Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 listopada 2015
Chrumknąłem. Czy każdy facet to świnia?
Za oknem leje. Pogoda iście jesienna, taka kiedy najbardziej sprawdza się zestaw 3K: Książka, Kocyk, Kot. Zamiast kwiatów na ślub zażyczyliśmy sobie książki, których teraz nie mamy już gdzie układać, dostaliśmy też duży mięciutki puchaty kocyk, a i kot zwany przez nas ostatnio Gnojuszem Fetoriuszem gdzieś się pod nogami pałęta, pomrukując i naiwnie żebrząc o szynkę. Okres jesienno-zimowy zapowiada się więc całkiem przyjemnie. A i cały szum wokół nas powoli wreszcie opada i wszystko wraca do długo wyczekiwanej "normy". "Cały tydzień ma tak padać" - odzywa się mój pogodynek, kwikając po drodze. Tak, właśnie dobrze przeczytaliście. Kwikając. Bo mój nowonabyty mąż nie dość, że namiętnie interesuje się pogodą, to jeszcze w pakiecie chrumka i kwika, twierdząc uparcie, że to rodzaj czkawki. Ludziom, którzy kiedykolwiek spotkali się z małą żywą świnką i pamiętają jakie odgłosy ona wydaje raczej ciężko będzie w to uwierzyć, bo nie oszukujmy się - Marcin brzmi tak samo. Żeby nie było - przed ślubem też tak robił, chociaż na samym początku naszej znajomości jakoś tego nie odnotowałam. Ale stało się - chłop się przyzwyczaił, dobrze się czuje widocznie w moim towarzystwie, więc śmiejemy się, że zaczął wyłazić z niego mały prosiak. Jest to jednak jedyna świnka jaka z niego wyłazi i mimo, że wszyscy (a raczej wszystkie) naokoło trąbią - a nawet jeden polski zespół nagrał o tym piosenkę - że przecież "facet to świnia", to ja jednak tożsamości z tym zacnym i jakże przecież mądrym stworzeniem doszukać się nie mogę.
Nie taki straszny, jak wygląda.
Mimo że faceci w przeciwieństwie do wielu z nas - kobiet - potrafią wyjść do sklepu bez makijażu, nie wydają się wcale aż tacy straszni. Ten, kto krzyczy na nich, że to płeć brzydka powinien puknąć się ostro w głowę. Po pierwsze, powinniśmy zacząć chyba od tego, że nie należy generalizować i wkładać wszystkich do jednego worka. Nie każdemu facetowi przecież syry da się wyczuć z odległości 2 kilometrów, nie każdy też ubiera skarpety do sandałów i wchodzi do łazienki tylko po to, żeby wychlać szampon i żeżreć mydło. W porządku, są niechlujni faceci, ale są i niechlujne kobiety, więc w czym tak naprawdę rzecz?
O facetach mówi się też, że są zimni, nieczuli i nieromantyczni. O romantyzmie już tu kiedyś coś było. Nie przynoszą kwiatów, nie przytulają się tak często jak powinni, traktują kobiety jak zabawki, zwodzą, ranią i opuszczają - jakby kobiety nie robiły tego samego. Są tacy prosiakowaci i mają czelność mieć jeszcze kolegów, dystans do świata i tylko własne zainteresowania, których nie sposób pojąć. Bestie. Siedzą, nie zamartwiają się światem, jutrem i wszystkim czym się da.
A jednak większość z nas żyje w związkach z takimi świnkami. Przydają się kiedy trzeba coś naprawić, ponosić zakupy, przeprowadzić przez ciemną ulicę.
Chyba zawsze lepiej dogadywałam się bardziej z facetami. Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że są prości i konkretni - nie komplikują wszystkiego co się da, w przeciwieństwie do mnie. Może dlatego, że mają dystans do świata, że nie przejmują się wszystkim i nie boją się wszystkiego. Że potrafią zamknąć jakiś rozdział i po prostu o nim zapomnieć. Że większość ma fenomenalne poczucie humoru, co jest u mnie sprawą najważniejszą.
Facet to świnia.
Czy facet to świnia? Bywa. I tak, i nie. Bo istnieją i tacy, którzy biją, gwałcą. Ale istnieją też kobiety, które oszukują, kłamią i zdradzają. Fakt - niektórym ludziom po prostu bliżej do zwierząt niż człowieków, co nie oznacza, że powinniśmy stereotypizować, wkładać wszystkich do jednego worka i zapominać doceniać to, co mamy. Prawda?
Lubię Cię takiego jakim jesteś.
Jakikolwiek mężczyzna by nie był, zawsze będzie z nim coś nie tak. Może Cię nie bije, ale nie przynosi Ci też kwiatów i maskotek. Bałagani. Nie ma dla Ciebie czasu. Złości się. Marudzi. A powinien być idealny. Taki jak w filmie. Albo jeszcze lepiej - taki, jakiego sobie wymarzyłaś.
A kobieta? Musi być codziennie piękna. W makijażu jak wamp albo nimfa. To nic, że standardowo makijaż rzadko wytrzymuje 8 godzin. Pięknie i seksownie ubrana. I powinna dobrze gotować, nie martwić się i nie pytać o nic. Dom powinien być wysprzątany jak w reklamie cifu, a okres u kobiety powinien wyglądać jak z reklamy always.
Życie to nie bańka mydlana. Nie wymagajmy od innych idealności, gdy sami nie jesteśmy idealni.
Życie jest za krótkie, żeby ciągle się martwić, narzekać i oczekiwać, że będzie jak we śnie.
Lubię Cię takiego jakim jesteś. I cieszmy się więc z tego co mamy! Bo mamy sporo.
Chrum, chrum, chrum.
poniedziałek, 16 listopada 2015
Wyszłam za mąż. Zaraz wracam.
Tak więc minął tydzień od kiedy z Ani K. zmieniłam się nagle w Anię B., tydzień od kiedy w najbardziej mgliste sobotnie listopadowe popołudnie z całą świadomością i z uśmiechem na twarzy złożyłam najważniejszą w moim życiu przysięgę. Tydzień od kiedy nauczyłam się, że czasami nerwy warto trzymać na wodzy i trzeba próbować powstrzymywać swój nieposkromiony temperament. Na urodziny zrobiłam sobie najpiękniejszy prezent na świecie i obudziłam się koło mojego męża. Jeszcze czuję się dziwnie i nie potrafię sprecyzować tego uczucia. Wszystko to wydaje mi się snem. Snem z uśmiechniętą twarzą Marcina.
***
Mówią, że dzień ślubu to najważniejszy i najpiękniejszy dzień w życiu. A ja Wam mówię, że to wierutna bzdura. O wiele ważniejszy i piękniejszy powinien być każdy następny dzień po ślubie. Bo to dopiero początek.
***
Teraz mam czas. I jako świeżo upieczona kurka domowa zamierzam teraz zaspokajać Was systematycznie nowymi wpisami. Nie wiem jak Wy, ale ja się cieszę. Cholernie!
poniedziałek, 21 września 2015
Ty buraku!
Początek jesieni chciałoby się powiedzieć całkowicie w pełni - liście się żółcą i złocą, temperatura nadal na plusie, a niebo przy zachodach mieni się w pastelach - wszystkich więc łapie jesienna depresja i monotonia. Tradycji polskiej musi stać się zadość i, mimo że w tym roku słońca jest dość, to jednak wszyscy pogrążają się w melancholii i smutku i rozmyślają nad sensem życia pod ciepłym kocem oglądając "Dlaczego ja?" albo "Taniec z gwiazdami". Jeśli chodzi o mnie, to muszę zwyczajowo wszystkich rozczarować, ale ani melancholia ani depresja raczej mnie nie dosięgają - dosięgła mnie za to najbardziej prozaiczna i tradycyjna grypa. Grypa, jak to grypa, ma to do siebie, że przyszła oczywiście w najmniej odpowiednim momencie, niosąc ze sobą w dodatku skutki uboczne, jakimi są rozdrażnienie, obniżona tolerancja na głupotę ludzką i zjadliwość. W połączeniu z dość dużą intensywnością mojego życia, ostatnio wywiązała się z tego wszystkiego bardzo ciekawa mieszanka, która doprowadziła mnie do takiego stanu, że chcąc nie chcąc przestałam się ostatnio ze wszystkim patyczkować i walę prawdę prosto z mostu nie bardzo przejmując się już co inni na ten temat pomyślą. Przepraszam, ale te ceny to przesada - chodźmy gdzieś indziej. Wybacz, ale mam dziś dużo do zrobienia i nie znajdę czasu dla Ciebie - przełóżmy to na jutro, mam inne zdanie na ten temat. Wbrew pozorom te krótkie odpowiedzi należą czasami do najbardziej problemowych. Trzeba jednak podjąć decyzję, albo pozostajemy wierni sobie i się przeciwstawiamy - albo idziemy za tłumem podkulając ogon licząc się z własnymi stratami. Przeciwstawianie się - przedstawianie własnego zdania nie jest złe - pod warunkiem, że robi się to kulturalnie, a z natury nie jest się chamem i prostakiem.
Wiecie, spotkała mnie dziś bardzo słaba sytuacja. Tak słaba, że skłoniła mnie do niniejszych refleksji. I tak sobie myślę, że kurcze jest przecież XXI wiek - wiek coca-coli, inżynierii genetycznej, wielkiego rozwoju techniki i nauki. Żyjemy w świecie otwartych granic, korzystamy z internetu, ludzie są coraz bardziej wykształceni, uczelnie produkują masowo magistrów, dzieci w przedszkolu uczą się już kilku języków, wyjeżdżamy na wakacje coraz więcej i w coraz bardziej egzotyczne kraje i ogólnie wszystko to idzie do przodu. Wszystko oprócz człowieka. Bo niektórzy niestety zaparli się rękami, nogami i nie wiadomo czym jeszcze i postanowili pozostać burakami.
