Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania Poleca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ania Poleca. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 listopada 2015
Chrumknąłem. Czy każdy facet to świnia?
Za oknem leje. Pogoda iście jesienna, taka kiedy najbardziej sprawdza się zestaw 3K: Książka, Kocyk, Kot. Zamiast kwiatów na ślub zażyczyliśmy sobie książki, których teraz nie mamy już gdzie układać, dostaliśmy też duży mięciutki puchaty kocyk, a i kot zwany przez nas ostatnio Gnojuszem Fetoriuszem gdzieś się pod nogami pałęta, pomrukując i naiwnie żebrząc o szynkę. Okres jesienno-zimowy zapowiada się więc całkiem przyjemnie. A i cały szum wokół nas powoli wreszcie opada i wszystko wraca do długo wyczekiwanej "normy". "Cały tydzień ma tak padać" - odzywa się mój pogodynek, kwikając po drodze. Tak, właśnie dobrze przeczytaliście. Kwikając. Bo mój nowonabyty mąż nie dość, że namiętnie interesuje się pogodą, to jeszcze w pakiecie chrumka i kwika, twierdząc uparcie, że to rodzaj czkawki. Ludziom, którzy kiedykolwiek spotkali się z małą żywą świnką i pamiętają jakie odgłosy ona wydaje raczej ciężko będzie w to uwierzyć, bo nie oszukujmy się - Marcin brzmi tak samo. Żeby nie było - przed ślubem też tak robił, chociaż na samym początku naszej znajomości jakoś tego nie odnotowałam. Ale stało się - chłop się przyzwyczaił, dobrze się czuje widocznie w moim towarzystwie, więc śmiejemy się, że zaczął wyłazić z niego mały prosiak. Jest to jednak jedyna świnka jaka z niego wyłazi i mimo, że wszyscy (a raczej wszystkie) naokoło trąbią - a nawet jeden polski zespół nagrał o tym piosenkę - że przecież "facet to świnia", to ja jednak tożsamości z tym zacnym i jakże przecież mądrym stworzeniem doszukać się nie mogę.
Nie taki straszny, jak wygląda.
Mimo że faceci w przeciwieństwie do wielu z nas - kobiet - potrafią wyjść do sklepu bez makijażu, nie wydają się wcale aż tacy straszni. Ten, kto krzyczy na nich, że to płeć brzydka powinien puknąć się ostro w głowę. Po pierwsze, powinniśmy zacząć chyba od tego, że nie należy generalizować i wkładać wszystkich do jednego worka. Nie każdemu facetowi przecież syry da się wyczuć z odległości 2 kilometrów, nie każdy też ubiera skarpety do sandałów i wchodzi do łazienki tylko po to, żeby wychlać szampon i żeżreć mydło. W porządku, są niechlujni faceci, ale są i niechlujne kobiety, więc w czym tak naprawdę rzecz?
O facetach mówi się też, że są zimni, nieczuli i nieromantyczni. O romantyzmie już tu kiedyś coś było. Nie przynoszą kwiatów, nie przytulają się tak często jak powinni, traktują kobiety jak zabawki, zwodzą, ranią i opuszczają - jakby kobiety nie robiły tego samego. Są tacy prosiakowaci i mają czelność mieć jeszcze kolegów, dystans do świata i tylko własne zainteresowania, których nie sposób pojąć. Bestie. Siedzą, nie zamartwiają się światem, jutrem i wszystkim czym się da.
A jednak większość z nas żyje w związkach z takimi świnkami. Przydają się kiedy trzeba coś naprawić, ponosić zakupy, przeprowadzić przez ciemną ulicę.
Chyba zawsze lepiej dogadywałam się bardziej z facetami. Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że są prości i konkretni - nie komplikują wszystkiego co się da, w przeciwieństwie do mnie. Może dlatego, że mają dystans do świata, że nie przejmują się wszystkim i nie boją się wszystkiego. Że potrafią zamknąć jakiś rozdział i po prostu o nim zapomnieć. Że większość ma fenomenalne poczucie humoru, co jest u mnie sprawą najważniejszą.
Facet to świnia.
Czy facet to świnia? Bywa. I tak, i nie. Bo istnieją i tacy, którzy biją, gwałcą. Ale istnieją też kobiety, które oszukują, kłamią i zdradzają. Fakt - niektórym ludziom po prostu bliżej do zwierząt niż człowieków, co nie oznacza, że powinniśmy stereotypizować, wkładać wszystkich do jednego worka i zapominać doceniać to, co mamy. Prawda?
Lubię Cię takiego jakim jesteś.
Jakikolwiek mężczyzna by nie był, zawsze będzie z nim coś nie tak. Może Cię nie bije, ale nie przynosi Ci też kwiatów i maskotek. Bałagani. Nie ma dla Ciebie czasu. Złości się. Marudzi. A powinien być idealny. Taki jak w filmie. Albo jeszcze lepiej - taki, jakiego sobie wymarzyłaś.
A kobieta? Musi być codziennie piękna. W makijażu jak wamp albo nimfa. To nic, że standardowo makijaż rzadko wytrzymuje 8 godzin. Pięknie i seksownie ubrana. I powinna dobrze gotować, nie martwić się i nie pytać o nic. Dom powinien być wysprzątany jak w reklamie cifu, a okres u kobiety powinien wyglądać jak z reklamy always.
Życie to nie bańka mydlana. Nie wymagajmy od innych idealności, gdy sami nie jesteśmy idealni.
Życie jest za krótkie, żeby ciągle się martwić, narzekać i oczekiwać, że będzie jak we śnie.
Lubię Cię takiego jakim jesteś. I cieszmy się więc z tego co mamy! Bo mamy sporo.
Chrum, chrum, chrum.
poniedziałek, 16 listopada 2015
Wyszłam za mąż. Zaraz wracam.
Tak więc minął tydzień od kiedy z Ani K. zmieniłam się nagle w Anię B., tydzień od kiedy w najbardziej mgliste sobotnie listopadowe popołudnie z całą świadomością i z uśmiechem na twarzy złożyłam najważniejszą w moim życiu przysięgę. Tydzień od kiedy nauczyłam się, że czasami nerwy warto trzymać na wodzy i trzeba próbować powstrzymywać swój nieposkromiony temperament. Na urodziny zrobiłam sobie najpiękniejszy prezent na świecie i obudziłam się koło mojego męża. Jeszcze czuję się dziwnie i nie potrafię sprecyzować tego uczucia. Wszystko to wydaje mi się snem. Snem z uśmiechniętą twarzą Marcina.
***
Mówią, że dzień ślubu to najważniejszy i najpiękniejszy dzień w życiu. A ja Wam mówię, że to wierutna bzdura. O wiele ważniejszy i piękniejszy powinien być każdy następny dzień po ślubie. Bo to dopiero początek.
***
Teraz mam czas. I jako świeżo upieczona kurka domowa zamierzam teraz zaspokajać Was systematycznie nowymi wpisami. Nie wiem jak Wy, ale ja się cieszę. Cholernie!
poniedziałek, 21 września 2015
Ty buraku!
Początek jesieni chciałoby się powiedzieć całkowicie w pełni - liście się żółcą i złocą, temperatura nadal na plusie, a niebo przy zachodach mieni się w pastelach - wszystkich więc łapie jesienna depresja i monotonia. Tradycji polskiej musi stać się zadość i, mimo że w tym roku słońca jest dość, to jednak wszyscy pogrążają się w melancholii i smutku i rozmyślają nad sensem życia pod ciepłym kocem oglądając "Dlaczego ja?" albo "Taniec z gwiazdami". Jeśli chodzi o mnie, to muszę zwyczajowo wszystkich rozczarować, ale ani melancholia ani depresja raczej mnie nie dosięgają - dosięgła mnie za to najbardziej prozaiczna i tradycyjna grypa. Grypa, jak to grypa, ma to do siebie, że przyszła oczywiście w najmniej odpowiednim momencie, niosąc ze sobą w dodatku skutki uboczne, jakimi są rozdrażnienie, obniżona tolerancja na głupotę ludzką i zjadliwość. W połączeniu z dość dużą intensywnością mojego życia, ostatnio wywiązała się z tego wszystkiego bardzo ciekawa mieszanka, która doprowadziła mnie do takiego stanu, że chcąc nie chcąc przestałam się ostatnio ze wszystkim patyczkować i walę prawdę prosto z mostu nie bardzo przejmując się już co inni na ten temat pomyślą. Przepraszam, ale te ceny to przesada - chodźmy gdzieś indziej. Wybacz, ale mam dziś dużo do zrobienia i nie znajdę czasu dla Ciebie - przełóżmy to na jutro, mam inne zdanie na ten temat. Wbrew pozorom te krótkie odpowiedzi należą czasami do najbardziej problemowych. Trzeba jednak podjąć decyzję, albo pozostajemy wierni sobie i się przeciwstawiamy - albo idziemy za tłumem podkulając ogon licząc się z własnymi stratami. Przeciwstawianie się - przedstawianie własnego zdania nie jest złe - pod warunkiem, że robi się to kulturalnie, a z natury nie jest się chamem i prostakiem.
