czwartek, 24 marca 2016

Notka o dupie Maryni


- Muszę iść się wykąpać. Najlepsze pomysły rodzą się podczas kąpieli, a precyzując bardziej podczas mycia głowy. Tobie też?
- Bzdura. Najlepsze pomysły rodzą się na kiblu.

Ile ludzi tyle teorii. Czasami zastanawiam się, czy właściwie to ten pomysł, oczekiwanie na owe błyśnięcie, zapalenie się żółtej żaróweczki jak w komiksie, genialna myśl, czy to jest w ogóle potrzebne? Weźmy takie pisanie. Katujesz się, co napisać żeby było ciekawe, nowatorskie, nie ziejące nudą, miałkością lub zupełnym już banałem, którego winneś obawiać się najbardziej. 5 sposobów na..., jak nie być kimś albo być takim i owakim – wujek dobra rada, wszystko wiem najlepiej – albo raczej nie wiem, ale się naczytałem, powymądrzam i tak Ci opowiem – nie chciałbyś, żeby Cię to mimo wszystko usatysfakcjonowało. A może po prostu nie trzeba wymyślać, łamać sobie głowy. Legenda z dawien dawna wszak niesie, że jak się dobrze pisze, to i o dupie Maryni pisać można. Może więc pora spróbować?

Dupa Maryni była wielka. Było to coś, co najbardziej rzucało się w oczy i od urodzenia była ona największym umartwieniem Maryni. Sama Marynia też była wielka, ale w porównaniu do dupy, która do reszty ciała była i tak nieproporcjonalnie duża, reszta w zasadzie nie miała wielkiego znaczenia. Nic dziwnego, że Marynia nie potrafiła myśleć też o niczym innym jak o swojej dupie. Marynia nigdy nie była delikatna, ultona ani eteryczna – bo przecież nikt prawdopodobnie nie może za takiego uchodzić, posiadając jednocześnie zadek wielkości małej cysterny. Jako żywo. Jakby tego było mało, dupa Maryni oprócz tego, że była wielka, była też niesymetryczna. Prawy półdupek owłosion był i lekko podniesion w kierunku południowo-zachodnim, lewy zaś lekko opadający zsuwał się raczej w stronę północną smutny, zupełnie łysy, pokryty nierzadkimi krostkami. Z dupy też co czas jakiś wydobywały się niczym niezmącone, acz niekiedy porywiste i silne wiatry, zwane przez Marynię pieszczotliwie w chwilach wyjątkowego osamotnienia Bączysławami. Marynia cierpiała więc dniami i nocami, rwała sobie włosy z głowy (jednakże oszczędnie, bo miała ich o wiele mniej niż na dupie) i rozpaczała. Pewnego jednak dnia zauważywszy, że od tego rozpaczania dupa jednak jej nie zmalała, postanowiła spróbować innego sposobu: zebrała dupę w troki i postanowiła mieć w niej cały świat. Od przybytku dupa nie boli.

Morał prosty tej historii: każdy swojej dupy panem, a od każdego pana jego dupa zależy.

Mam nadzieję, że wyraziłam się jasno. Bo ostatecznie wiosna.
My tu gadu – gadu – a dupa rośnie.

wtorek, 2 lutego 2016

Kocham Cię jak Pumpernikiel. O przełamywaniu schematów słów kilka i próbie uszczęśliwienia.



 
Styczeń minął mi wariacko. Ostatnio wszystko załatwiam w biegu, za to czuję się jakbym gdzieś utknęła i zupełnie nie potrafiła posunąć się do przodu. Dawno nie chodziłam tak zestresowana i tak wytrącona z równowagi. Wszystko poprzewracało się do góry nogami i zupełnie zapomniałam co to znaczy cieszyć się. Cieszyć się z czegokolwiek. Dzień zaczyna mi się o 16.00. Przychodzę do domu, przecieram oczy i nie bardzo wiem za co się chwycić. Za to wymyśliłam sobie, że rok 2016 będzie dobry. Choćby nie wiem co. Będzie i już. Bo to przecież ode mnie w zasadzie zależy.

Długo nie pisałam. Nie tak żebym nie próbowała. Ale wszystko co wymodziłam wydawało mi się słabe, tandetne, wtórne i miałkie. Najpierw stwierdziłam, że skoro tak, to nie ma po co pisać. Teraz jednak dochodzę do wniosku, że jednak niekoniecznie. Bo pisanie mimo wszystko mnie uszczęśliwia. Może więc kroczek po kroczku oczyszczę się ze wszystkiego tego, z czego chciałabym się oczyścić.

Po pierwsze: Wyspiarstwo nie jest takie złe.

Nie chcę znowu zaczynać od banału, ale: czy zauważyliście może, że większość naszych zmartwień przysparzamy sobie w zasadzie sami? No może nie do końca sami, bo dużą rolę odgrywa tu wszelako rozumiane „otoczenie”, którego przecież pozbyć się jest niemożliwością. Nie jesteśmy samotną wyspą jak to ktoś kiedyś powiedział. A no nie. Otaczają nas przecież ludzie. Czasami bardziej nawet niźli byśmy chcieli. I czasami rzucają się na nas z pazurami jak drapieżne pantery. No dobra. Chociaż i to tak nie do końca. Jedynie czasami tak to po prostu postrzegamy.