Odbieram dziś w pracy telefon. Dzwoni prezes jednej z wielkich i potężnych firm z pewnej branży przemysłowej w Polsce. I już od samego początku drze się do słuchawki, że prosił o ofertę odnośnie możliwości zatrudnienia Ukraińców i dostał, ale z takimi głupimi warunkami. Bo co to znaczy, że on ma zapewnić zagranicznym pracownikom godziwe warunki zamieszkania - że gdzie oni mają niby mieszkać - w pałacu kultury? Przekazuje telefon E naszemu konsultantowi z Działu do Współpracy z Zagranicą, który tak się składa, że jest z pochodzenia Ukraińcem - bardzo miłym, wychowanym, lekko nieśmiałym, ale pracowitym i sumiennym. Facet tak głośno krzyczy do słuchawki, że chcąc nie chcąc słyszę wszystko. E cierpliwie tłumaczy:
- Poprzez godziwe warunki zakwaterowania rozumiemy tylko tyle, że w mieszkaniu na przykład dwupokojowym, nie będzie mieszkać więcej niż 6 osób.
- O! I co jeszcze! Co to za zachcianki! Jeszcze czego! Ten naród powinien być wdzięczny, że cokolwiek się mu proponuje. Zatrudniam setkę Ukraińców i znam ten naród! Parszywe lenie (tu: długi obraźliwy monolog).
Wyskakują mi rumieńce i nie są to rumieńce od gorączki. Pokazuję na migi, że E wcale nie musi tego słuchać, że może odłożyć słuchawkę. E jednak pyta:
- Skoro Pan takie ma zdanie o tych ludziach, to dlaczego ich Pan zatrudnia?
- Bo nie mogę znaleźć Polaków na ich miejsce. Większość wyjechała. Nikt nie ma takich kwalifikacji. Słyszę po akcencie, że Pan też jest Ukraińcem!
- Być może.
- Wy honoru nie macie, uciekacie przed Putinem...
- Nie chcę z Panem rozmawiać.
- Słucham? Co to znaczy nie chcę?!
- Nie będę z Panem dłużej rozmawiał.
- Proszę mnie połączyć z szefem!
- Szefa nie ma (prawda!). Do widzenia.
W całym oddziale zapanowała straszna cisza. Było mi wstyd. Trzęsłam się ze złości. I nie mogę zrozumieć, nie mogę pojąć... Najbardziej przeraziło mnie to, że powiedział to prezes dużej firmy... Ktoś, kto kieruje ludźmi.
Ostatnio w żartach powiedziałam, że moje ukraińskie źródełko miłości do E zaczyna się wyczerpywać , bo zostawia on wszędzie papiery i wkłada odwrotnie papier do drukarki. Powiedziałam to w żartach - a teraz zrozumiałam jak durnie to sformułowałam. Bo nie mam nic do E, że jest Ukraińcem, tylko do E jako do człowieka, że bałagani. I nie chciałam powiedzieć przez to nic złego. Teraz dotarło do mnie, że i ja jestem burakiem. Trochę mniejszym bo nieświadomym, ale jednak burakiem.
I z tego oto mojego buraczanego miejsca, buraczanego pola apeluję - nie bądźmy burakami. Nie Kurd, nie Ukrainiec, nie Rosjanin, nie Francuz, nie Bułgar, nie Anglik - ale, na Boga, po prostu CZŁOWIEK.
Jak już mówiłam, możesz mieć swoje zdanie - ale nie krzywdź. Co innego powiedzieć, że tu dla Ciebie jest za drogo - a co innego oceniać inny naród, innego człowieka, generalizować. Jeżeli już musisz być burakiem, to chociaż zamknij ten swój głupi dziób!
środa, 16 września 2015
Gwiazdko nie uciekaj!
Ani się obejrzałam jak nadszedł wrzesień. A nadszedł tak
niepostrzeżenie, zaskoczył mnie w połowie mojego maratonu, tak że nawet nie
zdążyłam zauważyć, że już jest, że wieczory coraz szybciej, a wychodząc
powinnam brać ze sobą kurtkę. Jest coraz bardziej intensywnie, tak bardzo intensywnie, że nie mam czasu na
uświadomienie sobie, że właśnie nadchodzi już ten czas jesiennych depresji i
przeziębień wśród połowy kraju, politycy wykłócają się kto jest wspanialszy i
da więcej, a ja nie mam czasu na poczytanie książki, posprzątanie pokoju, a co najgorsze nie mam
czasu na pisanie – a przynajmniej tyle co poprzednio i nie daje mi to spokoju. Ukojenie
daje mi tylko myśl, że ten cały
zapierdziel jest tylko przejściowy. Moje combo trochę się powiększyło za sprawą
mojego dyrektora, który dwa tygodnie temu wprowadził mały chaos w moim życiu
jednym jedynym zdaniem: „zabieram Cię stąd”. Ale jak to – teraz? Właśnie teraz?
Jestem więc w nowym oddziale, na zupełnie nowym stanowisku,
robiąc zupełnie inne rzeczy niż do tej pory.
I wszystko to w najbardziej zakręconym momencie w moim życiu. Wbrew moim
obawom dosyć szybko się zaaklimatyzowałam, wydaje mi się naiwnie, że nawet
zaczynam ogarniać co mam robić, a już z całą pewnością to wszystko jak na razie
bardzo mi się podoba. Szkopuł w tym, że gdyby
nie spadła mi gwiazdka z nieba raczej nieprędko sama bym po nią sięgnęła.
GWIAZDKO, ODEJDŹ. TO NIE JEST DOBRY MOMENT. I NIGDY NIE BĘDZIE.
Wbrew temu, że każdy z nas jest inny nasze życie jest bardzo
schematyczne. Źródła takiego schematyzmu
są dwa: po pierwsze narzucamy go sobie
sami, po drugie narzuca nam go społeczeństwo. Każdy z nas ustawia sobie pewną kolejkę
działania. Nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem. Jest tyle rzeczy, które odwlekamy czekając na
lepszy moment albo ustawiając go na swoim miejscu w ogonku. I planujemy. A gdy
nagle coś wyskoczy albo zmieni swoją pozycję staje się tragedia.
Mama powtarza: dziecko musisz zrobić studia, skończyć
uczelnię żeby móc pracować. Tak było kiedyś i taki jest schemat. Co z tego, że
teraz w zasadzie Ty już masz pracę, a studia niczego nie gwarantują. Nie liczy
się już cel i efekt, ale liczy się kolejność. I dlatego tak ciężko jest zrobić
coś inaczej.
Na nowości nigdy nie jesteśmy przygotowani. I to jest
problem. Bo ubzduraliśmy sobie, że w życiu trzeba być przygotowani na wszystko.
Kiedy nie jesteśmy maksymalnie gotowi rodzi się w nas strach. Chociażby to co
do nas przychodziło było tylko dobre. Boimy się i odrzucamy naszą gwiazdkę z
nieba.
Złapałam moją gwiazdkę, chociaż zupełnie o niej nie myślałam
i zupełnie mi w tym czasie nie pasowała. Plany się posypały, chaos jeszcze
bardziej "rozchaosił", ale jestem zadowolona. Lubię to co robię. Nie żałuję,
chociaż myślałam, że z tym całym rozgardiaszem, całą tą zmianą zupełnie się zachłysnę. Myślałam o tym
żeby zacząć coś nowego, ale jak już wszystko się poukłada, jak ucichnie. Ale
potem dotarło do mnie, że życie wcale nie jest poukładanym zaplanowanym
schematem, że jest raczej mieszaniną zdarzeń, nowych przygód, wyzwań i to
właśnie sprawia, że mimo że czasem jest trudno, to jest też ciekawie. Że dobry czas na coś może nigdy nie nadejść.
Te banały i dywagacje
to tak propos usprawiedliwienia. I na rozgrzewkę. Teraz już będę pisać, choć może troszkę mniej.
Pierwszy punkt moich życiowych zmian wszedł w życie. Zbliża się też ten
kolejny. A potem wszystko już wróci do „normy”.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Pieprzona oaza spokoju.
Lato podobno zmierza ku końcowi. Patrząc na pogodę nie bardzo chce się w to wierzyć. Słońce świeci, ptaszek kwili... i koniec wakacji. Dzieci do szkoły, studenci niedługo na uczelnie, a inni do pracy. A im bliżej końca, to chciałoby się rzec: tym wszystko coraz bardziej wraca do normy. Bardzo nerwowej normy. Ogromnie stresującej. Wypoczęci, jesteśmy o wiele bardziej podatni na pęd. Owczy pęd. Beee, bee, be. I nawet nie widzimy, jak bardzo wkurzamy się o drobnostki i jak bardzo wkurzamy tym innych.
Każdy z nas zna na pewno takiego jednego, który ogólnie to udaje oazę spokoju. Spokojnie, damy radę. Nie ma się czym stresować. Jestem opanowanym człowiekiem i niczym się nie denerwuję. Problem? Jaki problem? Nie ma żadnego problemu. Jestem oazą spokoju, jestem oazą spokoju, jestem pieprzoną oazą spokoju kurde jego mać. Poker face, a jak coś go gryzie to woli zdusić to w sobie. Podobno właśnie od takiego zduszania w sobie emocji mężczyźni krócej żyją. I może nawet wyglądałoby to wszystko całkiem racjonalnie i można by uwierzyć, że to opanowanie jest rzeczywiste, a nie zwykłą ułudą, gdyby nie pakiet niefortunnych zdarzeń. Błahostek. Na przykład spada patelnia, robi się hałas i jest to znakomity powód do puszczenia całej wiązanki przekleństw i postawienia wszystkiego do góry nogami, zrobienia z tego tragedii, jakby świat miał się zaraz skończyć. Za długo pali się czerwone światło. Ten sąsiad z góry za głośno śpiewa, gada, oddycha.
Niespotykanie niezadowolony człowiek.
Nie mam nic do ludzi, którzy denerwują się w sytuacjach poważnych. Potrafię zrozumieć różne reakcje. Właściwie to ich podziwiam. Myślę, że o wiele lepiej jest może i czasem zachować się w stresie nawet głupio, ale wyrzucić go z siebie, pokonać i przez resztę czasu starać się po prostu zadowolonym z życia człowiekiem, który zamiast wkurzania się na niedomknięte drzwi, rozlaną herbatę czy inną zupełnie nieważną pierdołę widzi raczej dobre rzeczy. Tak jest zdrowiej. Bo jak Ty chcesz w życiu być szczęśliwym, kiedy wszystko Cię drażni? Kiedy jesteś jak czynny wulkan, który może lada chwila wybuchnąć ?
