ciebie z pierścionkiem zaręczynowym? Może tak bardzo chciałeś, że się zestresowałeś i wszystko nie wyszło tak jak trzeba, a jak już znormalniałeś, wróciłeś do siebie, to do niej dotarło, że ogólnie, kiedy już nie zachowujesz się jak ostatni osioł, to całkiem w porządku z Ciebie koleś? Miej wyjebane, a będzie Ci dane. A może inaczej: nic na siłę.

Pyrrusowe zwycięstwo.

Według starożytnych historyków, podczas przyjmowania gratulacji od innych oficerów Pyrrus miał powiedzieć: Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będę zgubiony. Cel jednak został osiągnięty. Norma zrobiona. Tylko ludzi kilka tysięcy mniej.

Jestem w trakcie reorganizowania swojego planu zajęć. Stwierdziłam, że czasami warto odpuścić. Chociaż nie jest to łatwe. Szczególnie dla ludzi, którzy są niespokojni, w gorącej wodzie kąpani, i którzy chcieliby mieć wszystko na już, zaraz ewentualnie na za chwilę. Czyli dla takich, jak ja. Jest to trudne, ale bardzo ważne - bo trzeba mieć cały czas w głowie, jaką cenę możemy dać za osiągnięcie własnego celu. Bo może wcale nie jest on aż taki ważny? Może można go przełożyć, pójść jakąś inną drogą, albo po prostu go odpuścić i świat się nie zawali? Bo czy warto zawsze mieć wszystko i osiągać to co się chce? Kosztem zdrowia, szczęścia i innych ludzi? Warto?

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Siedzi misio na kanapie i się łapką w dupę drapie. O lenistwie i czasie słów kilka.




W ostatnich dniach na myśl rzuca się tylko jedno słowo: gorąco. Mam wrażenie, że topi się wszystko. Topi się asfalt, topią się ludzie, jedzenie i lód, którym się okładam. Dochodzę nagle do wniosku, że wreszcie już  zdecydowałam się co do mojej temperaturowej orientacji i z pewnością jestem bardziej zimnolubna niż ciepłolubna. I jakem Ania, nie zmienię tego zdania przynajmniej do zimy. Pogoda nie sprzyja też pracy, nie łudźmy się. Rozleniwiamy się strasznie. W zasadzie to nie dziwi. Nawet mój kot nie ma siły już gonić za muchą, tylko siedzi i czeka, aż muszce znudzi się bzyczeć mu nad głową i padnie sama z przegrzania. Zresztą są wakacje. Można sobie troszkę pozwolić. Gorzej jednak jak wakacje się skończą, urlop odejdzie w zapomnienie, a nam czas będzie uciekał przez palce.

Odjutronizm.

To stanowczo najpopularniejsza przypadłość tego wieku. Bo jest poniedziałek po weekendzie i... no nie chce nam się. Dziś jeszcze dam sobie spokój, ale od jutra... od jutra to hohoho! A jutro będzie znowu od jutra. Bo dziś trudno jest zacząć. Jeszcze ostatni dzień ulgi. Taki maleńki. Tyciusieńki.
Ale jest mały haczyk. Bo jutro zacząć będzie równie ciężko zacząć co dziś.

Czasami jest jednak tak, że niestety nie da się przekładać cały czas wszystkiego z dnia na dzień w ten sposób, żeby nigdy tego nie wykonać i dzieje się to z bardzo prostej przyczyny: otóż mamy wyznaczony odgórnie czas na zrobienie danej rzeczy. Co więcej, jest to czas określony przez jakąś inną ważną osobę albo termin wymusza sytuacja. A skoro jednak sytuacja wymusza, to wiadomo - nie da się tego przekładać i przekładać, trzeba użyć jakiejś innej sprytnej taktyki. I znajdujemy oczywiście super rozwiązanie: nie odkładamy tego na jutro czy na kolejny tydzień - robimy to po prostu na ostatnią chwilę. Najpóźniej jak się da. Wyczuwacie moją ironię, prawda? Sposoby te są dobre, jeżeli tak naprawdę wcale nie zależy nam na celu. Jeżeli jesteśmy przy nich usatysfakcjonowani i szczęśliwi, to po co coś zmieniać, możemy ich używać dalej. Bo jeżeli tak w głębi duszy nie chcemy nauczyć się fińskiego, to się go nie uczmy. Gorzej jednak jak coś naprawdę chcielibyśmy osiągnąć.