Wiecie, spotkała mnie dziś bardzo słaba sytuacja. Tak słaba, że skłoniła mnie do niniejszych refleksji. I tak sobie myślę, że kurcze jest przecież XXI wiek - wiek coca-coli, inżynierii genetycznej, wielkiego rozwoju techniki i nauki. Żyjemy w świecie otwartych granic, korzystamy z internetu, ludzie są coraz bardziej wykształceni, uczelnie produkują masowo magistrów, dzieci w przedszkolu uczą się już kilku języków, wyjeżdżamy na wakacje coraz więcej i w coraz bardziej egzotyczne kraje i ogólnie wszystko to idzie do przodu. Wszystko oprócz człowieka. Bo niektórzy niestety zaparli się rękami, nogami i nie wiadomo czym jeszcze i postanowili pozostać burakami.
Odbieram dziś w pracy telefon. Dzwoni prezes jednej z wielkich i potężnych firm z pewnej branży przemysłowej w Polsce. I już od samego początku drze się do słuchawki, że prosił o ofertę odnośnie możliwości zatrudnienia Ukraińców i dostał, ale z takimi głupimi warunkami. Bo co to znaczy, że on ma zapewnić zagranicznym pracownikom godziwe warunki zamieszkania - że gdzie oni mają niby mieszkać - w pałacu kultury? Przekazuje telefon E naszemu konsultantowi z Działu do Współpracy z Zagranicą, który tak się składa, że jest z pochodzenia Ukraińcem - bardzo miłym, wychowanym, lekko nieśmiałym, ale pracowitym i sumiennym. Facet tak głośno krzyczy do słuchawki, że chcąc nie chcąc słyszę wszystko. E cierpliwie tłumaczy:
- Poprzez godziwe warunki zakwaterowania rozumiemy tylko tyle, że w mieszkaniu na przykład dwupokojowym, nie będzie mieszkać więcej niż 6 osób.
- O! I co jeszcze! Co to za zachcianki! Jeszcze czego! Ten naród powinien być wdzięczny, że cokolwiek się mu proponuje. Zatrudniam setkę Ukraińców i znam ten naród! Parszywe lenie (tu: długi obraźliwy monolog).
Wyskakują mi rumieńce i nie są to rumieńce od gorączki. Pokazuję na migi, że E wcale nie musi tego słuchać, że może odłożyć słuchawkę. E jednak pyta:
- Skoro Pan takie ma zdanie o tych ludziach, to dlaczego ich Pan zatrudnia?
- Bo nie mogę znaleźć Polaków na ich miejsce. Większość wyjechała. Nikt nie ma takich kwalifikacji. Słyszę po akcencie, że Pan też jest Ukraińcem!
- Być może.
- Wy honoru nie macie, uciekacie przed Putinem...
- Nie chcę z Panem rozmawiać.
- Słucham? Co to znaczy nie chcę?!
- Nie będę z Panem dłużej rozmawiał.
- Proszę mnie połączyć z szefem!
- Szefa nie ma (prawda!). Do widzenia.
W całym oddziale zapanowała straszna cisza. Było mi wstyd. Trzęsłam się ze złości. I nie mogę zrozumieć, nie mogę pojąć... Najbardziej przeraziło mnie to, że powiedział to prezes dużej firmy... Ktoś, kto kieruje ludźmi.
Ostatnio w żartach powiedziałam, że moje ukraińskie źródełko miłości do E zaczyna się wyczerpywać , bo zostawia on wszędzie papiery i wkłada odwrotnie papier do drukarki. Powiedziałam to w żartach - a teraz zrozumiałam jak durnie to sformułowałam. Bo nie mam nic do E, że jest Ukraińcem, tylko do E jako do człowieka, że bałagani. I nie chciałam powiedzieć przez to nic złego. Teraz dotarło do mnie, że i ja jestem burakiem. Trochę mniejszym bo nieświadomym, ale jednak burakiem.
I z tego oto mojego buraczanego miejsca, buraczanego pola apeluję - nie bądźmy burakami. Nie Kurd, nie Ukrainiec, nie Rosjanin, nie Francuz, nie Bułgar, nie Anglik - ale, na Boga, po prostu CZŁOWIEK.
Jak już mówiłam, możesz mieć swoje zdanie - ale nie krzywdź. Co innego powiedzieć, że tu dla Ciebie jest za drogo - a co innego oceniać inny naród, innego człowieka, generalizować. Jeżeli już musisz być burakiem, to chociaż zamknij ten swój głupi dziób!
środa, 16 września 2015
Gwiazdko nie uciekaj!
Ani się obejrzałam jak nadszedł wrzesień. A nadszedł tak
niepostrzeżenie, zaskoczył mnie w połowie mojego maratonu, tak że nawet nie
zdążyłam zauważyć, że już jest, że wieczory coraz szybciej, a wychodząc
powinnam brać ze sobą kurtkę. Jest coraz bardziej intensywnie, tak bardzo intensywnie, że nie mam czasu na
uświadomienie sobie, że właśnie nadchodzi już ten czas jesiennych depresji i
przeziębień wśród połowy kraju, politycy wykłócają się kto jest wspanialszy i
da więcej, a ja nie mam czasu na poczytanie książki, posprzątanie pokoju, a co najgorsze nie mam
czasu na pisanie – a przynajmniej tyle co poprzednio i nie daje mi to spokoju. Ukojenie
daje mi tylko myśl, że ten cały
zapierdziel jest tylko przejściowy. Moje combo trochę się powiększyło za sprawą
mojego dyrektora, który dwa tygodnie temu wprowadził mały chaos w moim życiu
jednym jedynym zdaniem: „zabieram Cię stąd”. Ale jak to – teraz? Właśnie teraz?
Jestem więc w nowym oddziale, na zupełnie nowym stanowisku,
robiąc zupełnie inne rzeczy niż do tej pory.
I wszystko to w najbardziej zakręconym momencie w moim życiu. Wbrew moim
obawom dosyć szybko się zaaklimatyzowałam, wydaje mi się naiwnie, że nawet
zaczynam ogarniać co mam robić, a już z całą pewnością to wszystko jak na razie
bardzo mi się podoba. Szkopuł w tym, że gdyby
nie spadła mi gwiazdka z nieba raczej nieprędko sama bym po nią sięgnęła.
GWIAZDKO, ODEJDŹ. TO NIE JEST DOBRY MOMENT. I NIGDY NIE BĘDZIE.
Wbrew temu, że każdy z nas jest inny nasze życie jest bardzo
schematyczne. Źródła takiego schematyzmu
są dwa: po pierwsze narzucamy go sobie
sami, po drugie narzuca nam go społeczeństwo. Każdy z nas ustawia sobie pewną kolejkę
działania. Nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem. Jest tyle rzeczy, które odwlekamy czekając na
lepszy moment albo ustawiając go na swoim miejscu w ogonku. I planujemy. A gdy
nagle coś wyskoczy albo zmieni swoją pozycję staje się tragedia.
Mama powtarza: dziecko musisz zrobić studia, skończyć
uczelnię żeby móc pracować. Tak było kiedyś i taki jest schemat. Co z tego, że
teraz w zasadzie Ty już masz pracę, a studia niczego nie gwarantują. Nie liczy
się już cel i efekt, ale liczy się kolejność. I dlatego tak ciężko jest zrobić
coś inaczej.
Na nowości nigdy nie jesteśmy przygotowani. I to jest
problem. Bo ubzduraliśmy sobie, że w życiu trzeba być przygotowani na wszystko.
Kiedy nie jesteśmy maksymalnie gotowi rodzi się w nas strach. Chociażby to co
do nas przychodziło było tylko dobre. Boimy się i odrzucamy naszą gwiazdkę z
nieba.