Świat jest pełen chaosu? I zmierza ku zagładzie? Oby. Bo mnie się wydaje, że zmierza raczej do ogromnego przyporządkowania, jednego wielkiego jednolitego schematu, które połyka nas w całości. I nawet nie wiemy, kiedy to się dzieje. A wszystko to za sprawą porównań i presji otoczenia.

Ile razy tak nie było, że szczęśliwy człowiek zasiada porolować sobie trochę na facebooku i na tym jego wspaniały dzień się kończy. N. bowiem ma tyle samo lat co Ty i jak wnioskujesz po wszystkich jego zdjęciach na jego tablicy - wszystko mu się układa: zarabia miliony, ma żonę, stado dzieci, a na wakacje jeździ do Maroko. W telewizji zaś za moment słyszysz, że statystyczny Polak w Twoim wieku zarabia o połowę więcej od Ciebie. Coraz częściej słyszysz też od najbliższych, że przecież „to już czas najwyższy na...”. I z tego wszystkiego zapominasz, że przecież istnieje coś takiego jak „internetowa kreacja” i wielkie hasła: „nie idź z tłumem”. Czujesz się więc jak debil. Jakby naprawdę było z Tobą coś nie tak.
A gdyby tak na moment stać się taką wyspą. I przestać się wreszcie nakręcać. Bo może wyspiarstwo wcale nie jest takie złe?


Po drugie: Przypadek Pani Sprzątającej

Co poniedziałek przychodzi do nas do firmy pewna Pani Sprzątająca. Pani Sprzątająca sprawia nawet sympatyczne wrażenie. Do pewnego momentu. Zastanawiałam się przez długi czas co jest nie tak. Przecież odkurza. Wynosi śmieci. I przeciera biurka. Problem zaczynał się, kiedy Pani zaczynała mówić. Bo Pani wszędzie było źle. Wszystko bolało. Nic się nie podobało. To śmieci się nazbierało. To za gorąco. To za zimno. To za późno. To za wcześnie. Tego za dużo, tamtego za mało. Człowiek miał serdecznie dość. Pani sprzątająca marudziła. I zabawne jak bardzo działało to na innych ludzi. Nie żyjemy sami dla siebie. Każdy nasz humor może wpływać na nastroje i czyny innych osób. I to, o czym ostatnio tyle się trąbi - żeby otaczać się pozytywnymi ludźmi – zrozumiałam, że nie mogę traktować tego wyłącznie, jak pusty frazes, jeżeli naprawdę chcę być szczęśliwa.

Po trzecie: Kocham Cię jak Pumpernikiel

Przełamywać schematy nie jest łatwo. Ale można zacząć naprawdę od drobnostek. Wymyśliłam sobie ostatnio dość infantylną rozrywkę. Marcin jest w domu zwykle wcześniej ode mnie. A mnie nigdy nie chce się grzebać w torebce i szukać kluczy. Równie szybko w tej torebce mogę znaleźć drabinę, widelec albo notatki jeszcze ze studiów. Dzwonię więc domofonem. Zwykle wyglądało to mniej więcej tak:

  • Halo, kto tam?
  • To ja. Ania otwórz.
    Bzzzz.

Pewnego dnia jednak postanowiłam zrobić to nieco inaczej:

  • Halo, kto tam?
  • Pumpernikiel.
  • Co?
  • Pumpernikiel.
  • Dlaczego Pumpernikiel?
  • Bo kocham Cię jak Pumpernikiel.


Gdy wraca się do domu można codziennie być kimś innym. Byłam już Chewbaccą, Tygryskiem, Snape'm, Klakierem i Bobkiem. Życie łatwo może stać się ciekawsze. Wystarczy trochę inwencji i osoby, z którymi można konie kraść i przełamywać wszelkie schematy. Bo schematy trzeba przełamywać. 


 

czwartek, 19 listopada 2015

Chrumknąłem. Czy każdy facet to świnia?



Za oknem leje. Pogoda iście jesienna, taka kiedy najbardziej sprawdza się zestaw 3K: Książka, Kocyk, Kot. Zamiast kwiatów na ślub zażyczyliśmy sobie książki, których teraz nie mamy już gdzie układać, dostaliśmy też duży mięciutki puchaty kocyk, a i kot zwany przez nas ostatnio Gnojuszem Fetoriuszem gdzieś się pod nogami pałęta, pomrukując i naiwnie żebrząc o szynkę. Okres jesienno-zimowy zapowiada się więc całkiem przyjemnie. A i cały szum wokół nas powoli wreszcie opada i wszystko wraca do długo wyczekiwanej "normy". "Cały tydzień ma tak padać" - odzywa się mój pogodynek, kwikając po drodze. Tak, właśnie dobrze przeczytaliście. Kwikając. Bo mój nowonabyty mąż nie dość, że namiętnie interesuje się pogodą, to jeszcze w pakiecie chrumka i kwika, twierdząc uparcie, że to rodzaj czkawki. Ludziom, którzy kiedykolwiek spotkali się z małą żywą świnką i pamiętają jakie odgłosy ona wydaje raczej ciężko będzie w to uwierzyć, bo nie oszukujmy się - Marcin brzmi tak samo. Żeby nie było - przed ślubem też tak robił, chociaż na samym początku naszej znajomości jakoś tego nie odnotowałam. Ale stało się - chłop się przyzwyczaił, dobrze się czuje widocznie w moim towarzystwie, więc śmiejemy się, że zaczął wyłazić z niego mały prosiak. Jest to jednak jedyna świnka jaka z niego wyłazi i mimo, że wszyscy (a raczej wszystkie) naokoło trąbią - a nawet jeden polski zespół nagrał o tym piosenkę - że przecież "facet to świnia", to ja jednak tożsamości z tym zacnym i jakże przecież mądrym stworzeniem doszukać się nie mogę. 