Znacie takie osoby, prawda? Wiecie czym to może się skończyć. Super biznesmen, ze spokojem załatwi sprawę za milion złotych na szczeblu światowym ze stoickim uśmiechem. Poważny, często nie potrafi okazać uczuć. Za to w domu dzieci przed nim uciekają, a żona boi się odezwać, żeby nie ryknął. Taki mały Neron.
W zasadzie nie wiesz, jak to się stało. Zaczęło się właściwie od błahostek, ale potem następuje już taki moment, kiedy nie potrafisz się z niczego cieszyć. Dziecko w Tobie umarło, umarł człowiek, który potrafi czuć, być zakochanym, szalonym, spontanicznym, zachwycać się. Zamiast tego w środku siedzi potwór, który zżera Cię od środka. Nawet jak widzisz problem, to już nie potrafisz go pokonać. Agresja wychodzi z Ciebie samoczynnie, chociaż tego nie chcesz. Na pytanie zatroskanej żony - odburkujesz. Wszystko Cię wkurza. Nic poważnego - głupoty, pierdoły wręcz. W dodatku towarzyszy temu niczym niezmącona rutyna - co dzień to samo, ten sam schemat dnia. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic i spać. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic, spać. Praca, obiad, wiadomości... stań i popatrz na to z boku. Zaciukać się można, co nie?
Kto z kim przystaje, taki się staje.
Jedną sprawą to jest być takim człowiekiem, a drugą jak działasz tym na innych. Reakcje mogą być różne, jedno jednak jest pewne - żadna z nich nie jest pozytywna. Bo tak czy inaczej, zniechęcasz do siebie ludzi. Po pierwsze, boją się Ciebie. Boją się Twoich reakcji. Skoro wścieka się o pierdołę, to jak się zachowa jak naprawdę coś się stanie? Gdyby to było jeszcze tylko jeden raz: zgasł Ci silnik, śpieszysz się, nie zdążysz na czas - ok, pewno większość z nas rzekłaby coś w rodzaju motyla noga czy kurza twarz - to naturalne - ale jeżeli Ty co chwila wściekasz się dosłownie o nic, to chyba jednak jest coś nie halo.
Po drugie: na pewno też nieraz w życiu słyszałeś, że niestety ale, kto z kim przystaje, taki się staje. Chcesz czy nie, ale działasz na innych i to bardzo mocno. Sam pomyśl, czy potrafiłbyś być zadowolny i szczęśliwy przebywając non stop z osobą sfrustrowaną na cały świat i okolice? Choćby człowiek nie wiem, jak się starał, to długo ze swoją wesołością i radością życia nie pociągnie. I tak właśnie mnożą się zgredy.
Czy to naprawdę aż taki kataklizm?
Mleko się rozlało. Szklanka rozbiła. Pies za głośno szczeknął, a kot ofutrzył Ci ulubiony sweter. Plama na koszuli. Faktycznie, tragedia, ale czy aż taka żeby marnować sobie i innym humor? Nie jesteś na tym świecie sam. A może zamiast tego, machnij na to ręką. I zrób coś, co poprawi Ci humor. Zaszalej. Kup sobie lody. Obejrzyj coś śmiesznego. Albo porozmawiaj z kimś o tym, co Cię naprawdę boli. I pomyśl, że to całe wkurzanie się o małe rzeczy nic jeszcze nigdy dobrego Ci nie przyniosło. Spójrz też na swoich bliskich - zadają wkurzające pytania, co? Nawiązujące do tematu, który chcesz wyrzucić z głowy? Tematu, którym codziennie się stresujesz. Po cichu. Wkurzają Cię. O i to jak.
Powiem Ci coś. Oni nie robią tego specjalnie. Martwią się o Ciebie. A może zaryzykuj i z nimi pogadaj? Nie musisz do cholery zostawać z tym wszystkim sam.
Uwolnij emocje. Uśmiechnij się.
No dobra, skoro już doszedłeś w swojej uroczej łepetynce, że może faktycznie, nie wszystko ostatnio było ok, to pewno teraz myślisz, jak temu zaradzić. Bo przecież chcesz być szczęśliwy. Nie musieć się martwić o tysiące drobiazgów. Każdy chce.
Przyszedł więc czas podsumowań. Czekasz może na gotową odpowiedź, co zrobić żeby to zmienić. Trochę Cię rozczaruję, bo to nie jest poradnik. A ja nie znam rozwiązania. Nie będę strugać wielkiego znawcy tematu, psychologii, motywacji czy czegoś tam jeszcze. Nie jestem specjalistą. Jestem zwykłą Anią, która lubi sobie od czasu do czasu popisać o tym, co jej w głowie siedzi.
Nie wiem czy Ci pomogę. Ale mogę powiedzieć Ci, jak ja radzę sobie ze stresem. Jak ja radzę sobie ze swoimi emocjami i z samą sobą. Masz to u mnie w gratisie. A i trafiłeś na najlepszy czas, bo zaczął się dla mnie okres ogromnych zmian. Kto wie, czy nie największych w moim życiu, więc pisząc o stresie, raczej wiem o czym piszę. Co więc robię, kiedy to uczucie mnie dopada?
1. Gadam. *
Nienawidzę tej wady u siebie, ale tak już jest. Po pierwsze to mój odruch uspakajający - gadam, nie tylko o problemie, ale i o pierdołach. Mówię o tym, że zdarzyło się coś nie tak, mówię o tym co mnie boli, czego się boję, ale i o tym, że jak będziemy mieli kolejnego kota kiedyś, to chciałabym żeby nazywał się Szachrajek. Gadam. I wyrzucam z siebie wszystkie złe emocje, nie jestem z tym sama. I jest mi lepiej.
2. Pomocyyyy!!!! *
Nie musisz radzić sobie ze wszystkim sam. Nie bój się poprosić o pomoc. To nic złego. Nikomu tym nie zawrócisz głowy, nikomu się nie narzucisz. Razem zawsze bardziej uda się niż pojedynczo. I ja zawsze, zawsze sobie powtarzam: nie ma takiej sytuacji, z której nie ma żadnego wyjścia. Mam na przykład swojego Marcina albo swoją prywatną Olgę, którym zawszę mogę powiedzieć, co nie gra - wtedy siadamy i debatujemy - i mamy świadomość, że razem, z pomocą innych zawsze jakoś spadniemy na cztery łapy.
3. Rozgryzanie problemu. *
Powiedziałabym, że problem jest jak orzech, ale w sumie trochę bujda. Wtedy wystarczyłoby po prostu walnąć młotkiem (nie wiem, jak u Was, ale ja tak właśnie rozłupuję orzechy) i po sprawie. Niestety tak nie jest, więc rozgryzam to trochę inaczej - próbuję przewidzieć konsekwencje najgorszego scenariusza wydarzeń. Prosty przykład: egzamin. Wystarczy przeprowadzić z sobą odpowiedni monolog.
- A co będzie jak nie zdam?
- No to nie zdasz. Podejdziesz do poprawki.
- A jeżeli nie zdam poprawki? Uwalę rok.
- Najwyżej. Nie Ty pierwsza i nie Ty ostatnia. Świat się przez to nie zawali. Znajdziesz wtedy pracę, popracujesz a potem wrócisz na studia. To też jest dobre wyjście.
4. Zrób coś fajnego, coś dla siebie. *
Jakiś czas temu doszłam do jednego ważnego faktu. Życie nie polega tylko na zmartwieniach. Na wiecznym cierpieniu, wiecznym zabieganiu tylko o to, żeby kiedyś było dobrze. Życie toczy się też tu i teraz, więc wyciągnij z niego co najlepsze, zrób coś, co sprawi, że poczujesz się dobrze. Teraz. Jutra, o które tak walczysz może wcale nie być. Zrób coś co Cię uszczęśliwi, coś dla siebie. Nie odmawiaj sobie małej przyjemności. I uśmiechaj się. Nawet jeżeli zapomniałeś już jak to się robi i z początku będzie to trochę sztuczne i wymuszone. Świat jest cały czas taki sam. Zmienia się tylko nasze postrzeganie. A jak będziesz postrzegał wszystko bardziej pozytywnie, to i pozytywniej zrobi się w Twoim życiu.
5. Nie myśl za dużo. *
Nie wcale. Po prostu za dużo. Zacznij działać. I nie będziesz miał czasu się bać, stresować, gromadzić w sobie negatywnych emocji i warczeć na kogo popadnie.
Nie ważne jaki sposób znajdziesz, ważne żeby był skuteczny. Nie odbarwiajmy sobie życia, nie komplikujmy go sobie i innym. Może przyszedł wreszcie czas, żeby przekonać się, że ono wcale nie jest takie złe, jak nam się wydaje? Może ta jesień nie będzie płynęła pod znakiem corocznej jesiennej depresji? Może pora coś zmienić?
* Jeżeli czytają to jacyś mężczyźni: Achtung, achtung! Żaden ze sposobów nie sprawdza się u kobiet podczas okresu. Na zły humor kobiety, rzucanie talerzami i spazmatyczne płacze niestety nie ma skutecznego lekarstwa.
A wy? Macie jakieś skuteczne sposoby na stres, warczenie i buczenie?
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Wierzę w Ciebie.
Wiecie, zawsze myślałam, że najtrudniejszym co spotyka w życiu człowieka, największym demonem nas samych, największyą siłą, kierującą naszym życiem jest nasz strach. Strach, który towarzyszy nam od najmłodszych lat i nie opuszcza nas tak naprawdę nigdy. Nie wierzę, że istnieją ludzie, którzy niczego się nie boją. Nie wierzę, że jest na świecie człowiek, który chociaż raz nie trwał w tym stanie. Strach to bowiem też element człowieczeństwa - bardzo zresztą ważny i chyba nieunikniony, a nawet potrzebny.
Zawsze wyobrażałam sobie, że nie ma nic gorszego niż ta bariera, która blokuje nas przed działaniem, paraliżuje, psuje humor, niesie zwątpienie we własne umiejętności. Zawsze myślałam, że nie ma nic gorszego niż trwać we własnym strachu - pozwolić, żeby stał się tak wielki, że to właśnie on zawładnie naszym życiem. Zawsze też myślałam, że największym wyzwaniem jest walczyć z tym wszystkim, stanąć twarzą w twarz ze swoim lękiem i stawiać mu opór. Pokonywać go. Zawsze myślałam, że to właśnie jest prawdziwe życie.