Złapałam moją gwiazdkę, chociaż zupełnie o niej nie myślałam
i zupełnie mi w tym czasie nie pasowała. Plany się posypały, chaos jeszcze
bardziej "rozchaosił", ale jestem zadowolona. Lubię to co robię. Nie żałuję,
chociaż myślałam, że z tym całym rozgardiaszem, całą tą zmianą zupełnie się zachłysnę. Myślałam o tym
żeby zacząć coś nowego, ale jak już wszystko się poukłada, jak ucichnie. Ale
potem dotarło do mnie, że życie wcale nie jest poukładanym zaplanowanym
schematem, że jest raczej mieszaniną zdarzeń, nowych przygód, wyzwań i to
właśnie sprawia, że mimo że czasem jest trudno, to jest też ciekawie. Że dobry czas na coś może nigdy nie nadejść.
Te banały i dywagacje
to tak propos usprawiedliwienia. I na rozgrzewkę. Teraz już będę pisać, choć może troszkę mniej.
Pierwszy punkt moich życiowych zmian wszedł w życie. Zbliża się też ten
kolejny. A potem wszystko już wróci do „normy”.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Pieprzona oaza spokoju.
Lato podobno zmierza ku końcowi. Patrząc na pogodę nie bardzo chce się w to wierzyć. Słońce świeci, ptaszek kwili... i koniec wakacji. Dzieci do szkoły, studenci niedługo na uczelnie, a inni do pracy. A im bliżej końca, to chciałoby się rzec: tym wszystko coraz bardziej wraca do normy. Bardzo nerwowej normy. Ogromnie stresującej. Wypoczęci, jesteśmy o wiele bardziej podatni na pęd. Owczy pęd. Beee, bee, be. I nawet nie widzimy, jak bardzo wkurzamy się o drobnostki i jak bardzo wkurzamy tym innych.
Każdy z nas zna na pewno takiego jednego, który ogólnie to udaje oazę spokoju. Spokojnie, damy radę. Nie ma się czym stresować. Jestem opanowanym człowiekiem i niczym się nie denerwuję. Problem? Jaki problem? Nie ma żadnego problemu. Jestem oazą spokoju, jestem oazą spokoju, jestem pieprzoną oazą spokoju kurde jego mać. Poker face, a jak coś go gryzie to woli zdusić to w sobie. Podobno właśnie od takiego zduszania w sobie emocji mężczyźni krócej żyją. I może nawet wyglądałoby to wszystko całkiem racjonalnie i można by uwierzyć, że to opanowanie jest rzeczywiste, a nie zwykłą ułudą, gdyby nie pakiet niefortunnych zdarzeń. Błahostek. Na przykład spada patelnia, robi się hałas i jest to znakomity powód do puszczenia całej wiązanki przekleństw i postawienia wszystkiego do góry nogami, zrobienia z tego tragedii, jakby świat miał się zaraz skończyć. Za długo pali się czerwone światło. Ten sąsiad z góry za głośno śpiewa, gada, oddycha.
Niespotykanie niezadowolony człowiek.
Nie mam nic do ludzi, którzy denerwują się w sytuacjach poważnych. Potrafię zrozumieć różne reakcje. Właściwie to ich podziwiam. Myślę, że o wiele lepiej jest może i czasem zachować się w stresie nawet głupio, ale wyrzucić go z siebie, pokonać i przez resztę czasu starać się po prostu zadowolonym z życia człowiekiem, który zamiast wkurzania się na niedomknięte drzwi, rozlaną herbatę czy inną zupełnie nieważną pierdołę widzi raczej dobre rzeczy. Tak jest zdrowiej. Bo jak Ty chcesz w życiu być szczęśliwym, kiedy wszystko Cię drażni? Kiedy jesteś jak czynny wulkan, który może lada chwila wybuchnąć ?
Znacie takie osoby, prawda? Wiecie czym to może się skończyć. Super biznesmen, ze spokojem załatwi sprawę za milion złotych na szczeblu światowym ze stoickim uśmiechem. Poważny, często nie potrafi okazać uczuć. Za to w domu dzieci przed nim uciekają, a żona boi się odezwać, żeby nie ryknął. Taki mały Neron.
W zasadzie nie wiesz, jak to się stało. Zaczęło się właściwie od błahostek, ale potem następuje już taki moment, kiedy nie potrafisz się z niczego cieszyć. Dziecko w Tobie umarło, umarł człowiek, który potrafi czuć, być zakochanym, szalonym, spontanicznym, zachwycać się. Zamiast tego w środku siedzi potwór, który zżera Cię od środka. Nawet jak widzisz problem, to już nie potrafisz go pokonać. Agresja wychodzi z Ciebie samoczynnie, chociaż tego nie chcesz. Na pytanie zatroskanej żony - odburkujesz. Wszystko Cię wkurza. Nic poważnego - głupoty, pierdoły wręcz. W dodatku towarzyszy temu niczym niezmącona rutyna - co dzień to samo, ten sam schemat dnia. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic i spać. Praca, obiad, wiadomości, film, prysznic, spać. Praca, obiad, wiadomości... stań i popatrz na to z boku. Zaciukać się można, co nie?
Kto z kim przystaje, taki się staje.
Jedną sprawą to jest być takim człowiekiem, a drugą jak działasz tym na innych. Reakcje mogą być różne, jedno jednak jest pewne - żadna z nich nie jest pozytywna. Bo tak czy inaczej, zniechęcasz do siebie ludzi. Po pierwsze, boją się Ciebie. Boją się Twoich reakcji. Skoro wścieka się o pierdołę, to jak się zachowa jak naprawdę coś się stanie? Gdyby to było jeszcze tylko jeden raz: zgasł Ci silnik, śpieszysz się, nie zdążysz na czas - ok, pewno większość z nas rzekłaby coś w rodzaju motyla noga czy kurza twarz - to naturalne - ale jeżeli Ty co chwila wściekasz się dosłownie o nic, to chyba jednak jest coś nie halo.
Po drugie: na pewno też nieraz w życiu słyszałeś, że niestety ale, kto z kim przystaje, taki się staje. Chcesz czy nie, ale działasz na innych i to bardzo mocno. Sam pomyśl, czy potrafiłbyś być zadowolny i szczęśliwy przebywając non stop z osobą sfrustrowaną na cały świat i okolice? Choćby człowiek nie wiem, jak się starał, to długo ze swoją wesołością i radością życia nie pociągnie. I tak właśnie mnożą się zgredy.
Czy to naprawdę aż taki kataklizm?
Mleko się rozlało. Szklanka rozbiła. Pies za głośno szczeknął, a kot ofutrzył Ci ulubiony sweter. Plama na koszuli. Faktycznie, tragedia, ale czy aż taka żeby marnować sobie i innym humor? Nie jesteś na tym świecie sam. A może zamiast tego, machnij na to ręką. I zrób coś, co poprawi Ci humor. Zaszalej. Kup sobie lody. Obejrzyj coś śmiesznego. Albo porozmawiaj z kimś o tym, co Cię naprawdę boli. I pomyśl, że to całe wkurzanie się o małe rzeczy nic jeszcze nigdy dobrego Ci nie przyniosło. Spójrz też na swoich bliskich - zadają wkurzające pytania, co? Nawiązujące do tematu, który chcesz wyrzucić z głowy? Tematu, którym codziennie się stresujesz. Po cichu. Wkurzają Cię. O i to jak.
Powiem Ci coś. Oni nie robią tego specjalnie. Martwią się o Ciebie. A może zaryzykuj i z nimi pogadaj? Nie musisz do cholery zostawać z tym wszystkim sam.
Uwolnij emocje. Uśmiechnij się.
No dobra, skoro już doszedłeś w swojej uroczej łepetynce, że może faktycznie, nie wszystko ostatnio było ok, to pewno teraz myślisz, jak temu zaradzić. Bo przecież chcesz być szczęśliwy. Nie musieć się martwić o tysiące drobiazgów. Każdy chce.
Przyszedł więc czas podsumowań. Czekasz może na gotową odpowiedź, co zrobić żeby to zmienić. Trochę Cię rozczaruję, bo to nie jest poradnik. A ja nie znam rozwiązania. Nie będę strugać wielkiego znawcy tematu, psychologii, motywacji czy czegoś tam jeszcze. Nie jestem specjalistą. Jestem zwykłą Anią, która lubi sobie od czasu do czasu popisać o tym, co jej w głowie siedzi.
Nie wiem czy Ci pomogę. Ale mogę powiedzieć Ci, jak ja radzę sobie ze stresem. Jak ja radzę sobie ze swoimi emocjami i z samą sobą. Masz to u mnie w gratisie. A i trafiłeś na najlepszy czas, bo zaczął się dla mnie okres ogromnych zmian. Kto wie, czy nie największych w moim życiu, więc pisząc o stresie, raczej wiem o czym piszę. Co więc robię, kiedy to uczucie mnie dopada?