Nie taki straszny, jak wygląda.

Mimo że faceci w przeciwieństwie do wielu z nas - kobiet - potrafią wyjść do sklepu bez makijażu, nie wydają się wcale aż tacy straszni. Ten, kto krzyczy na nich, że to płeć brzydka powinien puknąć się ostro w głowę. Po pierwsze, powinniśmy zacząć chyba od tego, że nie należy generalizować i wkładać wszystkich do jednego worka. Nie każdemu facetowi przecież syry da się wyczuć z odległości 2 kilometrów, nie każdy też ubiera skarpety do sandałów i wchodzi do łazienki tylko po to, żeby wychlać szampon i żeżreć mydło. W porządku, są niechlujni faceci, ale są i niechlujne kobiety, więc w czym tak naprawdę rzecz?

O facetach mówi się też, że są zimni, nieczuli i nieromantyczni. O romantyzmie już tu kiedyś coś było. Nie przynoszą kwiatów, nie przytulają się tak często jak powinni, traktują kobiety jak zabawki, zwodzą, ranią i opuszczają - jakby kobiety nie robiły tego samego. Są tacy prosiakowaci i mają czelność mieć jeszcze kolegów, dystans do świata i tylko własne zainteresowania, których nie sposób pojąć. Bestie. Siedzą, nie zamartwiają się światem, jutrem i wszystkim czym się da.

A jednak większość z nas żyje w związkach z takimi świnkami. Przydają się kiedy trzeba coś naprawić, ponosić zakupy, przeprowadzić przez ciemną ulicę.

Chyba zawsze lepiej dogadywałam się bardziej z facetami. Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że są prości i konkretni - nie komplikują wszystkiego co się da, w przeciwieństwie do mnie. Może dlatego, że mają dystans do świata, że nie przejmują się wszystkim i nie boją się wszystkiego. Że potrafią zamknąć jakiś rozdział i po prostu o nim zapomnieć. Że większość ma fenomenalne poczucie humoru, co jest u mnie sprawą najważniejszą.



Facet to świnia.

Czy facet to świnia? Bywa. I tak, i nie. Bo istnieją i tacy, którzy biją, gwałcą. Ale istnieją też kobiety, które oszukują, kłamią i zdradzają. Fakt - niektórym ludziom po prostu bliżej do zwierząt niż człowieków, co nie oznacza, że powinniśmy stereotypizować, wkładać wszystkich do jednego worka i zapominać doceniać to, co mamy. Prawda?

Lubię Cię takiego jakim jesteś.

Jakikolwiek mężczyzna by nie był, zawsze będzie z nim coś nie tak. Może Cię nie bije, ale nie przynosi Ci też kwiatów i maskotek. Bałagani. Nie ma dla Ciebie czasu. Złości się. Marudzi. A powinien być idealny. Taki jak w filmie. Albo jeszcze lepiej - taki, jakiego sobie wymarzyłaś.

A kobieta? Musi być codziennie piękna. W makijażu jak wamp albo nimfa. To nic, że standardowo makijaż rzadko wytrzymuje 8 godzin. Pięknie i seksownie ubrana. I powinna dobrze gotować, nie martwić się i nie pytać o nic. Dom powinien być wysprzątany jak w reklamie cifu, a okres u kobiety powinien wyglądać jak z reklamy always.

Życie to nie bańka mydlana. Nie wymagajmy od innych idealności, gdy sami nie jesteśmy idealni.
Życie jest za krótkie, żeby ciągle się martwić, narzekać i oczekiwać, że będzie jak we śnie.
Lubię Cię takiego jakim jesteś. I cieszmy się więc z tego co mamy! Bo mamy sporo.
Chrum, chrum, chrum.


poniedziałek, 16 listopada 2015

Wyszłam za mąż. Zaraz wracam.




Tak więc minął tydzień od kiedy z Ani K. zmieniłam się nagle w Anię B., tydzień od kiedy w najbardziej mgliste sobotnie listopadowe popołudnie z całą świadomością i z uśmiechem na twarzy złożyłam najważniejszą w moim życiu przysięgę. Tydzień od kiedy nauczyłam się, że czasami nerwy warto trzymać na wodzy i trzeba próbować powstrzymywać swój nieposkromiony temperament. Na urodziny zrobiłam sobie najpiękniejszy prezent na świecie i obudziłam się koło mojego męża. Jeszcze czuję się dziwnie i nie potrafię sprecyzować tego uczucia. Wszystko to wydaje mi się snem. Snem z uśmiechniętą twarzą Marcina.