Ale myliłam się. Myliłam się okrutnie, bo teraz już wiem, że są o wiele gorsze rzeczy niż własny strach, że są rzeczy, z którymi o wiele ciężej się zmierzyć. Bo okazało się, że o wiele gorszym jest patrzeć na strach drugiej osoby, osoby którą kochamy, która jest częścią - bardzo ważną częścią naszego życia i której nie potrafimy w żaden sposób pomóc. Najgorsza bywa bezsilność.
To czasami jest tak, jak wyciąganie ręki do niewidomej osoby. Machamy jej dłonią przed nosem, staramy się ją złapać, ale ona tego nie widzi. Coś, co dla nas jest zupełnie jasne, proste i oczywiste dla niej jest spowite mrokiem. Znamy swoich przyjaciół, znamy swoich bliskich. Przebywamy z Nimi codziennie i widzimy ich problemy nawet, kiedy starają się je przed nami ukryć.
Są takie chwile w życiu, kiedy każdy z nas traci czasami grunt pod nogami. Coś się nie udaje, coś poszło może nie tak, jak trzeba, albo coś jest dla nas zupełnie nowe i sieje w nas wątpliwości. I wtedy tracimy pewność siebie. Zaczynamy porównywać się do innych, ale tylko w jednym konkretnym punkcie. Zaczynamy wmawiać sobie, że jest z nami coś nie tak, że może jesteśmy trochę wybrakowani. Nie wiedzie nam się tak jak innym, nie mamy żadnych zasobów. Jesteśmy beznadziejni. On osiągnął to i to, zarabia więcej, jemu się już udało, a co ze mną? Jestem głupi, nie zasługuję na nic.
I wtedy zaczyna się to najgorsze. Bo patrzę na Ciebie i wiem, że to nieprawda. Mówię Ci to, ale jesteś głuchy. Macham przed Tobą wyciągniętą dłonią, ale nie chcesz mnie zobaczyć. Dopadł Cię strach, strach przed przyszłością, strach przed nowym. Chciałabym Ci powiedzieć, że strach niczego nie zmienia. Wiem, bo jestem znawcą w tej dziedzinie. Bo były czasy, kiedy bałam się wszystkiego - odezwać się głośniej przy innych, mieć inne zdanie, rozpocząć coś nowego - czasy, kiedy bałam się zwykłego poniedziałku. Chciałabym Ci powiedzieć, że nawet jak Ci się coś nie uda, to świat się nie zawali. Że ta droga, którą kroczysz nie jest jedyną możliwą. Że jest tysiące dróg, tysiące wyjść. Że trzeba codziennie ryzykować. Że ja w Ciebie wierzę. Jestem tutaj. Nie bój się. Nie bój się walczyć, uda Ci się. Bo jeżeli upadniesz, to ja Cię podniosę. Jesteś ważny. Dla wielu osób.
Na stronie fb bloga Hope - Rozwój i Terapia pojawił się dzisiaj taki cytat: Nie można zmusić ziarna do rozwoju i kiełkowania, można jedynie stworzyć warunki zezwalające na to, aby ziarno rozwinęło wszystkie tkwiące w nim możliwości.
Każdy strach ma jakąś granicę, jakiś punkt krytyczny. Strach znika, kiedy zaczynamy działać, działać tak intensywnie, że nie mamy czasu już o nim myśleć. Takimi punktami krytycznymi są też miłość i przyjaźń. Kiedy Twoje dziecko ma kłopoty, zapominasz o własnym strachu, jesteś w stanie go przełamać żeby mu pomóc.
Niektórych rzeczy nie zrobimy za innych. Ale możemy być ich wsparciem. Być obok. Przytrzymać, pomóc wstać po upadku. Takie wsparcie ma większą moc niż najlepsze teksty motywacyjne.
***
Jak już pisałam, przez najbliższe dwa miesiące może mnie tu być ciutkę mniej. Ale będę się starać, aby jednak za często tak się nie działo. Trochę się martwię, że jak zrobi się tu trochę ciszej przez jakiś czas, to o mnie zapomnicie.
Nie zapominajcie, dobrze? Bo bardzo Was lubię. I to co tu robię, na zamiast burzy też.
czwartek, 20 sierpnia 2015
Czasami warto odpuścić
Znacie to, prawda? Cel. Cel. Cel. Bo zewsząd trąbią, że cele trzeba realizować za wszelką cenę. Dopinać wszystkiego. Dążyć do gwiazd. Pędzić przez życie i zaliczać je jeden po drugim. Odhaczyć, odhaczyć, odhaczyć. Na stronach traktujących o motywacji i organizacji huczy od takich haseł, jak: Cele to wszystko, a reszta to otoczka.
Tak. Ja też jestem przekonana, że dążenie do zrealizowania swoich wytycznych, ciągły rozwój, wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery jest oczywiście bardzo ważne i dzięki naszej ciężkiej pracy, jak najbardziej do osiągnięcia. Tak. Zgadzam się, że osiągnięcie celu to coś dużego, a zarazem wartościowego, coś co z pewnością wyróżnia nas na tle świata przyrody, jest jakimś wyznacznikiem naszej pozycji, naszego jestestwa. Wszystko to oczywiście i niepodważalnie prawda, ale jednak nie przeszkadza mi to wcale a wcale jednocześnie uważać, że czasami rzeczą o wiele ważniejszą i trudniejszą od ślepego osiągania celu jest móc go sobie po prostu darować. Nie jest to łatwe, bo przecież cały czas wpaja nam się - nie rezygnuj, walcz, idź do przodu. Koniecznie. Jednym słowem: cel, cel, cel.
Ale czy tak jest dobrze? Tak. Nie. A właściwie to i tak i nie. Bo są w życiu naprawdę takie sytuacje, kiedy warto odpuścić.
Za dużo na raz.
Ten przypadek mogłabym opisać Wam z zamkniętymi oczami. Bo kiedyś nieraz już było tak, że trochę przesadzałam z ilością zadań. Dwa lata kulturoznawstwa w rok, a do tego filologia, a co mi tam. Praca licencjacka, praca magisterska i praktyki w tym samym czasie? Wystarczy tylko pstryknąć palcami. Za mało, więc może jeszcze do tego dołożę sobie kurs radiowy - przyda się, nie przyda - pójdę. Pstryk, pstryk, pstryk. To nic, że w czwartek o tej samej godzinie miałam być w trzech miejscach na raz. Jak się chce to wszystko można ogarnąć, prawda? 24 godziny to dużo, więc wyznaczę sobie może z 500 zadań. I to też nic, że biegałam potem z jęzorem do pasa, z paniką zalewałam wszystkich potokiem słów, a w głowie dzwonił mi alarm: nie zdążę, nie wyrobię się, jestem zmęczona. A gdy chociaż jedno miejsce z listy nie zostało zrealizowane - zaczynałam czuć się źle, a życie traciło wszelki sens. A jak życie traci sens, to przecież najbardziej sprawdzają się nowe zadania. Pstryk, pstryk, pstryk.
Opowiem Wam kiedyś, jakie combo przygotowałam sobie w tym roku. Ale jeszcze nie teraz. Teraz bowiem muszę po prostu kombinować, jak to wszystko porealizować. Jak już się dzieje, to niech się dzieje, nie będziemy się przecież rozdrabniać. Za to teraz opowiem Wam historię mojego wakacyjnego urlopu. Jak spędzać urlop, żeby nie wypocząć? Spokojnie, Ania wszystkiego Was nauczy.
Otóż zaczęło się od tego, że nadmiar obowiązków mnie zalewa. I od tego, że moja dobra wróżka o wdzięcznym imieniu Marcin, przekonała mnie, że jak sobie pozwolę na dwudniowy urlop, to przecież świat się nie zawali. Otworzyłam więc kalendarz i po długim przeliczaniu i główkowaniu, stwierdziłam, że tak - na dwa dni to chyba mogę sobie pozwolić, reszta jest przeznaczona na inne cele, ale dwa dni... Napisałam do szefa, szef bez problemu wyraził zgodę i oto miałam (krótki, bo krótki, ale zawsze) urlop tylko dla siebie i tyyyyyyle planów. Muszę załatwić to i to. I jechać jeszcze tam. Wysprzątam mieszkanie, bo przy takim nawale zadań wygląda ostatnio tak, jakby przeszło przez nie tornado. I zrobię jeszcze tamto. I tamto. I jeszcze to.
Nie będzie to dla Was pewno nic odkrywczego jak napiszę, że wróciłam do pracy zmęczona jeszcze bardziej niż byłam przed urlopem. Zdążyłam tylko umyć i wyczyścić lodówkę, bo prawie nie było mnie w mieszkaniu. Załatwiałam. Nogi mnie bolą od biegania do tu i do tam i skurcze łapią od zmęczenia. Jakbym miała z 80 lat. Z połową rzeczy oczywiście nie zdążyłam. Czuję się z tym paskudnie. A lista spraw stale się wydłuża. Klasyk.
I teraz Was ostrzegam: czasami naprawdę warto trochę odpuścić. Coś zrobić później. Nie brać na siebie aż tylu obowiązków na raz. Mieć chwilę dla siebie, choćby po to, żeby się uspokoić. Poprosić kogoś o pomoc.
Staram się zastopować. Bo owszem, jest dużo do roboty, ale powtarzam sobie, że nie można przecież dać się zwariować. Trzeba wyłuskać jakieś priorytety i na nich się skupić. I czasami po prostu na chwilkę się zatrzymać. Powoli. Spokojnie. I staram się nie dokładać już żadnego pstryk, pstryk, pstryk.
Po trupach do celu.
Znacie to prawda? Każdy zna takie osoby. Z ogromnym parciem na cel. Na osiągnięcie go za wszelką cenę. Bez względu na innych. Bez względu na okoliczności. Bez względu na konsekwencje. Prą przez życie jak taran, nie interesując się za bardzo, co zmietli po drodze. Owszem, w życiu trzeba być twardym, ale trzeba być też człowiekiem.