1. Gadam. *
Nienawidzę tej wady u siebie, ale tak już jest. Po pierwsze to mój odruch uspakajający - gadam, nie tylko o problemie, ale i o pierdołach. Mówię o tym, że zdarzyło się coś nie tak, mówię o tym co mnie boli, czego się boję, ale i o tym, że jak będziemy mieli kolejnego kota kiedyś, to chciałabym żeby nazywał się Szachrajek. Gadam. I wyrzucam z siebie wszystkie złe emocje, nie jestem z tym sama. I jest mi lepiej.
2. Pomocyyyy!!!! *
Nie musisz radzić sobie ze wszystkim sam. Nie bój się poprosić o pomoc. To nic złego. Nikomu tym nie zawrócisz głowy, nikomu się nie narzucisz. Razem zawsze bardziej uda się niż pojedynczo. I ja zawsze, zawsze sobie powtarzam: nie ma takiej sytuacji, z której nie ma żadnego wyjścia. Mam na przykład swojego Marcina albo swoją prywatną Olgę, którym zawszę mogę powiedzieć, co nie gra - wtedy siadamy i debatujemy - i mamy świadomość, że razem, z pomocą innych zawsze jakoś spadniemy na cztery łapy.
3. Rozgryzanie problemu. *
Powiedziałabym, że problem jest jak orzech, ale w sumie trochę bujda. Wtedy wystarczyłoby po prostu walnąć młotkiem (nie wiem, jak u Was, ale ja tak właśnie rozłupuję orzechy) i po sprawie. Niestety tak nie jest, więc rozgryzam to trochę inaczej - próbuję przewidzieć konsekwencje najgorszego scenariusza wydarzeń. Prosty przykład: egzamin. Wystarczy przeprowadzić z sobą odpowiedni monolog.
- A co będzie jak nie zdam?
- No to nie zdasz. Podejdziesz do poprawki.
- A jeżeli nie zdam poprawki? Uwalę rok.
- Najwyżej. Nie Ty pierwsza i nie Ty ostatnia. Świat się przez to nie zawali. Znajdziesz wtedy pracę, popracujesz a potem wrócisz na studia. To też jest dobre wyjście.
4. Zrób coś fajnego, coś dla siebie. *
Jakiś czas temu doszłam do jednego ważnego faktu. Życie nie polega tylko na zmartwieniach. Na wiecznym cierpieniu, wiecznym zabieganiu tylko o to, żeby kiedyś było dobrze. Życie toczy się też tu i teraz, więc wyciągnij z niego co najlepsze, zrób coś, co sprawi, że poczujesz się dobrze. Teraz. Jutra, o które tak walczysz może wcale nie być. Zrób coś co Cię uszczęśliwi, coś dla siebie. Nie odmawiaj sobie małej przyjemności. I uśmiechaj się. Nawet jeżeli zapomniałeś już jak to się robi i z początku będzie to trochę sztuczne i wymuszone. Świat jest cały czas taki sam. Zmienia się tylko nasze postrzeganie. A jak będziesz postrzegał wszystko bardziej pozytywnie, to i pozytywniej zrobi się w Twoim życiu.
5. Nie myśl za dużo. *
Nie wcale. Po prostu za dużo. Zacznij działać. I nie będziesz miał czasu się bać, stresować, gromadzić w sobie negatywnych emocji i warczeć na kogo popadnie.
Nie ważne jaki sposób znajdziesz, ważne żeby był skuteczny. Nie odbarwiajmy sobie życia, nie komplikujmy go sobie i innym. Może przyszedł wreszcie czas, żeby przekonać się, że ono wcale nie jest takie złe, jak nam się wydaje? Może ta jesień nie będzie płynęła pod znakiem corocznej jesiennej depresji? Może pora coś zmienić?
* Jeżeli czytają to jacyś mężczyźni: Achtung, achtung! Żaden ze sposobów nie sprawdza się u kobiet podczas okresu. Na zły humor kobiety, rzucanie talerzami i spazmatyczne płacze niestety nie ma skutecznego lekarstwa.
A wy? Macie jakieś skuteczne sposoby na stres, warczenie i buczenie?
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Pan pierdziołka spadł ze stołka. Parampampam. Czego uczą nas rymowanki?
Dzieci uwielbiają rymowanki. Im bardziej głupie, niedorzeczne i im więcej w nich niedozwolonych słów, tym oczywiście fajniejsze. Pamiętam, gdy jako dzieciak wracałam z jakiś kolonii czy obozów harcerskich - zawsze, ale to zawsze wzbogacona o znajomość nowych arcydzieł literatury podwórkowej. Niektóre pamiętam do dziś, na przykład majstersztyk dziecięcej poezji:
O godzinie zero zero
Parampampam
Wszystkie duszki poszły spać
Parampampam
tylko mały Guliwerek
Parampampam
wziął papierek
poszedł srać
Parampampam
Wnet skrzynia się otwiera
Parampampam
i wychodzi łysy trup
Parampampam
na małego się wydziera
Parampampam
Czemuś nasrał na mój grób
Parampampam
Mam Cię w dupie łysy trupie
Parampampam
Mogę nasrać jeszcze raz
Parampampam
Tylko podrap mnie po dupie
Parampampam
Bo papierek mi tam wlazł.
Zakończyć pioseneczkę można było właśnie tak - albo w wersji bardziej hardcorowej, dodając na końcu jeszcze znamienne: Parampampam. Teksty te nuciło się często podczas drogi do szkoły albo chwaląc się na spotkaniach z kolegami. Wybijane w odpowiednim rytmie tworzyły się z tego niezłe przyśpiewki przyklaskiwane lub wybijane na małych opalonych kolanach. I niech smaży się w piekle ten, kto powie, że dzieci nie interesują się poezją. I nie mówcie proszę, że takie rymowanki są bez sensu! Nie. Na pewno na to nie pozwolę. Kto bowiem pozwoliłby tak hańbić i plamić takim stwierdzeniem nasze małe literackie dziedzictwo?! Zaraz Wam pokażę, że to nie tak.
Piosenka o duszku uczy nas na przykład bardzo wiele. Po pierwsze rytmu i tempa. Wszystko musi być wyklaskiwane w odpowiednim momencie i wszystko musi być odpowiednio wymówione. Dykcja przede wszystkim. Ale oprócz formy jest przecież i treść - jakże wyrafinowana - żadnych powtórzeń, żadnych zbędnych słów, cudowna fabuła i jakie morały! Duszki nie są złe - nie wolno ich się bać, a już na pewno dyskryminować - są przecież jak my - mają swoje potrzeby fizjologiczne, przeżywają mnogość emocji i mają małe i duże problemy, które starają się z powodzeniem rozwiązać.
Trochę o utworze? Ten jest przede wszystkim przykładem, jak powinniśmy radzić sobie z reakcjami innych - mały Guliwerek, który jest tutaj wzorem godnym naśladowania - bohaterem romantycznym, buntowniczym, który nie daje sobie w kaszę dmuchać, to właśnie on pokazuje jak trzeba postępować! Twór wspaniały, godny, umiejący poradzić sobie w każdej sytuacji. Najprawdopodobniej to właśnie o Nim Mickiewicz wspominał w "Dziadach", krew jego dawne bohatery... Tak, oczywiście nie można tutaj pominąć tego, że być może i Guliwerek zrobił źle i nie zachował się na początku najlepiej, ale dobrze wiedział, że to przecież jeszcze nie powód, żeby ukorzyć się przed starszym kolegą! Guliwerek uczy nas odpowiedniej postawy. Pokazuje, że nie należy przejmować się pierdołami, gdy są inne ważniejsze problemy, jak na przykład wychodzący z tyłka papierek. Nie denerwujmy się więc na byle co! Zawsze znajdzie się przecież jakiś trup choleryk, któremu zawsze coś się nie podoba. Nie ma co się denerwować i psuć sobie zdrowia! Majstersztyk! Powtarzam: majstersztyk!
Ale piosenka - rymowanka o duszku to nie jedyne wartościowe dzieło. Piękne są oczywiście długie formy, ale za to krótkie są bardziej użyteczne i to właśnie one sprawdzały się najlepiej. Nadeszła więc i w rymowankach epoka pozytywizmu. I na niej chwilowo się zatrzymamy. Przytoczmy więc kolejne dzieło małych anonimowych mistrzów:
To nie sztuka zabić kruka
Ale sztuka całkiem świeża
Goła dupą
Siąść na jeża
No i czyż można mimo tak krótkiej formy, odmówić temu tekstowi wzniosłych refleksji, które poruszają najcieńsze struny naszego serca lub zawartych w nim odwiecznych prawd życiowych? Ileż to razy słyszymy czcze przechwałki, o nikłych dokonaniach naszych znajomych czy sąsiadów, którzy czynią siebie w swoich opowieściach prawdziwymi herosami i bohaterami? Warto wtedy przypomnieć sobie przy takich samochwałach właśnie ten tekst. Bo czy któryś z naszych wspaniałych znajomych byłby na tyle silny i odważny, żeby stanąć do wykonania zadania z jeżem?!