***

Mówią, że dzień ślubu to najważniejszy i najpiękniejszy dzień w życiu. A ja Wam mówię, że to wierutna bzdura. O wiele ważniejszy i piękniejszy powinien być każdy następny dzień po ślubie. Bo to dopiero początek.

***

Teraz mam czas. I jako świeżo upieczona kurka domowa zamierzam teraz zaspokajać Was systematycznie nowymi wpisami. Nie wiem jak Wy, ale ja się cieszę. Cholernie!


wtorek, 29 września 2015

Poznajmy się!



Mijają kolejne tygodnie, a czas pędzi jak szalony. Jeszcze miesiąc i wrócę do częstszego pisania. Teraz nawet w sumie dobrze, że czas na zbyt dużo nie pozwala, bo jestem taka nerwowa, zła i zawiedziona niektórymi sprawami i osobami, że mogłabym napisać zbyt dużo i zbyt ostro. Dlatego też z nieba spadła mi krążąca po blogosferze zabawa, do której zostałam zaproszona przez Zaniczkę i Basię z bloga Pociąg do życia 
Korzystam więc z zabawy i napiszę coś o sobie. Jednak podobnie, jak Monika z bloga Moja sztukoteka nie chcę nikogo wyciągać za rękę, ale zachęcam do odpowiedzi na któreś z tych pytań. Być może mamy jakieś punkty wspólne? :) 

Zaniczka:



1.   Przy czym wypoczywasz?


Przede wszystkim przy książce. Filmie. Przy szeroko pojętej kulturze. Kiedy mogę zapomnieć o całym otaczającym mnie świecie i przenieść się choć na chwilkę do zupełnie innej rzeczywistości. I przy pracy.


2.   Jak się złościsz?


Krótko. I bardzo szybko mi przechodzi. Gorzej jednak, gdy ktoś wbije mi szpilę naprawdę mocno. Wtedy ta szpila kłuje mnie miesiącami, a ja już nie potrafię zaufać tej osobie i mam do niej ogromny dystans. 


3.   Czego nigdy nie wybaczysz?


Krzywdzenia chociażby nieświadomego najbliższych mi osób. 


4.   Zwierzęta czy ludzie?


Długo nad tym myślałam, bo uwielbiam ludzi. Może z wyjątkiem tych toksycznych.

Ale zwierzęta też uwielbiam. Może z wyjątkiem karaluchów. Na zwierzętach jednak nigdy się nie zawiodłam. 


5.   Ulubiona bajka z dzieciństwa?


Smerfy. I Kubuś Puchatek. Oglądam do tej pory. 


6.   Kim byłeś w poprzednim wcieleniu?


Mój Marcin twierdzi, że żmijkiem (małą żmiją). Czasami wrednym, ale zawsze małym i śmiesznym. Chyba coś w tym musi być. 


7.   Ulubione miejsce w Polsce


Lidzbark. Bezapelacyjnie. Małe miasteczko, w którym się wychowałam. 


8.   Chrapiesz?


Z chrapaniem jest u mnie trochę nietypowo. Bo generalnie to nie chrapię. Z małymi wyjątkami – kiedy jestem ogromnie zmęczona. Wygląda to jednak trochę dziwnie. Leżę i przysypiam, ale jeszcze zupełnie świadomości nie straciłam. Nagle czuję, że chrapnęłam. Przerażona otwieram oczy. Ledwo przytomna trzącham Marcinem i bez pardonu go budzę:

- Marcin, Marcin śpisz?!

- Już nie. Co się stało.

- Marcin, czy ja chrapnęłam?!

- Nie wiem Ania, nie słyszałem. Spałem.

- Na pewno chrapnęłam. Przepraszam.

Po czym odwracam się na swój bok i idę dalej spać. Przebudzonemu Marcinowi nie zawsze to wychodzi. Twierdzi, że już później nigdy nie chrapię. 


9.   Zdobywasz/poznajesz czy chcesz być zdobywany/poznawana?


Chyba to drugie. Jak chyba każda kobieta  :)


10.  O jakim zawodzie marzyłeś w dzieciństwie?


Nauczycielka języka polskiego. 


11.  Wolisz o czymś czytać, czy doświadczać tego?


Jeżeli ma to być coś przyjemnego, to oczywiście doświadczać! Wszystko zależy co to jest :)

Pociąg do życia: 


1    1. Twoja pierwsza myśl po przebudzeniu i ostatnia przed zaśnięciem.

Jest to zwykle  ta sama myśl: Nie idę do pracy. Zostaję w domu.  

2. Co lubisz robić poza blogowaniem?

Wszystko co jest związane z kulturą. Czytać. Oglądać. Poznawać nowe rzeczy. Słuchać. Wygłupiać się. Denerwować kota. Tulić kota. Śmiać się. Chodzić na wycieczki. Spotykać się z przyjaciółmi. 