Wszędzie czytamy i słyszymy, że warto realizować własne marzenia - i ja jestem tego zdania, ale mało zwraca się uwagi na to, jak do tego celu dochodzić. I tak sobie myślę, że dobrze chyba by było w ogóle określić sobie jakąś swoją skalę ważności (każdy dla siebie) i odpowiedzieć sobie na parę pytań - czy ważniejsze jest dla mnie na przykład zarabiać miliony czy zarabiać trochę mniej, a mieć czas dla rodziny i własnych dzieci? Bo można postępować różnie. Na przykład: owszem, możesz uznać w pracy najnowszy projekt za tylko swój, wchodzić w tyłek szefowi i szybko awansować, ale czy nie stracisz przez to zaufania i przyjaźni innych osób? Jak bardzo oni się dla Ciebie liczą? Co jest dla Ciebie ważniejsze? Czy ten cel jest aż tyle wart? A może warto jednak odpuścić?
Gra nie warta świeczki.
Jak pewnie zauważyliście, ludzie są z natury istotami bardzo hardymi, dumnymi, a zarazem honorowymi. Wszystko niby fajnie, tylko że wynika przez to cała masa naprawdę bzdurnych kłopotów. Mianowicie: o zwykłą pierdołę potrafią kłócić się całymi latami. Psuć sobie i innym nerwy. I udowadniać co tylko się da: w ich mniemaniu własny upór, pozycję czy własne zdanie, a w opinii innych po prostu własną głupotę. Każdy z nas zna takie przypadki. Pokłóciły się o kolor ściany w kuchni i więcej się do siebie nie odzywały. Nie zaprosił cioci Frani na wesele, to ja też nie przyjdę i nie odezwę się do niego przez następnych 30 lat. Pokłócili się i rozstali, on się wkurzył, wyszedł trzasnął drzwiami, nie pamięta właściwie o co poszło, ale uniósł się dumą i już nigdy tam nie wrócił, nawet jak chciał. Może i plamy na honorze nie ma, ale coś tu chyba miało być nie tak jak jest. A nawet, gdy już ktoś ochłonie i podchodzi z wyciągniętą ręką, to jest już za późno. Teraz my mamy prawo się obrazić. I nie wybaczymy. Nie odpuścimy. Nawet jak ta gra nie jest warta świeczki.
Miej wyjebane a będzie Ci dane.
To z dawien dawna staropolskie przysłowie na zawsze już chyba weszło do kanonu. I jak to ze staropolskimi powiedzonkami bywa, jakąś tam cząstkę prawdy w sobie niesie. Nieraz pewno tego doświadczyliście - a w dupie to już mam, nie uczę się, najwyżej będzie poprawka. I co? No może nie piątka, ale czwórka czasem się trafiała, prawda? Nie, nie myślcie, że zachęcam, żeby teraz na wszystko mieć po prostu lotto, to chyba mimo wszystko nie tak działa. Ale może czasami warto spuścić trochę cugli? Nie przejmować się wszystkim aż tak bardzo?
O co mi chodzi? To może jeszcze jedna stereotypowa historia:
Chłopakowi podoba się dziewczyna. Stara się. Lata za nią, serenady pod domem, kwiaty, bezglutenowe, niskokaloryczne czekoladki i inne tego typu bajery. A ona nic. No zupełnie nic. Czasami trwa to bardzo długo, ale dajmy na to, że w tym wypadku jednak tak nie jest. Chłopak, odpuszcza, kończy temat, daje sobie spokój. I nagle sms od niej, czułe słówko, jakiś znak. O co kaman? Czy dziewczyny naprawdę wolą drani, które je olewają i mają je w dupie, jak głosi fama? A może po prostu za bardzo się starałeś? Nadskakiwałeś? Za bardzo drążyłeś, bo tak bardzo chciałeś osiągnąć cel? Może ją przestraszyłeś, nie byłeś do końca sobą, może ona bała się, że po otwarciu lodówki ujrzy tam Ciebie z pierścionkiem zaręczynowym? Może tak bardzo chciałeś, że się zestresowałeś i wszystko nie wyszło tak jak trzeba, a jak już znormalniałeś, wróciłeś do siebie, to do niej dotarło, że ogólnie, kiedy już nie zachowujesz się jak ostatni osioł, to całkiem w porządku z Ciebie koleś? Miej wyjebane, a będzie Ci dane. A może inaczej: nic na siłę.
Pyrrusowe zwycięstwo.
Według starożytnych historyków, podczas przyjmowania gratulacji od innych oficerów Pyrrus miał powiedzieć: Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będę zgubiony. Cel jednak został osiągnięty. Norma zrobiona. Tylko ludzi kilka tysięcy mniej.
Jestem w trakcie reorganizowania swojego planu zajęć. Stwierdziłam, że czasami warto odpuścić. Chociaż nie jest to łatwe. Szczególnie dla ludzi, którzy są niespokojni, w gorącej wodzie kąpani, i którzy chcieliby mieć wszystko na już, zaraz ewentualnie na za chwilę. Czyli dla takich, jak ja. Jest to trudne, ale bardzo ważne - bo trzeba mieć cały czas w głowie, jaką cenę możemy dać za osiągnięcie własnego celu. Bo może wcale nie jest on aż taki ważny? Może można go przełożyć, pójść jakąś inną drogą, albo po prostu go odpuścić i świat się nie zawali? Bo czy warto zawsze mieć wszystko i osiągać to co się chce? Kosztem zdrowia, szczęścia i innych ludzi? Warto?
poniedziałek, 20 lipca 2015
Dobry film nie jest zły. Przegląd wkurzonego konesera.
Nawet w wakacje zdarza się, że są takie dni, kiedy za oknem hula wichura, deszcz leje się z nieba aż szaro i w dodatku jest niedziela, właściwie to końcówka niedzieli, a Tobie do głowy przychodzi nagle błyskotliwa, aczkolwiek smutna myśl, że jutro już jest poniedziałek i kończy się weekendowe rumakowanie. Tak też stało się i wczoraj. Żeby zlikwidować pierwsze oznaki nadchodzącej rozpaczy postanowiliśmy z Marcinem, (a i kot się przyłączył) obejrzeć sobie jakiś film. I tu zaczął się dylemat. Bo to, że jakiś - to przecież nie znaczy, że byle jaki.
Sztuka albo biznes.
Często spotykam się z opiniami, że kino to nie sztuka. Film to rozrywka, w dodatku straszny zjadacz czasu. Wymyślone historyjki, nie wnoszące nic do naszego życia. Półtorej albo dwie godziny nudy lub zupełnego ogłupienia.
Możecie uwierzyć albo nie, ale w pierwszym odruchu przysłowiowy nóż mi się w kieszeni otwiera i opętują mnie uczucia, które muszą być podobne do uczuć lwicy broniącej swoich lwiątek. Jestem wtedy wkurzonym koneserem. Po odliczeniu do 10-ciu od przodu i do 10 od tyłu jeżeli nie pomaga, liczę do 100. A potem wyciągam ułamki. Mnożę. Dzielę. I zagryzam zęby. A potem myślę sobie jednak, że w sumie to Ci ludzie mają przecież rację. Po części.
Jakiś czas temu na stronie radiowej trójki przeczytałam takie oto zdanie, że dla Europejczyków kino jest sztuką, w Ameryce to biznes. Jest to oczywiście zbyt wielka generalizacja, bo i w kinie amerykańskim nie brak filmów dobrych a nawet bardzo dobrych, ale myślę, że podział jest jak najbardziej odpowiedni - i nie oszukujmy się, większość filmów, z którymi spotykamy się na co dzień w wielkich kinach realizowanych jest po to tylko, żeby wbić się w gusta jak największej masy ludzi, żeby przynieść zysk. Filmy robione z wielkim rozmachem, ze znanymi aktorami i z coraz bardziej wymyślnymi efektami. A my idziemy na to jak pokorne owieczki. Odgrzewanie starych kotletów jak remake Koszmaru z Ulicy Wiązów. Im więcej krwi, akcji, wzruszeń opartych na tych samych schematach, tym lepiej. Co więcej, my czasami doskonale wiemy, jak film się potoczy albo nawet jak się skończy. Typowe horrory, gdzie z całej grupy osób przeżywa jedna, a potwór mimo wszystko do końca nie zostaje uśmiercony, bo a nuż uda się nakręcić jeszcze ze trzy kontynuacje. Romantyczne filmy, gdzie są wzloty i upadki, ale miłość i tak wygrywa i wszystko kończy się ślubem. Kryminały, gdzie zawsze mordercą jest lokaj.
Nie każdy horror jest jednak bez sensu i nie każdy romans głupi. Wiecie, jest też kino inne - gdzie kino jest sztuką, a reżyser prawdziwym artystą. Kino, o którym słyszy się raczej rzadko, filmy, które migną nam może w jakimś kinie studyjnym, o których istnieniu nawet czasami nie wiemy, bo najzwyczajniej w świecie nie słyszy się o nich.
Dobre kino to nie tylko nowości, chociaż to w większości właśnie je oglądamy. Klasyki, mimo tego, że przecież uniwersalne, będące istotnymi cegiełkami w historii kina, odchodzą w zapomnienie. Mówimy: filmy są słabe, to tylko pusta rozrywka. To nie to samo co teatr, nie to samo co książka. Oczywiście, że nie - bo to całkiem odrębna sztuka i tu w ogóle nie powinno być żadnego porównania. Film też powinniśmy potraktować poważnie.
Czy trzeba wybierać?
Zdradzę wam pewną tajemnicę. Jesteśmy zmienni. Rozwijamy się bardziej niż najdłuższy reklamowany papier toaletowy. Nawet jak tego nie zauważamy. Mam na to dowody - to proste. Obejrzyj sobie bajkę z dzieciństwa, która wydawała Ci się mistrzostwem świata i wydawała się trwać w nieskończoność. Tak, jesteśmy sentymentalni i oczywiście dalej nam się podoba, ale to już mimo wszystko nie nasz poziom. Teraz wolimy coś innego.
Tak samo jest ze sztuką. Ze sztuką można wspiąć się naprawdę wysoko. Coś co oglądałeś miesiąc temu nie wydaje Ci się już wcale takie wspaniałe, kiedy obejrzysz coś lepszego. Nagle zaczynasz wychwytywać schematy, zwracasz uwagę nie tylko na ładną buzię Leonarda, ale na zupełnie inne szczegóły - pod jakim kątem musiała być ustawiona kamera żeby uchwycić taką scenę, jak zmontowany został film, jak muzyka wpływa na nastrój.