Wśród utworów dziecięcej twórczości możemy znaleźć też formy bardziej skomplikowane i innowacyjne - dzieci bowiem poszły o krok dalej i tworzą teraz rymowanki na tak zwaną "daną" melodię albo stare niekatualne już wierszyki wzbogacają o nowe treści. Pozwolę podać sobie tu kilka przykładów, a pierwszym niech będzie rymowanka o Misiu Coralgolu wyśpiewywana dokładnie do melodii czołówki ówczesnej bajki i brzmi ona mniej więcej tak:
Miś Colargol wielki cham
Miał pół litra wypił sam
Teraz sobie smacznie śpi
I pół litra mu się śni
Misio o-o-o
Kaca, kaca, kaca ma
I do do-o-mu
Miś Colargol nie-e wraca
Wierszyk ten, niezwykle życiowy, powinien też moim skromnym zdaniem przyswoić sobie każdy dorosły, szczególnie przed weekendem, jest bowiem on - po pierwsze skarbnicą wiedzy SAUARWIWRU (nie godzi się mając pół litra spożywać go samemu - gdzie obyczaje, gdzie kultura?!), a po drugie opisuje wszelkie znane objawy jakich zwykle można doświadczyć w niedzielę rano. Nauka i literatura mogą się łączyć! Myślę też, że utwór świadomie został skonstruowany właśnie tak, aby od czasu do czasu każdy z nas śmiało mógł utożsamiać się z odczuciami misia.
Jeśli chodzi o groteskowe i śmiałe nowoczene przeróbstwo starych przyśpiewanek, to najlepszym przykładem będzie tu przytoczenie trzech wspaniałych wersji wierszyka Wlazł kotek na płotek:
Wlazł kotek na płotek po żerdzi
Najadł się kapusty i pierdzi
Wlazł kotek na płotek po słupie
Podarł se futerko na dupie
Wlazł kotek na płotek
Pierdzielnął go młotek
Siekierka dobiła
Koteczka zabiła
Koteczek nieżywy pierdzielnął w pokrzywy
Czyż nie wspaniałe? I do tego morał ze wszystkich wersji można sprowadzić do jednego: Jeżeli nie chcesz mieć pierdzącego, ułomnego lub nieżywego kota, to musisz go pilnować! Dzieci wiedzą, że trzeba być odpowiedzialnym za to co się oswoiło! Bardziej dociekliwi i bystrzy znajdą tu też oczywiście dużą ilość nawiązań do Małego Księcia.
Tradycja nie umiera. I jeżeli myślicie, że w dobie internetu, smartfonów i innych tego typu ulepszeń ta gałąź literatury szybko umrze, to muszę Was poinformować, że grubo się mylicie. Ostatnio bowiem królują takie oto dwie perełki:
Poszedł żuczek za chałupkę
Zdjął majteczki zrobił kupkę
I przygląda się tej kupce
Jaki ciężar nosił w dupce
Żuczku, żuczku, coś ty zrobił
Gównem chatkę przyozdobił
I jeszcze:
Pan Pierdołka spadł ze stołka
Złamał nogę o podłogę
Przyszedł lew, wypił krew
Pan Pierdołka zdechł
Jak pokazują wszelkie znaki na niebie i ziemi mam w przyszłości potencjał na cudowną matkę.
Te dwa ostatnie wierszyki to wasze zadanie domowe. Pozostawiam do samodzielnej interpretacji. A Wy albo Wasze dzieciaki - czy pamiętacie jeszcze jakieś rymowanki? Zastanawiam się nad podjęciem pracy nad antologią.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Może i jestem świnką. Ale tylko Twoją.
Na Wyspach Oceanii krąży taka bajka:
"Działo się to w takich czasach, kiedy wszystkie zwierzęta żyły ze sobą w wielkiej zgodzie. Potrafiły też mówić ludzkim głosem. A więc było to dawno, bardzo dawno temu. Historyjka, którą za chwilę przeczytacie, wydarzyła się w buszu. W samym środku dzikiego buszu żyła świnka o imieniu Pongi. Była naprawdę malutka i miała różową, delikatną skórkę. Wyglądała jak zabawka. Inne zwierzęta bardzo ją lubiły i opiekowały się nią. Jedno przez drugie prześcigało się w okazywaniu jej swojej sympatii. Znosiły jej ulubione przysmaki.
– Pongi, mam dla ciebie orzeszki. Przyniosłem je z dalekich stron – mówiąc to rajski ptak z dumą wystawiał pierś i majestatycznie rozkładał długi ogon.
– A ja mam dla ciebie dzikie banany. Lubisz je, prawda? – puszył się kazuar.
– Bardzo wam dziękuję, drodzy przyjaciele. Przykro mi, ale ja nie mam nic, co mogłabym wam ofiarować – odpowiadała zakłopotana świnka.
– Niczego też od ciebie nie oczekujemy. Jesteś przecież malutka, a my bardzo cię kochamy. Chcemy się tobą opiekować. Chodźmy się razem bawić – prosiły.
Świnka chętnie na to przystawała. Do zabawy przyłączały się wszelkie inne leśne stworzenia – dziobaki, kolorowe papugi... Było naprawdę miło i wesoło.
I tak beztrosko płynęły dni i miesiące... Z czasem jednak mała Pongi wyrosła. Jej delikatna, różowa skórka stała się teraz szorstka i przybrała brudnoszary kolor. Nie była już tak piękna jak kiedyś. Teraz z każdym dniem ubywało jej przyjaciół. Aż w końcu została sama. Nikt nie miał dla niej czasu, nikt jej nic nie przynosił, nawet wtedy, gdy była głodna. Świnka poczuła się odrzucona i samotna. Chodziła smutna i zamyślona. Tęskniła za prawdziwym przyjacielem – takim, dla którego nie będzie ważny jej wygląd. Niestety, nikogo takiego nie było w pobliżu. Postanowiła więc uciec gdzieś daleko.
Pewnego dnia, nie oglądając się za siebie, ruszyła w drogę. Z trudem przedzierała się przez bujne zarośla, raniła boki, opadała z sił, ale wciąż szła do przodu. Wierzyła, że gdzieś daleko czeka na nią prawdziwy przyjaciel. W końcu jej marzenie się spełniło. Po wielu dniach trudnej wędrówki, zupełnie wyczerpana, znalazła się na polanie, na której stała mała chatka, z której wyszedł człowiek.
– A cóż to za stworzenie? Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś równie pięknego – powiedział na widok świnki. – Jesteś trochę zaniedbana, ale jeśli zostaniesz ze mną, już ja się tobą zaopiekuję.
Mężczyzna ostrożnie wziął Pongi na ręce. Zaniósł do chaty, nakarmił i opatrzył rany. Świnka spojrzała na niego z wdzięcznością i pomyślała: „Tak, to jest on, mój przyjaciel”. Od tamtej pory minęło wiele, wiele czasu, ale dla Papuasów świnie wciąż są największym skarbem. Troszczą się o nie jak o członków rodziny. Nawet najmniejsza świnka ma swoje imię i – choć wszystkie biegają razem – każdy doskonale wie, która do kogo należy."
Cztery morały z bajki:
1) Przyjaciel lubi Cię bez względu na wszystko. Po prostu Cię lubi. Nie jest z Tobą tylko wtedy, kiedy jesteś na szczycie - jest też wtedy, kiedy go naprawdę potrzebujesz. I Ty też dbaj o niego.
2) Nawet jeżeli opadamy już z sił warto iść do przodu, bo u celu może się spełnić nasze marzenie.
3) Tu jest miejsce na Wasz morał. Zostawić go możecie w komentarzu pod spodem.
4) Czwartego morału nie ma, ale nie chciałam żeby wpis był za krótki.
Kurtyna.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Dobry film nie jest zły. Przegląd wkurzonego konesera.