3. Czy statystyki bloga mają dla Ciebie znaczenie?

Nie oszukujmy się. Mają. Jest to dla mnie zawsze jakiś wyznacznik, czy to co robię ma jakikolwiek sens. 

4. Twoje 3 ulubione blogi. 

Nie wymienię. Nie potrafię wybrać spośród tylu wspaniałych blogów po prostu trzech.  

5. Czy grasz na jakimś instrumencie? A może chciałabyś grać?

Jedynie na nerwach. Jeśli chodzi o muzykę, to chyba wolę słuchać niż grać :)

6. Czy lubisz śpiewać i tańczyć?

Uwielbiam. Chociaż mam generalny zakaz śpiewania w domu, czego skrupulatnie nie przestrzegam. Tańcuję też sobie, gdzie popadnie – o ile w grę nie wchodzą jakieś walce tańczone w parach. Tam gdzie wchodzi coś technicznego, czego trzeba się wyuczyć a nie wykonywać intuicyjnie i do rytmu – tam odpadam. 

7. Jaki ruch fizyczny preferujesz? 

Jak mieszkałam jeszcze w Lidzbarku, lubiłam biegać moją ulubioną trasą przez las. Dawało mi to dużo satysfakcji. W mieście już nie jest tak fajnie. Ale mam rower stacjonarny i lubię sobie i na nim pojeździć. Do dobrego filmu. Najprzyjemniejsze jednak byłoby pewnie tańcowanie, wiadomo! 

8. Z jaką rośliną i z jakim zwierzęciem się utożsamiasz? 

Chyba z takimi zwykłymi polnymi kwiatkami – po prostu. A zwierzę? Sama nie wiem. 

9. Na co wydajesz za dużo pieniędzy?

Na rajstopy. Stanowczo. 

10. Czy jesteś zorganizowana?

Staram się być. Wiadomo, czasami wychodzi mi to lepiej, czasami gorzej. 

11. Z kim sławnym chciałabyś się spotkać?

Z Grabażem. Serio. Chociaż nie wiem, czy on jest aż tak bardzo sławny. Uwielbiam jego teksty! Dla mnie są genialne. 


Biednie i skromnie, ale tyle na ten czas. Jeszcze miesiąc musicie z taką częstotliwością wytrzymać. A raczej ja. 

poniedziałek, 21 września 2015

Ty buraku!



Początek jesieni chciałoby się powiedzieć całkowicie w pełni - liście się żółcą i złocą, temperatura nadal na plusie, a niebo przy zachodach mieni się w pastelach - wszystkich więc łapie jesienna depresja i monotonia. Tradycji polskiej musi stać się zadość i, mimo że w tym roku słońca jest dość, to jednak wszyscy pogrążają się w melancholii i smutku i rozmyślają nad sensem życia pod ciepłym kocem oglądając "Dlaczego ja?" albo "Taniec z gwiazdami". Jeśli chodzi o mnie, to muszę zwyczajowo wszystkich rozczarować, ale ani melancholia ani depresja raczej mnie nie dosięgają - dosięgła mnie za to najbardziej prozaiczna i tradycyjna grypa. Grypa, jak to grypa, ma to do siebie, że przyszła oczywiście w najmniej odpowiednim momencie, niosąc ze sobą w dodatku skutki uboczne, jakimi są rozdrażnienie, obniżona tolerancja na głupotę ludzką i zjadliwość. W połączeniu z dość dużą intensywnością mojego życia, ostatnio wywiązała się z tego wszystkiego bardzo ciekawa mieszanka, która doprowadziła mnie do takiego stanu, że chcąc nie chcąc przestałam się ostatnio ze wszystkim patyczkować i walę prawdę prosto z mostu nie bardzo przejmując się już co inni na ten temat pomyślą. Przepraszam, ale te ceny to przesada - chodźmy gdzieś indziej. Wybacz, ale mam dziś dużo do zrobienia i nie znajdę czasu dla Ciebie - przełóżmy to na jutro, mam inne zdanie na ten temat. Wbrew pozorom te krótkie odpowiedzi należą czasami do najbardziej problemowych. Trzeba jednak podjąć decyzję, albo pozostajemy wierni sobie i się przeciwstawiamy - albo idziemy za tłumem podkulając ogon licząc się z własnymi stratami. Przeciwstawianie się - przedstawianie własnego zdania nie jest złe - pod warunkiem, że robi się to kulturalnie, a z natury nie jest się chamem i prostakiem.

Wiecie, spotkała mnie dziś bardzo słaba sytuacja. Tak słaba, że skłoniła mnie do niniejszych refleksji. I tak sobie myślę, że kurcze jest przecież XXI wiek - wiek coca-coli, inżynierii genetycznej, wielkiego rozwoju techniki i nauki. Żyjemy w świecie otwartych granic, korzystamy z internetu, ludzie są coraz bardziej wykształceni, uczelnie produkują masowo magistrów, dzieci w przedszkolu uczą się już kilku języków, wyjeżdżamy na wakacje coraz więcej i w coraz bardziej egzotyczne kraje i ogólnie wszystko to idzie do przodu. Wszystko oprócz człowieka. Bo niektórzy niestety zaparli się rękami, nogami i nie wiadomo czym jeszcze i postanowili pozostać burakami.