Dajmy na to, że nie chce Wam się iść pobiegać. Ogólnie to lubicie, ale ciężko Wam się przemóc. Najpierw jest etap wymówek: jest za wcześnie - za zimno - za ciepło - pójdę za godzinę, teraz jeszcze pośpię. A potem odkładanie: najpierw zrobię pranie, pójdę na zakupy, teraz jestem taka zmęczona. To może jutro. I tak w kółko.
Ok.  Ale czy czujesz się zadowolony? Wisi to nad Tobą przez cały dzień i gdzieś tam kołacze po biednej głowie. Straszne uczucie. Myślisz o tym. A mogłabyś wyrzucić to z głowy. Tyle razy to przeżywałam.
A wiecie, co trzeba zrobić żeby przestało być źle? Zdradzę Wam tą największą tajemnicę. Założyć dres, trampki, zagryźć zęby i iść pobiegać. Zrobić to, co postanowiliśmy. Zrobić swoje i wyrzucić to z głowy. I jeszcze potem dochodzi do Ciebie, że to nawet fajne jest. Melduję wykonanie zadania! Ot, cała filozofia.

Masz tydzień na projekt i nie chcesz o nim przez tydzień myśleć? Zrób to od razu i miej spokój! Wtedy możesz odpoczywać. Co więcej - będziesz mógł pękać z dumy. I będziesz radosny.

Ale rozwiązanie jest niestety tylko jedno i w dodatku banalne: trzeba po prostu zacząć. Najtrudniej się przełamać, a potem jakoś idzie.



Czas.

Zdradzę Wam też jeszcze jeden sekret. Czas niestety nie jest rozciągliwy. Jeśli chodzi o każdy poszczególny dzień, to nawet sprawiedliwie dostajemy go tyle samo. To też takie metrum, na które stale narzekamy, że na wszystko nam go brakuje. I ponoć jest cenniejszy od pieniędzy, choć czasami nie do wszystkich to dociera. Jak to więc jest, że niektórzy potrafią go lepiej spożytkować i zdążyć ze wszystkim, a inni nie potrafią się spostrzec kiedy minął,  już jest koniec dnia i trzeba iść spać. Prawda jest taka, że czasem można całkiem nieźle manipulować - można go też sporo oszczędzić. I można to zrobić bardzo prosto.

Wstawaj wcześniej.

Dla mnie to szczególnie trudne. Bo nie wiem, jak ja to robię, ale nigdy nie mogę się wyspać. Marcin musi mnie rano dosłownie wykopywać z łóżka. Na jego nieszczęście śpię od ściany i ma zawyżony poziom trudności. Nawet mój kot angażuje się w to, żebym jak najszybciej wylazła z ciepłego wyrka i jak tylko słyszy dźwięk budzika podbiega i szorstkim językiem liże mi nos. Żaden peeling nie może się temu równać. Ostatnio jednak udało mi się przemóc i wstaję wcześniej. Stymulatorem do tego był Marcin, który przez cały dzień jest zalatany jak dziki bóbr i często nie zdąży sobie przygotować nic do jedzenia, bo nagle zadzwoni klient, wydarzy się coś w kancelarii, czy niezwłocznie trzeba coś załatwić. Postanowiłam więc wstać rano i przygotować mu kanapki na resztę dnia, żeby w razie kryzysowej sytuacji mógł sobie po taką sięgnąć. Sama poczułam się lepiej. Nagle i dla mnie znalazło się jakoś więcej czasu na różne inne rzeczy, które mogę zrobić. Makijaż jest ładniejszy, nie zapominam już spakować tysiąca drobiazgów, a i sama wreszcie biorę śniadanie do pracy. I humor też mi dopisuje.

Oszukaj czas.

Czasu nie można pomnożyć, ani rozciągnąć, ale można go trochę oszukać. Można po prostu połączyć kilka czynności i trochę go zaoszczędzić. Oglądając film czy serial jeżdżę jednocześnie na rowerze stacjonarnym. I Ty możesz działać podobnie. Jadąc autobusem możesz czytać książkę, a  przy wiadomościach obierać kartofle na obiad. Jest jak zwykle jeden myk - można łączyć tylko czynności, które wzajemnie siebie nie rozpraszają. Pisanie pracy magisterskiej przy ulubionym serialu nie jest najlepszym pomysłem.

Kontroluj czas.

Macie tak, że wracacie z pracy, nagle robi się wielka czarna dziura, potem jest wieczór i trzeba iść spać, a wy nie wiecie na co właściwie spożytkowaliście te kilka godzin? Jakoś się tak rozmemłały, posiedzieliście, pogadaliście, posnuliście się po chałupie i już. Ja tak miałam.
Teraz staram się kontrolować czas. Myśleć w sposób konstruktywny: mam godzinę. Dokładnie. Przez godzinę zdążę zrobić obiad, sprzątnąć w szafie, może jeszcze wyprać kota. Daję sobie godzinę, a potem mam czas na książkę. Ale robię dokładnie to i tylko to przez ten czas. Ważne jest też, żeby to była właśnie taka kolejność. Najpierw praca, potem nagroda, bo zwykle - przyznajmy się sami przed sobą - wygląda to trochę inaczej: obejrzę sobie film, a zaraz potem umyję samochód. A film okazuje się tak fajny, że niestety, ale mycie samochodu po nim wydaje nam się FOPA. Bardzo pomógł mi też wpis Dobrze zorganizowanej : Co można zrobić w 10-15 minut. Zerknijcie sobie! Zostaje w głowie. Oczywiście wszystko w linkach pod tekstem!