Nawet w wakacje zdarza się, że są takie dni, kiedy za oknem hula wichura, deszcz leje się z nieba aż szaro i w dodatku jest niedziela, właściwie to końcówka niedzieli, a Tobie do głowy przychodzi nagle błyskotliwa, aczkolwiek smutna myśl, że jutro już jest poniedziałek i kończy się weekendowe rumakowanie. Tak też stało się i wczoraj. Żeby zlikwidować pierwsze oznaki nadchodzącej rozpaczy postanowiliśmy z Marcinem, (a i kot się przyłączył) obejrzeć sobie jakiś film. I tu zaczął się dylemat. Bo to, że jakiś - to przecież nie znaczy, że byle jaki.
Sztuka albo biznes.
Często spotykam się z opiniami, że kino to nie sztuka. Film to rozrywka, w dodatku straszny zjadacz czasu. Wymyślone historyjki, nie wnoszące nic do naszego życia. Półtorej albo dwie godziny nudy lub zupełnego ogłupienia.
Możecie uwierzyć albo nie, ale w pierwszym odruchu przysłowiowy nóż mi się w kieszeni otwiera i opętują mnie uczucia, które muszą być podobne do uczuć lwicy broniącej swoich lwiątek. Jestem wtedy wkurzonym koneserem. Po odliczeniu do 10-ciu od przodu i do 10 od tyłu jeżeli nie pomaga, liczę do 100. A potem wyciągam ułamki. Mnożę. Dzielę. I zagryzam zęby. A potem myślę sobie jednak, że w sumie to Ci ludzie mają przecież rację. Po części.
Jakiś czas temu na stronie radiowej trójki przeczytałam takie oto zdanie, że dla Europejczyków kino jest sztuką, w Ameryce to biznes. Jest to oczywiście zbyt wielka generalizacja, bo i w kinie amerykańskim nie brak filmów dobrych a nawet bardzo dobrych, ale myślę, że podział jest jak najbardziej odpowiedni - i nie oszukujmy się, większość filmów, z którymi spotykamy się na co dzień w wielkich kinach realizowanych jest po to tylko, żeby wbić się w gusta jak największej masy ludzi, żeby przynieść zysk. Filmy robione z wielkim rozmachem, ze znanymi aktorami i z coraz bardziej wymyślnymi efektami. A my idziemy na to jak pokorne owieczki. Odgrzewanie starych kotletów jak remake Koszmaru z Ulicy Wiązów. Im więcej krwi, akcji, wzruszeń opartych na tych samych schematach, tym lepiej. Co więcej, my czasami doskonale wiemy, jak film się potoczy albo nawet jak się skończy. Typowe horrory, gdzie z całej grupy osób przeżywa jedna, a potwór mimo wszystko do końca nie zostaje uśmiercony, bo a nuż uda się nakręcić jeszcze ze trzy kontynuacje. Romantyczne filmy, gdzie są wzloty i upadki, ale miłość i tak wygrywa i wszystko kończy się ślubem. Kryminały, gdzie zawsze mordercą jest lokaj.
Nie każdy horror jest jednak bez sensu i nie każdy romans głupi. Wiecie, jest też kino inne - gdzie kino jest sztuką, a reżyser prawdziwym artystą. Kino, o którym słyszy się raczej rzadko, filmy, które migną nam może w jakimś kinie studyjnym, o których istnieniu nawet czasami nie wiemy, bo najzwyczajniej w świecie nie słyszy się o nich.
Dobre kino to nie tylko nowości, chociaż to w większości właśnie je oglądamy. Klasyki, mimo tego, że przecież uniwersalne, będące istotnymi cegiełkami w historii kina, odchodzą w zapomnienie. Mówimy: filmy są słabe, to tylko pusta rozrywka. To nie to samo co teatr, nie to samo co książka. Oczywiście, że nie - bo to całkiem odrębna sztuka i tu w ogóle nie powinno być żadnego porównania. Film też powinniśmy potraktować poważnie.
Czy trzeba wybierać?
Zdradzę wam pewną tajemnicę. Jesteśmy zmienni. Rozwijamy się bardziej niż najdłuższy reklamowany papier toaletowy. Nawet jak tego nie zauważamy. Mam na to dowody - to proste. Obejrzyj sobie bajkę z dzieciństwa, która wydawała Ci się mistrzostwem świata i wydawała się trwać w nieskończoność. Tak, jesteśmy sentymentalni i oczywiście dalej nam się podoba, ale to już mimo wszystko nie nasz poziom. Teraz wolimy coś innego.
Tak samo jest ze sztuką. Ze sztuką można wspiąć się naprawdę wysoko. Coś co oglądałeś miesiąc temu nie wydaje Ci się już wcale takie wspaniałe, kiedy obejrzysz coś lepszego. Nagle zaczynasz wychwytywać schematy, zwracasz uwagę nie tylko na ładną buzię Leonarda, ale na zupełnie inne szczegóły - pod jakim kątem musiała być ustawiona kamera żeby uchwycić taką scenę, jak zmontowany został film, jak muzyka wpływa na nastrój.
Jest jednak jedno ale...
Jest poniedziałek. Wracamy o nieludzkiej porze z pracy zmęczeni jak koń po westernie dźwigając ze sobą toboły zakupów, na obiad, a właściwie już kolację, którą trzeba jeszcze zrobić. Klienci latali jak opętani, okazuje się, że szef nie jest aż do takiego stopnia pokrewną duszą, żeby dać Ci podwyżkę, a na dodatek jutro kończy się termin projektu. Na stole leży stos niezapłaconych jeszcze rachunków i na to wszystko chwyta Cię przeziębienie. I wtedy może to nie być jednak najlepszy czas na La Stradę Felliniego, Wesele Smarzowskiego czy nawet Obywatela Kane'a.
Jest czas na obiad i jest czas na deser. Nikt nie każe nam przecież wybierać tylko jednego. Doskonale rozumiem potrzebę odmóżdżenia się, bo są takie momenty, że nie czas i miejsce na sztukę. Są takie momenty, kiedy zamiast Kieślowskiego może lepiej obejrzeć Z archiwum X.
Nie chodzi tutaj o to... Chodzi raczej o to, żebyśmy znaleźli też czas na coś nowego. Innego. Ambitniejszego. Nie rezygnować od razu. Chociaż spróbować. Dać sobie szansę. Wytężmy trochę szare komórki. To nie boli. Owszem może się okazać, że film do którego się tak długo przymierzaliśmy może okazać się szajsem, ale może też okazać się, że znaleźliśmy prawdziwą perłę. I może się zdarzyć, że ten film który obejrzysz będzie miał to coś. Może się okazać, że po jakimś czasie zapomnisz jego tytuł, zapomnisz o czym był - ale tego czegoś nie zapomnisz.
W tej telewizji nic nie ma!
Guzik prawda. Czasami zdarza się znaleźć coś dobrego, tylko trzeba być sprytnym. Monitoruję program już na kilka dni przed. Sprawdzam filmy. Uwielbiam programy AleKino+ i TVP Kultura - można tam znaleźć czasami prawdziwe perełki. Niestety dobre filmy lecą zwykle o kosmicznych porach, wtedy gdy przeciętny Kowalski już śpi, albo je pierwsze śniadanie w pracy - ale sprytni i z tym sobie poradzą, bo technika idzie do przodu i teraz już można wszystko samo zaprogramować tak, żeby się nagrało, kiedy nas nie ma.
Jeżeli lubicie kino, to wybierzcie się czasami do kina studyjnego, gdzie jeszcze nawet w tych czasach pachnie prawdziwym filmem bardziej niż popcornem i gdzie rzadko można natrafić na grono rozchichotanych obściskujących się małolatów, którzy wcale nie przyszli tak naprawdę nic oglądać. Kino studyjne jest też często o wiele tańsze. Do Toruniaków - zajrzyjcie do Kina CSW. Cykle "Kinodanie" czy też "W starym kinie" kosztują piątaka (słownie: pięć złotych), a filmy rewelacyjne.
Wspólne filmowanie ze znajomymi to też super sprawa. Jeżeli film jest ciekawy, to temat po nim do dyskusji na pewno się znajdzie. Kiedyś miałam nawet pomysł na zrobienie u nas czegoś takiego jak "filmowe czwartki" ale niestety ludzie jakoś nie mogli się zgrać i sprawa jakoś się rozeszła. Może jeszcze kiedyś do tego wrócę.
Zostań koneserem.