Odbieram dziś w pracy telefon. Dzwoni prezes jednej z wielkich i potężnych firm z pewnej branży przemysłowej w Polsce. I już od samego początku drze się do słuchawki, że prosił o ofertę odnośnie możliwości zatrudnienia Ukraińców i dostał, ale z takimi głupimi warunkami. Bo co to znaczy, że on ma zapewnić zagranicznym pracownikom godziwe warunki zamieszkania - że gdzie oni mają niby mieszkać - w pałacu kultury? Przekazuje telefon E naszemu konsultantowi z Działu do Współpracy z Zagranicą, który tak się składa, że jest z pochodzenia Ukraińcem - bardzo miłym, wychowanym, lekko nieśmiałym, ale pracowitym i sumiennym. Facet tak głośno krzyczy do słuchawki, że chcąc nie chcąc słyszę wszystko. E cierpliwie tłumaczy:
- Poprzez godziwe warunki zakwaterowania rozumiemy tylko tyle, że w mieszkaniu na przykład dwupokojowym, nie będzie mieszkać więcej niż 6 osób.
- O! I co jeszcze! Co to za zachcianki! Jeszcze czego! Ten naród powinien być wdzięczny, że cokolwiek się mu proponuje. Zatrudniam setkę Ukraińców i znam ten naród! Parszywe lenie (tu: długi obraźliwy monolog).
Wyskakują mi rumieńce i nie są to rumieńce od gorączki. Pokazuję na migi, że E wcale nie musi tego słuchać, że może odłożyć słuchawkę. E jednak pyta:
- Skoro Pan takie ma zdanie o tych ludziach, to dlaczego ich Pan zatrudnia?
- Bo nie mogę znaleźć Polaków na ich miejsce. Większość wyjechała. Nikt nie ma takich kwalifikacji. Słyszę po akcencie, że Pan też jest Ukraińcem!
- Być może.
- Wy honoru nie macie, uciekacie przed Putinem...
- Nie chcę z Panem rozmawiać.
- Słucham? Co to znaczy nie chcę?!
- Nie będę z Panem dłużej rozmawiał.
- Proszę mnie połączyć z szefem!
- Szefa nie ma (prawda!). Do widzenia.

W całym oddziale zapanowała straszna cisza. Było mi wstyd. Trzęsłam się ze złości. I nie mogę zrozumieć, nie mogę pojąć... Najbardziej przeraziło mnie to, że powiedział to prezes dużej firmy... Ktoś, kto kieruje ludźmi.

Ostatnio w żartach powiedziałam, że moje ukraińskie źródełko miłości do E zaczyna się wyczerpywać , bo zostawia on wszędzie papiery i wkłada odwrotnie papier do drukarki. Powiedziałam to w żartach - a teraz zrozumiałam jak durnie to sformułowałam. Bo nie mam nic do E, że jest Ukraińcem, tylko do E jako do człowieka, że bałagani. I nie chciałam powiedzieć przez to nic złego. Teraz dotarło do mnie, że i ja jestem burakiem. Trochę mniejszym bo nieświadomym, ale jednak burakiem.

I z tego oto mojego buraczanego miejsca, buraczanego pola apeluję - nie bądźmy burakami. Nie Kurd, nie Ukrainiec, nie Rosjanin, nie Francuz, nie Bułgar, nie Anglik - ale, na Boga,  po prostu CZŁOWIEK.

Jak już mówiłam, możesz mieć swoje zdanie - ale nie krzywdź. Co innego powiedzieć, że tu dla Ciebie jest za drogo - a co innego oceniać inny naród, innego człowieka, generalizować. Jeżeli już musisz być burakiem, to chociaż zamknij ten swój głupi dziób!


środa, 16 września 2015

Gwiazdko nie uciekaj!


 
Ani się obejrzałam jak nadszedł wrzesień. A nadszedł tak niepostrzeżenie, zaskoczył mnie w połowie mojego maratonu, tak że nawet nie zdążyłam zauważyć, że już jest, że wieczory coraz szybciej, a wychodząc powinnam brać ze sobą kurtkę. Jest coraz bardziej intensywnie,  tak bardzo intensywnie, że nie mam czasu na uświadomienie sobie, że właśnie nadchodzi już ten czas jesiennych depresji i przeziębień wśród połowy kraju, politycy wykłócają się kto jest wspanialszy i da więcej, a ja nie mam czasu na poczytanie książki,  posprzątanie pokoju, a co najgorsze nie mam czasu na pisanie – a przynajmniej tyle co poprzednio i nie daje mi to spokoju. Ukojenie daje mi  tylko myśl, że ten cały zapierdziel jest tylko przejściowy. Moje combo trochę się powiększyło za sprawą mojego dyrektora, który dwa tygodnie temu wprowadził mały chaos w moim życiu jednym jedynym zdaniem: „zabieram Cię stąd”. Ale jak to – teraz? Właśnie teraz?