Oszczędzaj czas. 

Jeszcze jedna sprawa: jak poświęcisz jeden dzień na sprzątanie w domu, a potem nie będziesz po prostu rozwalał wszystkiego tak, że będzie wyglądało, jak po przejściu tornada, to zaoszczędzony czas możesz włożyć do skarbonki. A raczej wybrać się do znajomych, do których nigdy nie masz czasu wpaść, bo w domu sprzątanie i sprzątanie! Ja cały czas z tym walczę!

Organizuj się i planuj.

Serio, serio. To pomaga. Nie musisz planować każdej minuty. Ale wyznacz sobie codziennie dwa duże zadania oraz dwa lub trzy mniejsze i już. Zrób sobie grafik sprzątania. W poniedziałek pranie, we wtorek czyszczę blaty, w środę odkurzanie. Rób wcześniej listy zakupów. Plan treningów. I nawet przyznawaj sobie małe nagrody! To motywuje. Pomaga. Tylko na litość boską, po Chodakowskiej nie kupuj sobie snickersa!  Zajrzyj też do Niebałaganki, na pewno się zainspirujesz. Poza tym jest teraz całe mnóstwo gadżetów, aplikacji i programów, różnych cudów-niewidów, które Ci to wszystko ułatwią. Realizuj swoje marzenia. Codziennie zrób jedną małą rzecz, żeby być bliżej celu. I pójdzie. Zobaczysz jak łatwo. I zapomniałabym o najważniejszym: jest w tym wszystkim jakaś dziwna reguła, ale im więcej masz pracy, tym szybciej i lepiej się z tym ogarniesz. Zupełnie nie wiem czemu tak jest, ale jest.

Jestem leniwcem.

Zawsze myślałam, że jestem leniwcem. Dowiedziałam się jednak, że leniwiec to tylko takie zwierzątko, a w dodatku, jak jest małe to bardzo słodkie. I to nie jest żadne usprawiedliwienie. Żaden argument, że z natury jestem leniwa i dobrze mi z tym! W uporządkowanym świecie żyje się lepiej. Oszczędzając i kontrolując czas, jesteś świadomy i masz go więcej dla osób, które kochasz. Zaczynając robić coś już teraz, zaczynasz spełniać swoje marzenie. Może najpierw będzie ciężko, ale uczyni Cię to szczęśliwym. Trzeba się przemóc. Innego wyjścia nie ma. Musi do nas w końcu dotrzeć, że żeby coś osiągnąć, to czasami trzeba napocić się jak świnia. Ale zapytaj się kogokolwiek, kto osiągnął już swój wymarzony cel czy było warto. Myślę, że jeżeli był przekonany do tego, co chce osiągnąć i naprawdę się w to angażował, to odpowiedź jest jedna. I pamiętaj, leniwiec to zwierzę.

Siedzi misio na kanapie...

Siedzenie na kanapie wcale nie uszczęśliwia. Naprawdę. Ale robienie czegoś fajnego, inspirującego, kreatywnego, potrzebnego, praca nad sobą - jak najbardziej. Masz czas. Naprawdę masz. Tylko wykorzystaj go sensownie.

Siedzi
misio
na kanapie
i się łapką....

To co, złazimy?


Linki, w które warto zajrzeć, czyli co może nam pomóc w naszych najczęstszych problemach:

1) Dobrze zorganizowana: Co można zrobić w 10-15 minut?
2) Niebałaganka
3) Codziennie Fit: Ulubione fitness aplikacje na telefon
4) Nieidealna Anna: 5 patentów jak zdążyć z licencjatem bądź magisterką na czas








Cieszę się, że tu dotarłeś. Rozgość się. Zaparz sobie herbatę. Jeżeli czytając te bzdety chociaż raz się uśmiechniesz że życie nie jest takie złe na jakie wygląda - to znaczy, że mi się udało. Jeżeli spodobało Ci się tu i czujesz niedosyt, możesz kliknąć w Zamiast burzy na facebooku, a ja w zamian będę Ci zapewniać jeszcze więcej rozrywki! A jeśli chcesz i mi sprawić przyjemność, będzie mi miło, jak zostawisz jakiś ślad po sobie.