Jest jednak jedno ale...
Jest poniedziałek. Wracamy o nieludzkiej porze z pracy zmęczeni jak koń po westernie dźwigając ze sobą toboły zakupów, na obiad, a właściwie już kolację, którą trzeba jeszcze zrobić. Klienci latali jak opętani, okazuje się, że szef nie jest aż do takiego stopnia pokrewną duszą, żeby dać Ci podwyżkę, a na dodatek jutro kończy się termin projektu. Na stole leży stos niezapłaconych jeszcze rachunków i na to wszystko chwyta Cię przeziębienie. I wtedy może to nie być jednak najlepszy czas na La Stradę Felliniego, Wesele Smarzowskiego czy nawet Obywatela Kane'a.
Jest czas na obiad i jest czas na deser. Nikt nie każe nam przecież wybierać tylko jednego. Doskonale rozumiem potrzebę odmóżdżenia się, bo są takie momenty, że nie czas i miejsce na sztukę. Są takie momenty, kiedy zamiast Kieślowskiego może lepiej obejrzeć Z archiwum X.
Nie chodzi tutaj o to... Chodzi raczej o to, żebyśmy znaleźli też czas na coś nowego. Innego. Ambitniejszego. Nie rezygnować od razu. Chociaż spróbować. Dać sobie szansę. Wytężmy trochę szare komórki. To nie boli. Owszem może się okazać, że film do którego się tak długo przymierzaliśmy może okazać się szajsem, ale może też okazać się, że znaleźliśmy prawdziwą perłę. I może się zdarzyć, że ten film który obejrzysz będzie miał to coś. Może się okazać, że po jakimś czasie zapomnisz jego tytuł, zapomnisz o czym był - ale tego czegoś nie zapomnisz.
W tej telewizji nic nie ma!
Guzik prawda. Czasami zdarza się znaleźć coś dobrego, tylko trzeba być sprytnym. Monitoruję program już na kilka dni przed. Sprawdzam filmy. Uwielbiam programy AleKino+ i TVP Kultura - można tam znaleźć czasami prawdziwe perełki. Niestety dobre filmy lecą zwykle o kosmicznych porach, wtedy gdy przeciętny Kowalski już śpi, albo je pierwsze śniadanie w pracy - ale sprytni i z tym sobie poradzą, bo technika idzie do przodu i teraz już można wszystko samo zaprogramować tak, żeby się nagrało, kiedy nas nie ma.
Jeżeli lubicie kino, to wybierzcie się czasami do kina studyjnego, gdzie jeszcze nawet w tych czasach pachnie prawdziwym filmem bardziej niż popcornem i gdzie rzadko można natrafić na grono rozchichotanych obściskujących się małolatów, którzy wcale nie przyszli tak naprawdę nic oglądać. Kino studyjne jest też często o wiele tańsze. Do Toruniaków - zajrzyjcie do Kina CSW. Cykle "Kinodanie" czy też "W starym kinie" kosztują piątaka (słownie: pięć złotych), a filmy rewelacyjne.
Wspólne filmowanie ze znajomymi to też super sprawa. Jeżeli film jest ciekawy, to temat po nim do dyskusji na pewno się znajdzie. Kiedyś miałam nawet pomysł na zrobienie u nas czegoś takiego jak "filmowe czwartki" ale niestety ludzie jakoś nie mogli się zgrać i sprawa jakoś się rozeszła. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę.
Zostań koneserem.
A na koniec... Chciałam Wam przedstawić kilka moich propozycji. Może i to Was zainspiruje. Nie, nie przedstawiam tutaj wcale najlepszych filmów według mnie - chciałam zaprezentować Wam po prostu filmy, które są raczej mało nagłośnione, nie są schematyczne, czasami są trudne i ciężkie do przebrnięcia, a czasami można się w nich nieprzytomnie zakochać od pierwszego kadru. Nie będę tu też dawać jakichś recenzji - wrzucę Wam krótki opis i może dodam jedno, dwa zdania od siebie. Ja chciałabym natomiast dowiedzieć się czy te filmy znacie i co o nich myślicie? A może Wy moglibyście polecić mi coś nietuzinkowego, nowego, innego niż wszystkie inne lub po prostu wartościowego? Każdy film z pewnością obejrzę. Nawet jak nie będzie w moim guście - bo żeby coś krytykować trzeba to przecież dobrze poznać! Gdyby, ktoś skusił się na obejrzenie jakiegoś filmu z tej listy - bardzo proszę o komentarz albo jakieś info - jestem ciekawa reakcji, zarówno tych na plus jak i minus.
Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że kino, bez względu na to czy chce być bajką, czy ambicją jest przede wszystkim magią i według tego trzeba je oceniać . Niech więc ten czas przed ekranem będzie magią. Udanego seansu!
Przegląd wkurzonego konesera.
"Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków" reżyseria: Akeksey Fedrochenko, 2012.
![]() |
| Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl |
Reżyser ALEKSIEJ FEDORCZENKA w 26 nowelach stworzył niezwykły poemat na temat wymierającej kultury Maryjczyków. Bohaterką każdej części jest kobieta, której imię zaczyna się na literę "O" -symbol symetrii. Jak napisał w recenzji dla Filmweb.pl Michał Walkiewicz: Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale z perspektywy widza z innego kręgu kulturowego poważne oczywiście nie jest: kobiety spółkują tu z wiatrem, śpiewające ptactwo wije gniazda w waginach, leśny duch domaga się seksu z chłopem, a zombie w kreszowym dresie zostaje odprawiony przez pana dzielnicowego. Jest nawet taniec w kisielu, polowanie na strzygi z dwururką oraz iście montypythonowska zaduma nad kawałkiem pasztetu.
"Cezar musi umrzeć", reżyseria: Paolo Taviani, Vitto Taviani, 2012.
![]() |
| Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl |
Nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie "Cezar musi umrzeć" to ostatni jak dotąd film braci PAOLA i VITTORIA TAVIANICH, włoskich reżyserów, z których dziś każdy ma ponad 80 lat. W Rebibbii, rzymskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, jest wystawiany wielki dramat Williama Szekspira "Juliusz Cezar". W sztuce grają więźniowie - złodzieje, mordercy i członkowie mafii. Żeby znaleźć się na scenie, przechodzą casting prowadzony przez włoskiego reżysera teatralnego Fabio Cavallego, autora więziennego eksperymentu, którego celem jest resocjalizacja.
"Drzewo", reżyseria: Julie Bertuccelli, 2010.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Gdzieś w Australii Dawn, Peter oraz czwórka ich dzieci prowadzą szczęśliwe życie w cieniu olbrzymiego figowca. W momencie gdy Peter nagle umiera, każdy z członków rodziny próbuje odnaleźć własny sposób na odnalezienie się w nowej sytuacji. Ośmioletnia Simone wierzy, że dusza jej ojca żyje w wielkim drzewie.
"Córka studniarza", reżyseria: Daniel Auteuil, 2011.
![]() | ||||
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Lata 30. w Prowansji. Budowniczy studni i owdowiały ojciec pięciu córek, Pascal Amoretti (Daniel Auteuil), ciężko pracuje przy kolejnej budowie. Młodszymi córkami oraz domem opiekuje się najstarsza, której dzieciństwo upłynęło pod opieką bogatej, bezdzietnej damy w Paryżu. Gdy zmarła matka, Patricia (Astrid Berges-Frisbey), powróciła do rodzinnego domu na francuską prowincję, jednak ze względu na swoje wychowanie zarówno manierami, aspiracjami, jak i słownictwem odstaje od miejscowych. Ojciec chciałby wydać osiemnastolatkę za swojego pomocnika, sporo starszego od niej Félipe'a (Kad Merad). Na nieszczęście ojca Patricia poznaje młodego lotnika oraz syna okolicznego sklepikarza, Jaquesa Mazela (Nicolas Duvauchelle).
"Amador", reżyseria: Fernardo Leon de Aranoa, 2010.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Marcela jest młodą kobietą w finansowym dołku, która nie powiedziała jeszcze nikomu, że jest w ciąży. Kiedy więc znajduje nową pracę jest wniebowzięta. Marcela podejmuje się opieki nad Amadorem, starszym, przykutym do łóżka mężczyzną, którego rodzina wyjechała na wakacje. Amador szybko odkrywa sekret dziewczyny i być może dlatego rodzi się między nimi pewna, oparta na cyklu życia i śmierci, więź.
"Mary i Max", reżyseria: Adam Elliot, 2009.
![]() | |||
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Pieśń wróbli", reżyseria: Majid Majidi, 2008.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Karim (Mohammad Amir Naji), Irańczyk w średnim wieku, głowa rodziny, pracuje na strusiej fermie. Jego spokojne życie zakłóca ucieczka jednego z ptaków. Karim rozpaczliwie próbuje go znaleźć, ale spłoszony struś nie daje się nabrać na żadne podstępy. Mężczyzna wie, że jeśli nie złapie uciekiniera, jego dni na fermie są policzone. Tymczasem w pełnym dzieci domu również wydarza się wypadek: najstarsza córka Karima podczas zabawy z rodzeństwem psuje swój aparat słuchowy, bez którego nie może zdawać egzaminów do miejskiej szkoły. Karim jedzie więc do miasta, żeby spróbować naprawić aparat. Nieoczekiwanie znajduje tam pomysł na nowe źródło utrzymania.
"Sierpniowe wieloryby", reżyseria Lindsay Anderson, 1987.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Czas pijanych koni", reżyseria: Bahman Ghobadi, 2000.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Maska", reżyseria: Peter Bogdanovich, 1985.
![]() | |||
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Johnny poszedł na wojnę", reżyseria: Dalton Trumbo, 1971.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
W wyniku eksplozji młody żołnierz traci na wojnie kończyny oraz twarz, a wraz z tym większość zmysłów. Jego mózg jednak, wbrew opinii lekarzy, funkcjonuje sprawnie.
"Czysta formalność", reżyseria: Giuseppe Tornatore, 1994.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Giuseppe Tornatore, który zasłynął nostalgicznym "Cinema Paradiso" opowiada historię, w której kryminalna zagadka tak naprawdę nie ma znaczenia - ważniejsza jest atmosfera rodem z Kafki, postawienie ważnych, egzystencjalno-metafizycznych pytań i brawurowy aktorski duet: Gérard Depardieu kontra Roman Polański.