Jestem więc w nowym oddziale, na zupełnie nowym stanowisku, robiąc zupełnie inne rzeczy niż do tej pory.  I wszystko to w najbardziej zakręconym momencie w moim życiu. Wbrew moim obawom dosyć szybko się zaaklimatyzowałam, wydaje mi się naiwnie, że nawet zaczynam ogarniać co mam robić, a już z całą pewnością to wszystko jak na razie bardzo mi się podoba.  Szkopuł w tym, że gdyby nie spadła mi gwiazdka z nieba raczej nieprędko sama bym po nią sięgnęła. 

GWIAZDKO, ODEJDŹ. TO NIE JEST DOBRY MOMENT.  I NIGDY NIE BĘDZIE.
 
Wbrew temu, że każdy z nas jest inny nasze życie jest bardzo schematyczne.  Źródła takiego schematyzmu są dwa: po pierwsze  narzucamy go sobie sami,  po drugie narzuca nam  go społeczeństwo.  Każdy z nas ustawia sobie pewną kolejkę działania. Nie jestem tutaj żadnym wyjątkiem.  Jest tyle rzeczy, które odwlekamy czekając na lepszy moment albo ustawiając go na swoim miejscu w ogonku. I planujemy. A gdy nagle coś wyskoczy albo zmieni swoją pozycję staje się tragedia.

Mama powtarza: dziecko musisz zrobić studia, skończyć uczelnię żeby móc pracować. Tak było kiedyś i taki jest schemat. Co z tego, że teraz w zasadzie Ty już masz pracę, a studia niczego nie gwarantują. Nie liczy się już cel i efekt, ale liczy się kolejność. I dlatego tak ciężko jest zrobić coś inaczej.

Na nowości nigdy nie jesteśmy przygotowani. I to jest problem. Bo ubzduraliśmy sobie, że w życiu trzeba być przygotowani na wszystko. Kiedy nie jesteśmy maksymalnie gotowi rodzi się w nas strach. Chociażby to co do nas przychodziło było tylko dobre. Boimy się i odrzucamy naszą gwiazdkę z nieba.

Złapałam moją gwiazdkę, chociaż zupełnie o niej nie myślałam i zupełnie mi w tym czasie nie pasowała. Plany się posypały, chaos jeszcze bardziej "rozchaosił", ale jestem zadowolona. Lubię to co robię. Nie żałuję, chociaż myślałam, że z tym całym rozgardiaszem, całą  tą zmianą zupełnie się zachłysnę. Myślałam o tym żeby zacząć coś nowego, ale jak już wszystko się poukłada, jak ucichnie. Ale potem dotarło do mnie, że życie wcale nie jest poukładanym zaplanowanym schematem, że jest raczej mieszaniną zdarzeń, nowych przygód, wyzwań i to właśnie sprawia, że mimo że czasem jest trudno, to jest też ciekawie.  Że dobry czas na coś może nigdy nie nadejść.

Te  banały i dywagacje to tak propos usprawiedliwienia. I na rozgrzewkę. Teraz już będę pisać, choć może troszkę mniej. Pierwszy punkt moich życiowych zmian wszedł w życie. Zbliża się też ten kolejny. A potem wszystko już wróci do „normy”.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Bądź inspiracją! - Wpis gościnny Marty



Nikt z nas nie jest samotną wyspą. To chyba wie się samo przez się. Na świecie obecnie żyje 7,3 miliarda ludzi. Nic dziwnego, że większość z nas ma więc kogoś, na kim się wzoruje. I tak dla niektórych z nas wzorem jest Leonardo Di Caprio, dla innych Curt Cobain, a jeszcze dla innych Matka Teresa. Po co jednak szukać tak daleko, kiedy wokół nas jest mnóstwo inspirujących osób? Poznajcie więc Martę, którą poznałam na studiach na filologii. Marta we wpisie gościnnym, pokrótce opowie Wam o swojej miłości do sportu. Inspirujcie się więc i korzystajcie!



Rozgrzewka:
 


Cześć, jestem Marta.
Skończyłam filologię Polska na UMK w Toruniu, jednak moja dalsza droga zawodowa potoczyła się zupełnie inaczej. Na początku studiów marzyłam o byciu nauczycielka, jednak udzielanie korepetycji trochę mnie zniechęciło do tego. Zaczęłam uczęszczać na fitness. Dokładnie pamiętam tę chwilę! Siedziałam szatni i, za sprawą  fajnie zbudowanej instruktorki, zaczęłam w głowie wyobrażać sobie siebie z umięśnionymi rękoma. Wiedziałam już, że zrobię wszystko, by tak wyglądać, ale też pójść o krok dalej. Gdy zdecydowałam się na kurs, wiele osób mi odradzało ten pomysł, bo "co to za zawód", "to obciach", "nie uda Ci się", "nie dasz rady". Paradoksalnie takie słowa jeszcze bardziej mnie zachęciły do tego, by spróbować.
Część główna

 
Po kursie musiałam się przełamać i zacząć swoje "występy przed publicznością". Nie ukrywam, że miałam z tym problem. Nerwy, trema. Ale mimo wszystko dążyłam do tego, żeby to przezwyciężać. Jednak to, że moja praca dawała mi niesamowitą radość i przyjemność, zawsze sprawiało, że potrafiłam zjednać sobie ludzi.
Jak ważne jest to, że robimy coś z uśmiechem! Radość, jaką czerpię ze sportu sprawiła, że objawy, podobno nieuleczalnej choroby tarczycy, z którą przyszło mi się zmagać ponad rok temu, zniknęły. Wyniki są wzorcowe. Znalazłam swój sposób na odstresowanie, upust nerwów i negatywnych emocji.