A na koniec... Chciałam Wam przedstawić kilka moich propozycji. Może i to Was zainspiruje. Nie, nie przedstawiam tutaj wcale najlepszych filmów według mnie - chciałam zaprezentować Wam po prostu filmy, które są raczej mało nagłośnione, nie są schematyczne, czasami są trudne i ciężkie do przebrnięcia, a czasami można się w nich nieprzytomnie zakochać od pierwszego kadru. Nie będę tu też dawać jakichś recenzji - wrzucę Wam krótki opis i może dodam jedno, dwa zdania od siebie. Ja chciałabym natomiast dowiedzieć się czy te filmy znacie i co o nich myślicie? A może Wy moglibyście polecić mi coś nietuzinkowego, nowego, innego niż wszystkie inne lub po prostu wartościowego? Każdy film z pewnością obejrzę. Nawet jak nie będzie w moim guście - bo żeby coś krytykować trzeba to przecież dobrze poznać! Gdyby, ktoś skusił się na obejrzenie jakiegoś filmu z tej listy - bardzo proszę o komentarz albo jakieś info - jestem ciekawa reakcji, zarówno tych na plus jak i minus.
Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że kino, bez względu na to czy chce być bajką, czy ambicją jest przede wszystkim magią i według tego trzeba je oceniać . Niech więc ten czas przed ekranem będzie magią. Udanego seansu!
Przegląd wkurzonego konesera.
"Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków" reżyseria: Akeksey Fedrochenko, 2012.
![]() |
| Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl |
Reżyser ALEKSIEJ FEDORCZENKA w 26 nowelach stworzył niezwykły poemat na temat wymierającej kultury Maryjczyków. Bohaterką każdej części jest kobieta, której imię zaczyna się na literę "O" -symbol symetrii. Jak napisał w recenzji dla Filmweb.pl Michał Walkiewicz: Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale z perspektywy widza z innego kręgu kulturowego poważne oczywiście nie jest: kobiety spółkują tu z wiatrem, śpiewające ptactwo wije gniazda w waginach, leśny duch domaga się seksu z chłopem, a zombie w kreszowym dresie zostaje odprawiony przez pana dzielnicowego. Jest nawet taniec w kisielu, polowanie na strzygi z dwururką oraz iście montypythonowska zaduma nad kawałkiem pasztetu.
"Cezar musi umrzeć", reżyseria: Paolo Taviani, Vitto Taviani, 2012.
![]() |
| Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl |
Nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie "Cezar musi umrzeć" to ostatni jak dotąd film braci PAOLA i VITTORIA TAVIANICH, włoskich reżyserów, z których dziś każdy ma ponad 80 lat. W Rebibbii, rzymskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, jest wystawiany wielki dramat Williama Szekspira "Juliusz Cezar". W sztuce grają więźniowie - złodzieje, mordercy i członkowie mafii. Żeby znaleźć się na scenie, przechodzą casting prowadzony przez włoskiego reżysera teatralnego Fabio Cavallego, autora więziennego eksperymentu, którego celem jest resocjalizacja.
"Drzewo", reżyseria: Julie Bertuccelli, 2010.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Gdzieś w Australii Dawn, Peter oraz czwórka ich dzieci prowadzą szczęśliwe życie w cieniu olbrzymiego figowca. W momencie gdy Peter nagle umiera, każdy z członków rodziny próbuje odnaleźć własny sposób na odnalezienie się w nowej sytuacji. Ośmioletnia Simone wierzy, że dusza jej ojca żyje w wielkim drzewie.
"Córka studniarza", reżyseria: Daniel Auteuil, 2011.
![]() | ||||
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Lata 30. w Prowansji. Budowniczy studni i owdowiały ojciec pięciu córek, Pascal Amoretti (Daniel Auteuil), ciężko pracuje przy kolejnej budowie. Młodszymi córkami oraz domem opiekuje się najstarsza, której dzieciństwo upłynęło pod opieką bogatej, bezdzietnej damy w Paryżu. Gdy zmarła matka, Patricia (Astrid Berges-Frisbey), powróciła do rodzinnego domu na francuską prowincję, jednak ze względu na swoje wychowanie zarówno manierami, aspiracjami, jak i słownictwem odstaje od miejscowych. Ojciec chciałby wydać osiemnastolatkę za swojego pomocnika, sporo starszego od niej Félipe'a (Kad Merad). Na nieszczęście ojca Patricia poznaje młodego lotnika oraz syna okolicznego sklepikarza, Jaquesa Mazela (Nicolas Duvauchelle).
"Amador", reżyseria: Fernardo Leon de Aranoa, 2010.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Marcela jest młodą kobietą w finansowym dołku, która nie powiedziała jeszcze nikomu, że jest w ciąży. Kiedy więc znajduje nową pracę jest wniebowzięta. Marcela podejmuje się opieki nad Amadorem, starszym, przykutym do łóżka mężczyzną, którego rodzina wyjechała na wakacje. Amador szybko odkrywa sekret dziewczyny i być może dlatego rodzi się między nimi pewna, oparta na cyklu życia i śmierci, więź.
"Mary i Max", reżyseria: Adam Elliot, 2009.
![]() | |||
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Pieśń wróbli", reżyseria: Majid Majidi, 2008.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Karim (Mohammad Amir Naji), Irańczyk w średnim wieku, głowa rodziny, pracuje na strusiej fermie. Jego spokojne życie zakłóca ucieczka jednego z ptaków. Karim rozpaczliwie próbuje go znaleźć, ale spłoszony struś nie daje się nabrać na żadne podstępy. Mężczyzna wie, że jeśli nie złapie uciekiniera, jego dni na fermie są policzone. Tymczasem w pełnym dzieci domu również wydarza się wypadek: najstarsza córka Karima podczas zabawy z rodzeństwem psuje swój aparat słuchowy, bez którego nie może zdawać egzaminów do miejskiej szkoły. Karim jedzie więc do miasta, żeby spróbować naprawić aparat. Nieoczekiwanie znajduje tam pomysł na nowe źródło utrzymania.
"Sierpniowe wieloryby", reżyseria Lindsay Anderson, 1987.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Czas pijanych koni", reżyseria: Bahman Ghobadi, 2000.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Maska", reżyseria: Peter Bogdanovich, 1985.
![]() | |||
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
"Johnny poszedł na wojnę", reżyseria: Dalton Trumbo, 1971.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
W wyniku eksplozji młody żołnierz traci na wojnie kończyny oraz twarz, a wraz z tym większość zmysłów. Jego mózg jednak, wbrew opinii lekarzy, funkcjonuje sprawnie.
"Czysta formalność", reżyseria: Giuseppe Tornatore, 1994.
![]() |
| Fotografia pochodzi ze strony filmweb.pl |
Giuseppe Tornatore, który zasłynął nostalgicznym "Cinema Paradiso" opowiada historię, w której kryminalna zagadka tak naprawdę nie ma znaczenia - ważniejsza jest atmosfera rodem z Kafki, postawienie ważnych, egzystencjalno-metafizycznych pytań i brawurowy aktorski duet: Gérard Depardieu kontra Roman Polański.
A w ogóle polecam każdy jeden film tego reżysera!
I mały bonus…. Wiem, że na topie są i seriale. Jest taki serial, o którym można powiedzieć tylko jedno zdanie: Czyż to nie genialne? Jest jednak haczyk, jeżeli ktoś jeszcze nie czytał książki, niech się za to nie zabiera!
"Mistrz i Małgorzata", 2005.
![]() | |||||
| Fatografia pochodzi ze strony filmweb.com |
Wszystkie opisy filmów pochodzą ze stron alekinoplus.pl i filmweb.pl
czwartek, 2 lipca 2015
Wieczne popychadło i syndrom sztokholmski w wersji light. Dlaczego się zatrzymujesz?
Czerwiec, czerwiec i po czerwcu. I chciałoby się rzecz:
minęło jak z bicza strzelił. A im jesteśmy starsi, tym subiektywne uczucie, że
czas pędzi jak szalony - pogłębia się w nas coraz bardziej. Przemiany, zmiany,
transformacje. Czas pędzi, świat pędzi i nie ma tu nad czym się zastanawiać.
Zmienia się wszystko, wszystko prze do przodu i właściwie w pewnym momencie dochodzi
do nas przekonanie, że jak zmienia się świat, tak zmieniamy się i my,
podejmujemy nowe decyzje, wyzwania, maszerujemy nieutartymi ścieżkami i w
dodatku chyba wszyscy to rozumiemy, to
chyba wydaje się naturalne. To, że musimy iść do przodu, i że kto stoi w
miejscu to się cofa wiemy chyba wszyscy – i jest to prawda oczywista i, jak mi
się wcześniej wydawało, banalna. Ale okazuje się, że w tym zdaniu „wydawało”
jest słowem kluczowym.
I znowu, opowiem Wam pewną historię.