A w ogóle polecam każdy jeden film tego reżysera!
I mały bonus…. Wiem, że na topie są i seriale. Jest taki serial, o którym można powiedzieć tylko jedno zdanie: Czyż to nie genialne? Jest jednak haczyk, jeżeli ktoś jeszcze nie czytał książki, niech się za to nie zabiera!
"Mistrz i Małgorzata", 2005.
![]() | |||||
| Fatografia pochodzi ze strony filmweb.com |
Wszystkie opisy filmów pochodzą ze stron alekinoplus.pl i filmweb.pl
czwartek, 16 lipca 2015
Niewolnik z wyboru.
Wróciłam z kajaków. Nie jestem jeszcze pewna czy w jednym kawałku. 15 kilometrów spływem na średnim szlaku przy niskim stanie wody, z tysiącem przeszkód, rwącym nurtem i małym wodospadzikiem na końcu, to nie jest dobry pomysł dla zupełnego laika. Jednak integracja to integracja, więc jak szef zorganizował wyjazd, to nie ma się nad czym zastanawiać. Nie wiedziałam tylko, że mam tyle mięśni i że są one w taki sposób porozmieszczane w moim ciele. Była krew, był pot i były łzy. Płynęłam 6 godzin. W tamtej chwili nienawidziłam całego świata. Nienawiść przeszła mi jednak stosunkowo szybko, kiedy tylko dostałam od Pana instruktora batonika, który wynagradza mi teraz te chwile, kiedy z łóżka wyturluję się i wypełzam, ponieważ z powodu zakwasów nie mogę ruszać ani nogami ani rękami. Jestem z siebie dumna, że się przełamałam, że pokonałam siebie, że dopłynęłam do celu. Kiedy więc już wyćwiczyłam mięśnie do tego stopnia, że muszę wołać Marcina, żeby uniósł mi nadgarstek i nacisnął enter, bo sama nie jestem w stanie, doszłam do wniosku, że nadszedł też czas na wyćwiczenie tego małego orzeszka, grzechocącego w mojej głowie, zwanego pospolicie mózgiem. Marcin wprawdzie utrzymuje teorię, że tam nic nie ma, wyłączając niteczkę podtrzymującą uszy, ale sprawdzić się tego na razie nie da, więc mogę zaryzykować odmienne zdanie.
Sporo się ostatnio trąbi o wolności. Wolności mediów, wolności słowa, wolności przekonań, wyznania i wszelkich innych możliwych wolnościach. Otwieramy się na nowe perspektywy, jesteśmy coraz bardziej tolerancyjni, a czasy niewolnictwa mamy już dawno za sobą. Na szczęście. Gdy tylko ktoś w jakikolwiek sposób nagina naszą granicę, potrafimy walczyć jak lew. Jesteśmy ludźmi wolnymi, wyzwolonymi i możemy w zasadzie wszystko.
Niewolnik własnego umysłu.
Przed wyjazdem skończyłam wreszcie Czarne skrzydła Sue Monk Kidd. W głowie utkwił mi cytat, w którym jedna z bohaterek, zwraca się z takimi słowami do drugiej: Może i ciałem jestem niewolnicą, ale nie umysłem. Z tobą jest na odwrót. Słowa te obijały mi się w głowie, tłukły o czaszkę i zakopały się gdzieś głęboko. I tak sobie myślę, że niewolnictwo chyba jednak nie do końca przeminęło, ale zyskało po prostu nową, wyższą i bardziej skomplikowaną formę. Bardziej współczesną. Zostaliśmy niewolnikami samych siebie.
Nasz umysł jest w zasadzie nieograniczony. Zawsze jako przenośnia przychodzi mi na myśl po prostu kosmos. Zarówno możliwości kosmosu, jak i naszego własnego umysłu są dla nas niepojęte. Niezmierzalne. I zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, nie potrafimy wyobrazić sobie takiego obrazu, nie nadawać mu jakichś ram. To, że stawiamy sobie granice - nie umiem, nie mogę, nie dam rady, to nie dla mnie - to wszystko są właśnie granice jakie sami sobie wyznaczamy i jakimi się ograniczamy. To te wszystkie: powinnam, muszę, należy. To właśnie bicz na samego siebie. To wszystko siedzi tylko i wyłącznie w naszej głowie.
Jestem niewolnikiem rzeczy i przyzwyczajeń.
Bez telefonu już nie umiemy się obejść. Dostęp do internetu musimy mieć wszędzie. Bez kawy nie rozpoczniemy dnia. Nie panujemy już nad własnym czasem. Godzina bez papierosa staje się katorgą. Chcielibyśmy skończyć, ale nie możemy. To przyzwyczajenie. To nałóg. Ograniczenie. I o ile nasz nałóg związany jest raczej z pasją jak książki czy filmy i nie niszczymy przez niego samych siebie i ludzi w swoim otoczeniu, to nie jest jeszcze tragicznie.
To rzeczy i przyzwyczajenia nami rządzą. Nie, tego nie da się uniknąć. Choćbyśmy nie wiem, jak chcieli. Nawet zwierzęta mają swoje przyzwyczajenia, a cóż dopiero ludzie. Nie jest to złe, ale pod warunkiem, że jesteśmy tych ograniczeń świadomi. Kiedy mamy nad nimi "jaką taką" kontrolę. Kiedy dokonujemy wyboru. I kiedy nasze wybory świadomie nie niszczą nam życia.
To inni rządzą.
Czasami bezradnie stoimy w miejscu. Chcielibyśmy coś zrobić, ale z uwagi na innych nigdy tego nie zrobimy. Boimy się opinii ludzi, boimy się działać poza schematem, żeby nagle nie zostać zlinczowanym i odpowiednio ocenionym. Czasami też to my boimy się innych zranić, urazić. Ogranicza nas też zdanie bliskich, ich emocje. I to nas hamuje.
Niewolnik z wyboru.
Dobrze być niewolnikiem, chociaż świadomym. Wiedzieć co nas ogranicza. Zastanowić się przez chwilę, czy naprawdę jesteśmy aż tak wolni, jak sami myślimy. I czym jest dla nas wolność. Czy możemy robić wszystko? Mówić wszystko? Cały czas piszę o tym, żeby nie ograniczać siebie, nie bać się wyzwań... ale chyba powinnam coś dodać. Owszem idźmy swoją drogą, osiągajmy cele, spełniajmy marzenia, ale... określmy granicę. Granicę postępowania. Bo pędząc do celu możemy zapędzić się nie na tę ścieżkę co trzeba.
Kto mnie zna ten wie, że zmierzam sobie w tym całym wywodzie pewno gdzieś ku konkretnym przykładom.
O tak. Zmierzam.
Naszły mnie bowiem takie przemyślenia, kiedy poczytałam sobie komentarze na stronie zmarłej Maddinki. I tu z tego miejsca puszczam w eter pytanie: czy my naprawdę tak jesteśmy wolni, że wolno nam wszystko? Czy to na pewno wolność? Bo ja tak nie uważam. Bo raczej jest coś, co tych ludzi pcha do takich, a nie innych wypowiedzi. Ale czy to naprawdę wolność - czy może chęć popisu, zademonstrowania odmiennej postawy, pragnienie zaistnienia? Coś, co kogoś zniewala i popycha do napisania takich, a nie innych słów?
I wiecie, żadne argumenty takich ludzi nie przekonają, oni będą się jedynie cieszyć z rozpętanej burzy. Bo oto stało się to, czego oczekiwali. Są na językach. Lepsza zła sława niż żadna. I mogą. Są przecież wolni. Po trupach do celu. I jakże to dosłownie i smutnie brzmi.
Jeżeli tak ma wyglądać wolność, to ja w tym wypadku chyba wolę być niewolnikiem - niewolnikiem z wyboru. Chcę mieć pewne granice. I już. I tak sobie myślę, że niewola z wyboru to chyba też już jest wolność. I taką wolność wybieram. Wolność z pewnym kodeksem, z pewnymi ramami.
Idźmy dokąd sobie wymarzymy, ale odpowiednią drogą. Nie bądźmy niewolnikami umysłu, rzeczy, przyzwyczajeń czy też innych ludzi. Nie bądźmy takimi niewolnikami, walczmy z tym, buntujmy się, pokonujmy własne słabości, własne demony. Bądźmy może niewolnikami z wyboru, po prostu. I niech jedynym co nas ogranicza będą tylko nasze ludzkie zasady. Bądźmy ludźmi. I tego wam i sobie dzisiaj jak najbardziej życzę.
poniedziałek, 13 lipca 2015
Blogowanie czyli czytanie. Prywatna strefa pogody.
Jest to nad podziw, jakim to trzpiotem czasem potrafię być,
w dodatku w gorącej wodzie kąpanym.
Naiwni myśleli, że to przejściowe i kiedyś jednak z tego wyrosnę, ale
nie ma się co oszukiwać stara kreatura
już ze mnie, a pod tym względem nie
zmądrzałam ani trochę. Były wprawdzie
jakieś próby nieudolne, żeby się poprawić, lecz nie warto ich chyba
łączyć z wielką nadzieją rozwoju w tej dziedzinie. Skończyło się jak z próbą poskromienia mojego gadulstwa. Wytrwałam może z pięć minut. Nie oszukujmy się: kozy w lwa nie
przemienisz. Dlatego, gdy zapaliłam się
do blogowania, to zważywszy na mój dziki i niepohamowany entuzjazm,
porównywalny z entuzjazmem mojego kota na widok szynki, nie byłam pewna czy wiele dobrego z tego
wyniknie. A już na pewno nie
przewidywałam, aż tak wielkich zmian – bo nagle odkryłam, do jakiej krainy
szczęścia się dostałam. Fikam więc niczym pijany zając, z coraz większym
uśmiechem, każdego dnia staję się bogatsza i chcę więcej, więcej i więcej.
Blogowanie to też czytanie.