Każdy z nas ma w sobie potencjał. Każdy może go znaleźć. Pasja...potem może okazać się sposobem na życie.
Robiłam cały czas swoje. Szłam drogą, która mnie zainteresowała. Czasem to był marsz, czasem sprint, a czasem podjazd ;)


Choroba, z którą przyszło mi się zmagać, chciała skutecznie zniechęcić mnie do tego, co robię. Nie miałam kondycji, byłam ciągle śpiąca, zmęczona. Zaczęły się problemy z wagą - ciało zaczęło puchnąć, kilogramy zaczęły wzrastać. Ale starałam się nie załamywać. Chciałam z jednej strony wziąć wolne, żeby nikt nie widział mnie w takim stanie, z drugiej strony nie wiedziałam czy to kiedykolwiek ustąpi? Spróbowałam się nie załamywać, bo jeśli bym nie robiła tego, co kocham, wszystko inne straciłoby sens. Walka z chorobą i jej objawami nie byłaby skuteczna, teraz to wiem. Chciałam walczyć z nią, by odzyskać kondycję, sprawność, chęć do życia oraz figurę. Chociaż to właśnie figura była na pierwszym miejscu. Niestety. To bardzo okrutny zawód, jeśli chodzi o sylwetkę. Jest ciągła presja na sześciopak, wyrzeźbione ramiona. Bo jak to tak... Stoisz przed lustrem, obserwuje Cię grupa ludzi. Jest się ciągle poddawanym ocenie. To jest zarówno miłe, jak i męczące, bo presja.

Zachorujesz, zaczynasz tyć... Czyżby koniec pracy w zawodzie? Niekoniecznie.
Ja swoje mankamenty szybko zaczęłam ukrywać - długie, szerooookie spodnie i luźne koszulki. Część osób się zorientowała, że coś jest nie tak, a część wprost pytała czy ma gratulować potomka.
Dla mnie to było jak strzał w twarz, ale z czasem nauczyłam się o tym mówić. Bez ogródek. Nie zawsze ocena kogoś jest sprawiedliwa. Nie można wyciągać pochopnych wniosków.


Przeżyłam z moją tarczycą w świecie nieustannej presji na wygląd. Ale to dało mi znacznie więcej niż wolę walki i siłę. Dało mi inne spojrzenie na to, co robię i jak robię. Teraz odżywiam się zdrowo, bez presji i liczenia kalorii. Uważam, że wszystko jest dla ludzi. Jedzenie ma służyć zdrowiu, oraz temu żeby dawało siłę. Ma też być przyjemnością, ehh i tu znowu chyba to powinno być na pierwszym miejscu. Nie mam już depresji związanej z tym, że zjadłam coś, czego nie powinnam. Wcześniej nie potrafiłam zasnąć z tego powodu. Jednak ta cała tarczyca nie jest taka zła. Trzeba tylko ją oswoić... I sprawić żeby się dostosowała.




Cool Down

Cały czas robię swoje i życie otwiera przede mną nowe horyzonty i stanowiska pracy. Do przodu, cały czas do przodu.
Od roku pełnię funkcje menadżera fitness. I jest wspaniale!


Stretching

Cały czas staram się aby ludzie, którzy przychodzą na zajęcia, znaleźli to coś... Oderwanie się od kłopotów, przyjazne słowo, uśmiech, motywacje, a może i inspirację do jakiejś zmiany? Może to być zaczęcie aktywności fizycznej, zmiana odżywiania. Mam nadzieję, że też uda mi się kiedyś kogoś zainspirować do fitnessu, ćwiczeń, nowego stylu życia a może i nowego zawodu? A może to już się udało? :)
Mamy więcej siły, niż się nam wydaje.
Fitness otwiera teraz bardzo dużo perspektyw. Istnieją różne rodzaje zajęć. Jedne wycisną z nas siódme poty, inne zrelaksują...
Każdy znajdzie coś dla siebie, najważniejsze, żeby to była radocha a nie męczarnia!


Dziękuję za uwagę
Marta




Więcej Marty znajdziecie na facebooku: Marta Sułek - Fitness & Gym
A kim wy się inspirujecie?

Cieszę się, że tu dotarłeś. Rozgość się. Zaparz sobie herbatę. Jeżeli czytając te bzdety chociaż raz się uśmiechniesz że życie nie jest takie złe na jakie wygląda - to znaczy, że mi się udało. Jeżeli spodobało Ci się tu i czujesz niedosyt, możesz kliknąć w Zamiast burzy na facebooku, a ja w zamian będę Ci zapewniać jeszcze więcej rozrywki! A jeśli chcesz i mi sprawić przyjemność, będzie mi miło, jak zostawisz jakiś ślad po sobie.



Google+ Followers

Follow by Email