Wyobraźcie sobie, że pracujecie u pewnego nieuczciwego
pracodawcy. Nienawidzicie go. Nie traktuje was dobrze. Jesteście chłopcem na
posyłki, chłopcem od brudnej roboty. Pracujecie sobie na czarno. Nie macie
żadnej umowy, tak naprawdę nic Was z tym człowiekiem formalnie nie wiąże.
Harujecie dzień i noc, wzywa was nawet jak jesteście na urlopie. Płaci wam tak
mało, że minimalna krajowa powinna być waszym wielkim marzeniem, a w dodatku
wszystkie wasze sukcesy przypisuje sobie. Co więcej – jawnie robi was w
bambuko. Wszyscy o tym wiedzą. Co więcej, okrada Cię. Bo gdy klient przynosi dla
Ciebie dodatkowe pieniądze, to on je zabiera. Nie Ty. I nagle pojawia się
okazja. Super okazja. Możesz pójść dalej, odejść, zacząć pracować na siebie.
Masz wybór. Właściwie nie ma się nad czym zastanawiać. Masz wspaniały wybór.
I… zostajesz.
Mam znajomego, który tak właśnie zrobił. Dwa razy.
Argumentując to, że nie chce sprawić swojemu pracodawcy zawodu i zrobić mu
przykrości. Ta osoba ma 35 lat.
I w ten piękny lipcowy dzień, ręce mi opadają.
Hamulec ręczny został
zaciągnięty!
Ludzie za łatwo rezygnują
z władzy nad własnym życiem - powiedział kiedyś William Wharton. Czasami mam wrażenie, że Wharton nigdy
się nie mylił. Oczywiście, nie zawsze łatwo iść własną ścieżką. Chyba wie to każdy,
kto próbował czegoś nowego. Bo są przeszkody, które fakt faktem mogą nam
sprawiać trudności, ale przecież nie oznacza to, że są one nie do
przeskoczenia!
Strach.
Boimy się. Zwłaszcza tego co nowe, zwłaszcza tego, co
nieznane. Czasami powoduje to nasz brak pewności siebie i wieczne założenia, że
: nie, nie uda mi się, nie jestem w stanie tego zrobić. Bawimy się w
jasnowidza. A właściwie w czarnowidza – na pewno będzie mi ciężko. Lepszy
przecież wróbel w garści, niż gołąbek na dachu i może nie warto ryzykować,
tylko zostać przy tym co mam. To jest znane i bezpieczniejsze. Budujemy sobie
sztuczną klatkę. Zaciągamy ręczny hamulec. Teraz możemy stać i podziwiać, jak
wszyscy inni idą do przodu i realizują marzenia, które miały być nasze.
Co powiedzą inni ?
Jak zareaguje otoczenie?
A co Cię to obchodzi. Naprawdę przejmujesz się zdaniem,
kogoś kto traktuje Cię na równi z czymś, co przyczepiło mu się pod podeszwę
jego drogiego buta, który kupił sobie za Twoją pracę? Naprawdę się przejmujesz?
Powie Ci, że spodziewał się czegoś innego po Tobie. Niech mówi dalej. Że się
zawiódł. Słowo – manipulacja. Będzie wściekły. A niech jest. Co z tego? Zacznij
dbać o siebie. Przestań być wiecznym popychadłem, dziękującym jeszcze, że ktoś kopnął
Cię w dupsko.
A co, jeśli nie
wyjdzie?
Wymyśli się coś innego. W życiu chyba nie ma sytuacji bez
wyjścia. Nie można stać w miejscu, bo
wtedy nie żyjesz. Jak nie wyjdzie, to nie wyjdzie. Ale jak będziesz uczciwie
pracować na swój sukces, to na pewno będzie dobrze. Jak przestaniesz trząść
portkami i chować głowę w piasek, a zaczniesz działać. Ostro działać. Nie
odkładać na później. Nawet nie będziesz miał czasu się bać i myśleć co będzie
„gdyby”.
Co z tą
asertywnością?
Wiesz, że to co robisz jest bez sensu. Po prostu o tym
wiesz. Robisz coś wbrew sobie. Wszyscy Cię w tym utwierdzają. I pada kluczowe
pytanie: to co, zostajesz w tej pracy? Na usta ciśnie Ci się słowo: NIE.
Odpowiadasz – TAK. Co więcej dodajesz: ALEŻ OCZYWIŚCIE. Mam taki pomysł: upadnij
jeszcze do stóp, pokłoń się i podziękuj za taką możliwość.
Z brakiem asertywności można walczyć. Właściwie trzeba. Bo
to nie jest wcale błahostka, choć od błahostek się zaczyna. Musisz zacząć
trenować. Przestać dawać sobą kierować, zacząć żyć innym, a przede wszystkim
SWOIM życiem. Anthony de Mello powiedział:
Żyć swoim życiem nie jest egoizmem. Egoizm zawiera się w żądaniu, by ktoś żył zgodnie z Twoimi upodobaniami, , żył dla Twojej próżności, dla Twojego zysku i Twojej przyjemności.
Syndrom sztokholmski
w wersji light.
Będziecie się pewno teraz śmiać z mojego intelektualnego
zacofania i ignorancji, ale dopiero wczoraj dowiedziałam się co to jest syndrom sztokholmski. Jeżeli Ty też nie
wiedziałeś, to fajnie, jest mi lżej – i udostępniam Ci pod wpisem link, żebyś
mógł sprawdzić. Wiadomo, syndrom ten występuje raczej przy dużej traumie i za
bardzo nie można tego podciągnąć do opisywanej tu sytuacji. Ale widzę tu jednak
pewne punkty wspólne. A raczej nakierowali mnie na to moi przyjaciele. I coś w
tym jest.
Człowiek z każdym człowiekiem tworzy w pewnym sensie jakiś
związek relacji. Mamy na siebie wpływ. I wydaje mi się, że niektóre osoby po
prostu bardziej na te wpływy są podatne. Jesteśmy ofiarą i zaczyna się tu jakaś
paradoksalna więź z naszym oprawcą. Warto choćby wspomnieć o kobietach, katowanych
przez własnych mężów, które nie potrafią w żaden sposób tego odciąć i od nich
odejść. To sprawy cięższe, więc ciężej je rozwiązać. Zostawmy to psychologom.
Jeżeli jednak występuje syndrom w wersji light, w formie dosyć wczesnej, chyba
warto po pierwsze sobie to uświadomić. A później spróbować raz na zawsze zerwać
tą nić. Szybko, jak plaster z zaschniętej rany.
A na koniec sprawa trochę przytłaczająca. Jeżeli jesteś
znajomym takiej osoby i próbujesz ją przekonać, że to co robi jest złe, a ona
Ci na to gorąco przytakuje, to nie łudź się, że wygrałeś. Po pierwsze, taka
osoba przytakuje wszystkiemu. Po drugie, choćbyś starał się jak możesz, wychodził
z siebie i stawał obok, to możesz nic nie wskórać. Możesz walczyć o tę osobę,
ale skoro ona sama postanowiła spisać się na straty, to nic z tym nie zrobisz.
I kłania się tu kolejne banalne przysłowie: głową muru nie przebijesz. A może
to i lepiej. Bo jeżeli na tym świecie wszyscy byliby zwycięzcami i wiedzieli,
że zwycięstwo może być na wyciągnięcie ręki, to tak naprawdę żadnych zwycięzców
by nie było. Dlatego odwagi! Wy jednak,
którzy chcecie walczyć – wiary i odwagi!
Ciekawe linki dla łaknących poszerzenia swoich horyzontów:
6 sposobów na bycie asertywnym - Jeden z wpisów znakomitego Michała Pasterskiego
Syndrom sztokholmski w relacjach międzyludzkich - Artykuł Anny Błoch-Gnych
3096 - Film oparty na autobiografii Natashy Kampusch nawiązujący do syndromu sztokholmskiego. Pokazała mi koleżanka i polecam gorąco! Ania Poleca!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Cieszę się, że tu dotarłeś. Rozgość się. Zaparz sobie herbatę. Jeżeli czytając te bzdety chociaż raz się uśmiechniesz że życie nie jest takie złe na jakie wygląda - to znaczy, że mi się udało. Jeżeli spodobało Ci się tu i czujesz niedosyt, możesz kliknąć w Zamiast burzy na facebooku, a ja w zamian będę Ci zapewniać jeszcze więcej rozrywki! A jeśli chcesz i mi sprawić przyjemność, będzie mi miło, jak zostawisz jakiś ślad po sobie.




