Internet to też fajne narzędzie, a nawet bardzo fajne, o ile korzysta się z niego z głową i nie postanowi się pewnego dnia zrobić sobie selfie na linie zawieszonej między dwoma największymi wieżowcami. Zakładając bloga skupiamy się głównie na tym, ile to wspaniałych rzeczy będziemy mogli dać całym tłumom swoich ukochanych czytelników, o ile tacy są. A ja dziś trochę nie o tym. Są o wiele mądrzejsi i bardziej doświadczeni ludzie, którzy z pewnością wiedzą i powiedzą Wam, jak pisać, żeby Wam było dobrze, a tłumy waliły drzwiami i oknami. Ja zaś z mojego poziomu podłogi, chciałam pozachwycać się nieco egoistycznie - jak brać dla siebie całymi garściami. Jak czytać żeby się uszczęśliwić.
Zostań moim fantastycznym człowiekiem.
Blogosfera to kraina marzeń, wielkie wiadro klocków lego. Możesz kształtować swój własny świat, a przede wszystkim poznawać naprawdę fantastycznych ludzi. O ile będziesz chciał. O ile będziesz traktował ich z szacunkiem, o ile dasz im coś z siebie i szczerze docenisz ich pracę.
Mówią, że tylko rodziny się nie wybiera - ale to nie do końca prawda, bo irytujących ludzi niekoniecznie przez nas pożądanych spotyka się co dzień. Zrzędy, lizusy, życiowe ciapy, ciekawskie jaja, upierdliwi pochłaniacze czasu, mądrale i niewydarzeni żartownisie czy chamscy prostacy, ci z czubkiem nosa, co zahacza o chmury i ci - "chodź, opowiem ci jaki jestem bogaty". Mogą to być Twoi znajomi z uczelni, z pracy czy osoby, które spotykasz na przystanku. I jeżeli myślisz, że nawet przelotne spotkania z nimi na Ciebie nie wpływają, to wydaje mi się, że chyba się mylisz. Marudna pani w kolejce przed Tobą psuje Ci humor już od samego rana. Słuchając kolegi ze studiów, jaki to on nie jest wspaniały czy bogaty, zaczynasz się zastanawiać, czy z Tobą na pewno jest wszystko w porządku, a panikowanie koleżanki przed egzaminem, na który uczyłeś się tylko kilka godzin, bo stwierdziłeś, że to bułka z masłem, nie nastraja Cię mega pozytywnie. I nagle zaczynasz postrzegać świat przez pryzmat takich właśnie ludzi.
Nie znaczy to oczywiście, że wokół Ciebie nie ma super osób oraz tego, że w blogosferze nie znajdziesz, żadnego z typów spod ciemnej gwiazdy. Jednak tutaj, w internecie masz jednak większy wpływ na to, kim się otaczasz.
Czytając blogi natknęłam się przede wszystkim na wspaniałych ludzi z pasją, którzy chcą się nią dzielić. Ludzi pomocnych, radosnych i inspirujących.
Wiecie, jak kiedyś wyglądał mój facebook ? Mnóstwo zatrważających wiadomości ze świata. Powtarzanych po pięć razy. Zdjęcia nowych sprzętów moich znajomych. Tysiące informacji, kto się ożenił, kto obronił się na 5, a kto właśnie je jabłko i jest nieszczęśliwy, bo okazało się kwaśne. Wpisy typu "to już", w których nikt nie wiedział o co chodzi. Głupie, krótkie, nic nie wnoszące artykuły. Hejterstwo.
Mój facebook teraz jest kolorowy. Zapełniony blogowymi wpisami interesujących mnie osób. Z Tajwanu. Z Anglii. Irlandii. O tym jak się odstresować. Jak można walczyć o szczęście. Jak nauczyć się szydełkować. Wpisów o Was. Pełnych humoru, wzruszających, skłaniających do działania.
Kopalnia wiedzy, hobby i pasji.
Wyobraź sobie pokój z mnóstwem z drzwi. Scena rodem z Alicji z Krainy Czarów, tylko, że tutaj nie musisz jeść żadnych magicznych ciasteczek czy też pić magicznych mikstur, żeby przejść przez którekolwiek. Zawsze chciałeś nauczyć się szyć ? Nie ma problemu. Hop i klik - o szyciu od podstaw. Chciałbyś zainwestować pieniądze na giełdzie, ale nie wiesz jak? Tu na pewno znajdziesz pomoc. Interesujesz się modą? Wystrojem wnętrz? Nie wiedz co zrobić na obiad? Chcesz znaleźć nowe hobby? Klik. Klik. Klik.
Dlaczego wolę takie blogi niż artykuły z gazet czy popularnych portali? Dlaczego warto zajrzeć nie tylko do fachowych książek, ale przede wszystkim tu? Bo Ci ludzie tym żyją. Bo w to co robią wkładają serce i naprawdę chętnie Ci pomogą. Bo się tym interesują od dawna i znają się na tym, co robią o wiele bardziej niż przeciętny dziennikarz, który musi napisać jeden artykuł na ten temat, a największym celem jest to, żeby gazeta się sprzedała. Osoby, które interesują się przez dłuższy czas jakąś dziedziną zawsze są na bieżąco. Rozwijają się. I dzielą. Ucz się od najlepszych!
Wyobraź sobie pokój z mnóstwem z drzwi. Scena rodem z Alicji z Krainy Czarów, tylko, że tutaj nie musisz jeść żadnych magicznych ciasteczek czy też pić magicznych mikstur, żeby przejść przez którekolwiek. Zawsze chciałeś nauczyć się szyć ? Nie ma problemu. Hop i klik - o szyciu od podstaw. Chciałbyś zainwestować pieniądze na giełdzie, ale nie wiesz jak? Tu na pewno znajdziesz pomoc. Interesujesz się modą? Wystrojem wnętrz? Nie wiedz co zrobić na obiad? Chcesz znaleźć nowe hobby? Klik. Klik. Klik.
Dlaczego wolę takie blogi niż artykuły z gazet czy popularnych portali? Dlaczego warto zajrzeć nie tylko do fachowych książek, ale przede wszystkim tu? Bo Ci ludzie tym żyją. Bo w to co robią wkładają serce i naprawdę chętnie Ci pomogą. Bo się tym interesują od dawna i znają się na tym, co robią o wiele bardziej niż przeciętny dziennikarz, który musi napisać jeden artykuł na ten temat, a największym celem jest to, żeby gazeta się sprzedała. Osoby, które interesują się przez dłuższy czas jakąś dziedziną zawsze są na bieżąco. Rozwijają się. I dzielą. Ucz się od najlepszych!
Mów do mnie kulturą.
Po skończeniu studiów z zakresu filologii polskiej i kulturoznawstwa, choć nie bardzo początkowo mogłam w to uwierzyć, ale w moim życiu zrobiło się jakoś dziwnie pusto. Kulturoznawstwo dało mi dwie najważniejsze rzeczy kształtujące moje obecne życie - wieczny niedosyt i narzędzia do jego wiecznego zaspokajania. Wertuję książki, oglądam filmy, kocham folklor, zatapiam się w muzyce, co jakiś czas łykam teatru. To wszystko jest jak hydra. Gdy utniesz jedną głowę, wyrasta kilka kolejnych. Zmienił mi się gust. Książki, którymi kiedyś tak się zachwycałam wydają mi się średnie, od filmów wymagam coraz więcej. I o ile dziury po studiach potrafię załatać zapełniając je nieznanymi i coraz to nowymi pozycjami, tak brak możliwości dyskusji na interesujące mnie tematy bardzo mi przeszkadzał. Na szczęście dotarłam tu. I wiecie co? Czuję się jak w niebie. Bo nagle znajduję ludzi nadających na tych samych falach. Nagle odnajduję coraz to nowe rzeczy do zbadania. Nagle jest z kim porozmawiać i nawet się pokłócić. Kulturalnie i na poziomie rzecz jasna. Nagle dowiaduję się o czymś czego jeszcze nie wiedziałam. Moje pole rozszerza się. I mam o tym komu powiedzieć. I jest mi z tym bardzo dobrze. I dziękuję Wam, że tu jesteście!
Codziennie o krok wyżej.
Zaczęłam żyć innym trybem. Zaczęłam wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że życie nie jest takie złe, przestałam dostawać spazmów ze zmartwienia, jak to będzie. Odnajduję zagubione poczucie humoru. Kiedyś to było dla mnie nie do pomyślenia. Myśl pozytywnie - jak to łatwo powiedzieć! Teraz przychodzi mi to naturalnie. Patrzę na ludzi, którzy też się bali i którym się udało - i wiem, że ja też tak mogę. Uśmiecham się. I codziennie czytam coś inspirującego. Codziennie robię coś tylko dla siebie. Pracuję nad sobą. Nie tylko pisząc, ale właśnie czytając.
Sztuka brania - sztuką latania.
Nie bój się czerpać. To wszystko tu jest na wyciągnięcie ręki. Bierz i podziękuj. Nie rób tego bezmyślnie. Jeżeli lubisz kogoś czytać, po prostu mu o tym napisz. Daj coś z siebie. Szczerego. Dobrego. Żeby ten od kogo to masz, nie był potem jak zwiędły kwiat. Stwórz sobie swoje miejsce - dobre miejsce. W którym będą fajni, mądrzy, pozytywni ludzie. Gdzie będzie mnóstwo inspiracji, gdzie będziesz mógł robić coś nowego. Wykreuj sobie swój mały azyl. Sam zobaczysz, nie minie chwila, jak przeniesiesz to do własnego życia. Pani w kolejce już nie będzie aż tak irytować. I okaże się, że ten świat trójwymiarowy za oknem nie gryzie. Że można do niego dużo wnieść i też dużo z niego brać.
I wiesz co później zrób? Wyłącz się z tego kącika. Na jakiś czas. Jest lato. Idź na łąkę. Nad wodę. Weź książkę. Wyłącz się. Poczytaj. Lataj. I wróć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Cieszę się, że tu dotarłeś. Rozgość się. Zaparz sobie herbatę. Jeżeli czytając te bzdety chociaż raz się uśmiechniesz że życie nie jest takie złe na jakie wygląda - to znaczy, że mi się udało. Jeżeli spodobało Ci się tu i czujesz niedosyt, możesz kliknąć w Zamiast burzy na facebooku, a ja w zamian będę Ci zapewniać jeszcze więcej rozrywki! A jeśli chcesz i mi sprawić przyjemność, będzie mi miło, jak zostawisz jakiś ślad po sobie.







































